MAMA

Kiedyś nasze MAMY były takie jak my. Miały swój świat. Trochę życia za sobą i przed sobą. Były samowystarczalne na tyle, na ile pozwalała im ich codzienność i stan umysłu. A później w tę maminą przestrzeń wtargnęliśmy z dziecięcym kwikiem i koncepcja „wyśpię się”, „wyjdę kiedy chcę”, „nic się nie zmieni” legła. Bo dziecko potrzebuje czułości i uwagi. Bo to nie worek na kartofle, którym należy rzucać w te i wewte. Zostawić po dziewięciu miesiącach wspólnej egzystencji ot tak. Tym bardziej, że my kobiety panicznie czuwamy z natury. Troszczymy się mimo woli i chcemy niemal do przesady mieć pod kontrolą wszystko. I czasami łudzimy się, że oto w tym wychowaniu ktoś nas zastąpi. Nic z tego. Mama to MAMA. Jaka by nie była, ma zawsze wyjątkowe miejsce w sercu. W końcu 9 miesięcy, 24 godziny na dobę – to mnóstwo czasu, ażeby podświadomie czuć jej strach, energię, bliskość, więc nic dziwnego, że ów nici porozumienia, jaka tworzy się wtedy – zdaniem Meg – nie zerwie nawet największy huragan. Bo narodziny to cud. Prawdziwy, niepojęty cud, którego być może w tej chwili ktoś doświadcza.

A Mama no cóż. Była. Kiedy nadciągała choroba. Gdy do oczu napływały łzy, bo się człowiek potykał o kamień dosłowny i metaforyczny. Była. W nieszczęściu. Była w radości. Była dumna, kiedy trzeba. Krzyczała, kiedy trzeba. Pokazała, co to znaczy dom i rodzina. Udowodniła, że można dawać radę wtedy, gdy niejeden by się poddał. Doradzała, jak umiała. Krytykowała konstruktywnie.

Więc za co się Mamę kocha? Nie za pieniądze. Nie za perfumy. Nie za gadżety.

Mamę się kocha więc za bycie. Za bajki, za rozmowy, za kołysanki, za nić porozumienia, za czas. Bo macierzyństwo to taki dziwny stan, kiedy to raz lepiej, raz gorzej i już nie wszystko pod kontrolą i nie tak, jak kiedyś. To taki trochę labirynt po którym kobieta, nawet najbardziej wolna i niezależna kroczy trochę po omacku, nie wiedząc przecież, co przyniesie kolejny zakręt. Ale idzie. I nawet mimo zmęczenia i trudów potrafi być zadowolona i piękna.

Za to się Mamę też kocha. Że była taka jak my, miała swój świat. Trochę życia za sobą i przed sobą. Ale szła z tym naszym kwileniem, chociaż, kto słuchać by tego jęku chciał normalny? A dziecko czasem kwili ot po prostu dla idei. A później płacze. A później trzaska drzwiami. A później się mądruje. A jak już ma trochę życia za sobą i przed sobą łapie nagle refleksję „no tak, nie jest łatwo być mamą na żadnym etapie”.

Bukiet z pięciu róż i jaśminu dla największego Autorytetu – Mamy przez duże M.

I najlepsze życzenia dla wszystkich MAM. Jesteście WYJĄTKOWE I JEDYNE!

 

Reklamy

Nad Tybrem

Zmęczeni, ale szczęśliwi rano dotarli do hotelu.
– Jak tu pięknie! – zawołała Meg otwierając szeroko drzwi na balkon z którego rozpościerał się widok na zadbane i klimatyczne podwórko.
– Muszę wziąć prysznic – Blondas był blady ze zmęczenia.
– Idź Kochanie. Zejdę na dół i dowiem się czy mamy szansę gdzieś coś zjeć.
Okazało się, że śniadanie mają wliczone w pobyt.
– Can we eat in our room?
– Of course. 15 minutes.
Megi przyjrzała się pracownikom hotelu. Ciemna karnacja, ciemne oczy. Nic dziwnego, że turystki z północy i wschodu Europy tracą głowę dla Włochów. Piękny naród.
Wyszła na zewnątrz, żeby zobaczyć okolicę. Byli w śródmieściu Rzymu. Więc to tutaj tak wiele się zaczęło..
– Marek, to nie w tę stronę – usłyszała za plecami. Jakaś para próbowała odnaleźć zgodnie z mapą docelowy punkt.
Megi odwróciła się w ich kierunku.
– Dzień dobry – pomachała na powitanie.
– O dzień dobry – para podeszła bliżej.
– Nie mogłam się powstrzymać, kiedy doleciał do mnie język polski.
– To zrozumiałe, Aśka reaguje podobnie.
Para wiekowo miała nie więcej niż czterdzieści lat.
– Próbujemy znaleźć centrum.
– Zdaje się, że musicie kierować się do góry.
– Mówiłam – Aśka przewróciła oczami.
– Też majówka? – Marek niekoniecznie miał ochotę przyznać partnerce rację więc taktycznie zmienił temat.
– Tak. Przyjechałam niedawno. Mój chłopak został w hotelu. Musimy trochę odpocząć po podróży. A wy?
– My przylecieliśmy na dwa dni. Taka szybka wizyta weekendowa. Mieszkamy o tam – Marek wskazał dach wystający nad innymi budynkami. Był niewielkiego wzrostu, szczupłym szatynem. Stojąca obok Aśka, również drobnej budowy, nieco nad nim górowała ze względu na obcasy.
– Rozumiem. Pewnie chcecie zobaczyć jak najwięcej?
– Nie, tylko cykniemy fotki przy Koloseum i może przy fontannie.
– Bardziej chcemy pospacerować niż zwiedzać. To już kolejny pobyt w tym mieście – Aśka uśmiechnęła się miło.
– Super. Ja jestem po raz pierwszy i nie mogę się doczekać aż ruszymy w miasto.
– Długo będziecie?
– Chyba do jutra. Jeszcze chcemy zobaczyć Florencję i Wenecję.
– Widzisz? – Aśka zwróciła się z wyrzutem do Marka – Są tacy, którzy nie mają z tym problemu.
Ponieważ Megi wyczuła narastające między nimi napięcie, postanowiła przerwać rozmowę pod przykrywką śniadania. Pożegnała się z Markiem i Asią, życząc im udanego wypoczynku.
Gdy weszła do pokoju, Blondas świeży i wykąpany siedział na łóżku i delektował się śniadaniem.
– No nareszcie – rzekł między jednym kęsem, a drugim. – Zastanawiałem się właśnie, czy iść po ciebie.
– Poczekaj, wszystko Ci opowiem. Wezmę tylko szybki prysznic.
Megi raz dwa umyła włosy i odświeżyła się. Opatulona dużym, białym ręcznikiem usiadła obok. Blondas nalał jej do kubka soku.
– Jestem tak zmęczona, ze nie mam na nic siły.
– Prześpijmy się ze dwie godziny. Dopiero po 8.
Meg odłożyła kubek i wtuliła w jego pachnące ciało. Serce Blondasa biło spokojnie i rytmicznie. Zasnęła..
– Megi – usłyszała szept tuż nad uchem chwilę później. To był on. Jego głos lekko i delikatnie sunął po całej jej twarzy. – Megi, obudź się.
Otworzyła oczy. Blondas całkowicie ubrany wpatrywał się w nią, głaszcząc po ramieniu.
– Chodź, musimy iść. Nie możemy przespać całego dnia.
– Yhm – mruknęła, ale nie drgnęła ani o minimetr. Każdy mięsień zdawał krzyczeć „jeszcze nie!”.
– Przyniosłem Ci cappuccino. Wiem, że nie pijesz, ale może to sprawi, że poczujesz się lepiej.
– Jesteś kochany. Wstaję.
Niechętnie podniosła się, a po wygrzebaniu z torby jakiejś letniej sukienki w kwiaty i ulubionych czarnych półbutów była gotowa.
– Możemy ruszać – stwierdziła, malując szybko usta matową szminką i przewieszając torebkę przez ramię.
Blondas wyglądał wspaniale. Nie mówiła mu tego, ale chociaż nie miał urody pięknisia był bardzo przystojnym facetem. Do tego jego atletyczna figura wprawiała ją niejako w kompleksy, dlatego tylko mruknęła z ironią, żeby za słodko nie było – perfum toś ty chłopie nie żałował.
Uśmiechnął się znacząco, całując ją w szyję. Wiedział. Wszystko wiedział.
Ulica była wąska i średnio zatłoczona. Szli wzdłuż Tybru do góry.
– Ile razy byłeś w Rzymie? – zapytała Megi przejęta faktem, że oto wreszcie wylegli.
– Chyba z pięć. Za pierwszym razem miałem może sześć lat. Tydzień z rodzicami.
– Rewelacja.
– No na tamte czasy to było coś. Teraz to nawet jakby ktoś latał co tydzień, wrażenia by nie było większego.
– Coś ty! Ja jestem zachwycona.
– Megi, no bo ty myślisz i odczuwasz trochę mniej przeciętnie.
– Hej, tamten budynek to chyba szpital.
– Tak, a niedaleko jest kolejny, ale to nie ten w którym był Papież.
– Daleko stąd do Koloseum?
– Będziemy musieli przejść na drugą stronę rzeki, bo na razie jesteśmy na Zatybrzu.
– Nie mogę się doczekać. Poza tym tu jest tyle parków i skwerków…
– To prawda.
Z naprzeciwka nadciągała spora grupa młodych chłopaków. Jeden zalotnie uśmiechną się do Megi z dobrze dolatującym hasłem „ciao bella”. Meg obejrzała się w stronę Blondasa, który był kompletnie niewzruszony. Podobna sytuacja wydarzyła się kilkukrotnie, ale Blondas nie bardzo się tym przejął. W końcu dotarli pod Koloseum.
– Boże, jakie cudowne! – Megi nie ukrywała zdumienia nad zastanym budynkiem.
– Czekaj, potrzebujemy kogoś, kto…
– Megi!!! – usłyszała głos, poznanego rano Marka. – Ale fajnie, że znowu się spotykamy!
Blondas zdziwił się mocno, a Meg uświadomiła sobie, że zapomniała mu powiedzieć, że udało jej się nawiązać znajomość z parą z Polski przed hotelem.
– Ty wiesz jak mnie te buty obgryzły – poskarżyła się Aśka, kiedy już wymienili uściski powitalno-zapoznawcze z Blondasem. – Tak to jest jak człowiek chce być glamour.
– Byliście w środku? – chciała wiedzieć Megi.
– Nie, kolejki nieziemskie. Poza tym sjesta do 17 więc na chwilę idziemy jeszcze coś zjeść.
– Rozumiem – przytaknęła Megi. Nie była głodna, bo niedawno zjedli śniadanie, ale w razie czego w plecaku mieli i wodę i kanapki, które udało się zmontować podczas posiłku.
– Megi, tutaj jest nasz adres, jakbyście mieli ochotę wpadnijcie wieczorem na winko.
– Bardzo chętnie, tylko nie wiem, czy wieczorem nie będziemy już w trasie.
– Aaa, no tak zapomniałam. Widzisz? – Aśka znów miała ten sam wyrzut w głosie względem partnera co rano. – Można?
– Chodź – Megi roztropnie wzięła Blondasa pod ramię, bo czuła, że znowu będzie spięcie. Zanim się pożegnali, poprosili jeszcze Marka o kilka zdjęć.
– W razie czego czekamy na was o 19 – powiedział Marek oddając aparat.
– W porządku, dzięki.
Kiedy uszli kilka kroków dalej, Blondas stwierdził.
– Nie można Ciebie zostawiać na dłużej, bo zaraz ktoś się napatoczy.
– Przepraszam, zapomniałam Ci powiedzieć. Blondasie tu jest wspaniale! Zamieszkajmy w Rzymie!!!
– Okej, w centrum czy gdzieś dalej?
– W centrum.
– Nie ma sprawy.
Uśmiechnęli się do siebie.
– To jest po prostu niesamowite. Kilkanaście godzin dalej od nas są miejsca o których człowiek uczył się na historii, ogląda w filmach i teraz tak po prostu depcze po śladach dawnej potęgi. Myślisz, że nasz pieniążek wrzucony do Di Trevi sprawi, że jeszcze tu wrócimy?
– No pewnie. Przecież Włochy są duże, ale potrzebujemy przynajmniej dwóch tygodni, bo dzisiaj nie obskoczymy wszystkiego, tylko te najważniejsze punkty.
– Dziękuję, że mnie tu zabrałeś – Meg popatrzyła na Blondasa najczulej jak potrafiła. Szli wolnym krokiem do Bazyliki św. Piotra. Po drodze zaglądali do mijanych kościołów i parków. Chociaż nie było upalnie, kilometry robiły swoje, a nieprzespana noc dawała o sobie znać.
– Chodź, usiądziemy nad rzeką, odpoczniemy trochę – Meg pociągnęła Blondasa w kierunku powolnego nurtu.
Rozłożyła swoją dżinsową kurtkę i usiadła opierając o pobliskie drzewo. Blondas położył na jej nogach głowę. Była tak bardzo szczęśliwa. Tak bardzo jak nigdy. Gdyby mogła wykrzyczałaby to wszystko całemu światu.
Blondas zasnął. Spojrzała na zegarek. Dobre cztery godziny chodzili po mieście. Jeszcze została do zobaczenia Bazylika. Zastanawiała się czy warto jechać dzisiaj gdziekolwiek. Może trzeba zachować umiar i zostać tutaj jeszcze trochę. Byli zmęczeni i potrzebowali regeneracji. Co prawda i tak trzeba w drodze powrotnej jechać do góry, ale…
– Nie ma mowy, jedziemy – powiedział Blondas mając nadal zamknięte oczy i słysząc jej wątpliwości.
– No właśnie, zastanawiałam się…
– I tak i tak trzeba kierować się na północ. Mniej więcej koło 19 wyjedziemy wiec najpóźniej o 23 będziemy we Florencji. Wypoczniemy przez noc.
– Jesteś pewny?
– Tak.
– W porządku.
Podniósł się. Spojrzał na nią poważnie.
– Miałem to zrobić na Placu Świętego Piotra.
– Hm? – Meg zdziwiło to nagłe wyznanie.
Blondas wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełeczko.
– Megi – zaczął – jesteś najcudowniejszą istotą jaką znam. Wypełniłaś moje życie radością. Sprawiasz, że chce mi się patrzeć na świat inaczej, lepiej. Powodujesz w moim sercu tak wiele dobrych odczuć.
Nie wiem, jak moje dni wyglądały przed tobą, ale dzięki tobie, chce mi się patrzeć na czas inaczej niż wcześniej. I miłość to właśnie chyba taka siła dzięki której się chce być lepszą wersją samego siebie. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją
żoną?
Uklęknął, a Megi wbiło jeszcze bardziej w drzewo. Aż dziw, że nie pękło od emocji. Zamrugała nerwowo. Co prawda planowali ślub i nawet mieli wyznaczoną datę, ale oficjalnych zaręczyn nie było. Jakoś tak wyleciało to jej z głowy.
Pogłaskała go po twarzy.
– Jesteś najwspanialszym prezentem od losu i cieszę się, że tam na górze uznali, że na Ciebie zasługuję. TAK – ZOSTANĘ TWOJĄ ŻONĄ!
Wzruszyli się oboje równie mocno. Przytulili. I podziękowali za brawa od przechodniów, którzy akurat chcąc nie chcąc, zostali świadkami tej podniosłej chwili.
I tak oficjalnie – zostali narzeczeństwem nad Tybrem.

Rzym spontanicznie czyli o majówce

– Pakuj się Mała.

– Hm? – spojrzała na niego zdziwiona.

– Pakuj się. Jedziemy do Rzymu.

Było popołudnie. Mimo zaciągniętych żaluzji, do mieszkania wdzierało się nieznośne, parne powietrze.

– Co ty mówisz? – Megi nie wierzyła w to, co usłyszała.

– To, co powiedziałem. Jedziemy do Rzymu.

Przetarła oczy ze zdumienia. Rzym był od zawsze jej wymarzonym i nigdy niezrealizowanym kierunkiem podróży. Do teraz.

– Ale jak to? – Dlaczego kobieta, kiedy już właściwie facet robi to, co ona chce, zawsze doszukuje się albo podstępu albo co gorsza zaczyna nabierać wątpliwości?

Wstał z ulubionego fotela i podszedł do niej powoli.

– Megusiu..Nie chcesz?

– Czyś ty zwariował? Pewnie, że chcę? Ale tak teraz? A firma?

– Poradzę sobie – zaśmiał się na to nieoczekiwane wyznanie. Megi lubiła myśleć o rzeczach przyziemnych w najbardziej niespotykanym momencie. Przerabiali to wielokrotnie, ale mimo to, po półgodzinnym, błyskawicznym pakowaniu byli w drodze.

Megi miała na sobie białą, zwiewną sukienkę i jasne, lekkie sandały. Rzym – pomyślała z czułością o tych wszystkich kościołach, które koniecznie muszą zobaczyć.

– Kocie.. – wyszeptała wpatrując się w telefon i wyszukując co rusz miejscowe atrakcje – tak bardzo się cieszę…

– Ja też – wyszczerzył zęby. – Jestem pewien, że będziesz zachwycona. Tylko proszę, nie przesadźmy pierwszego dnia z pieszą wędrówką.

– Tak jest Kapitanie! Swoją drogą, nie przypuszczałam, że ty potrafisz być taki spontaniczny..

– Eee, bo nie jestem na ogół, ale widziałem, że ostatnio dość intensywnie wczytywałaś się w ten temat.

– No tak, ale nie chciałam..

– Meg, ty strasznie, czasem aż do przesady do życia podchodzisz z nadmierną ascezą.

– Bo jak sobie pomyślę..

– No właśnie, ty za dużo myślisz..Ciesz się Mała po prostu i nie gdybaj nadmiernie okej? Będzie co ma być. Sama mi często powtarzasz, że trzeba doceniać to, co się ma i nie przejmować nadmiernie tym, co będzie.

– Racja.

– Poradzimy sobie, tak?

– Yhm.

Odwróciła głowę w kierunku słońca. Muzyka z radia była żywa i pozytywna. Rzym. Zamknęła oczy i pomyślała, że ta chwila pozostanie w niej na zawsze. Przed nimi długa droga, ale postanowiła mu zaufać, jak chyba nigdy nikomu. Chociaż wrodzony strach rozdzierał ją na pół. Kilka godzin później zatrzymali się na pobliskiej stacji benzynowej w Czechach.

– Kawa i zapiekanka dla Pana – wręczyła mu pakunek.

– Dzięki Mała.

Kiedy już zjedli i wypili, ruszyli znowu w trasę. Wziął ją za rękę.

– Wiesz co?

– No? – Megi starała się uciszyć nagły łomot serca.

– Myślę sobie, że najpierw trzeba będzie coś wynająć, odświeżyć się i dopiero później ruszyć w miasto.

– Tak.

– A poza tym to mamy trzy dni. W niedzielę, a jeszcze lepiej w sobotę wieczorem trzeba będzie ruszyć w drogę powrotną.

– Dobrze..

– Coś jesteś jakaś taka..milcząca?

– Bo nie mogę w to uwierzyć. Wiesz, kiedy nagle to, o czym marzysz się spełnia jest w człowieku zdziwienie, zachwyt i przerażenie w jednym. Do tego, kiedy obok siedzi osoba, którą kochasz, która Ci się podoba i w dodatku trzyma Cię za rękę w tym wszystkim uczestnicząc… Nie znajduję słów Blondasie żeby cokolwiek powiedzieć więcej i chociaż próbuję nad tym jakoś zapanować…

– No dobra, rozumiem. Czasem lepiej nie gadać za wiele, bo chwila jest podniosła. Nie wiedziałem, że aż tak.

– Bardzo mnie zadziwiasz ostatnio.

– Sam siebie też. Nie wiem, może po prostu na stare lata mi walnęło w głowę coś.

– Ej ej, jesteś tylko rok ode mnie starszy, więc wypraszam sobie „stare lata”.

Zaśmiali się.

– Lubię Ciebie taką. Wesołą, wyluzowaną.

– I uległą…

– Raczej aprobującą. W to, że mi ulegniesz tak jak bym czasem chciał, zwątpiłem już dawno temu.

– Jak byś chciał…

– No my faceci czasem miewamy pewne zachcianki, ale już wiem, że tutaj obok mnie siedzi osiołek w czystej postaci, a z osiołka wiewiórki nie zrobisz. Too late.

Megi chyba nigdy nie ubawiła się blondasowym wyznaniem tak bardzo jak tym. I chociaż nie raz się spierali o różne kwestie, bardzo szanowali swoją naturę. Czuła jego wsparcie. Na każdym kroku podkreślał jak bardzo ją kocha i ceni.

– Blondasie?

– Hm?

– Ile razy w życiu kogoś kochałeś?

– Kilka.

Zapadła cisza. Wiedziała, że nie bardzo temat jego przeszłych związków powinien ją teraz obchodzić.

– Meg?

– No?

– Wyjdę może na durnia, ale ja dopiero przy tobie czuję, co to znaczy miłość. Bo oprócz tego, że mi się podobasz jako kobieta, to strasznie Cię lubię. I chyba niewiele byłem w stanie mówić komukolwiek na ten temat wcześniej. Na temat uczuć. To jakieś takie mi się wydawało słabe.

– Cieszę się, że już Ci się nie wydaje. A tak w ogóle spójrz, gwiazdy zaczynają się pojawiać. Jeden z piękniejszych obrazów natury moim zdaniem to gwiazdy na niebie nocą.

– Miałem kiedyś wyklejone ściany konstelacjami gwiazd.

– Ja też!

– W ogóle to chciałem być kiedyś astronautą.

– A ty wiesz, że ja niebezpośrednio, ale mam namiar do osoby, która pracuje w NASA? Znajomi mają tam człowieka ze swojej rodziny. Także Kocie jak chcesz, masz jeszcze szanse…

– Ha, ha dzięki. No widzisz? Chciałem być astronautą zostałem geodetą. Nie sądzisz, że pomiary i na naszej planecie są ważne?

– Pewnie – uśmiechnęła się z czułością Megi. Blondas zawsze ilekroć mówił o swojej pracy, miał błysk w oczach. Poza tym wolała go mimo wszystko w zasięgu, a nie rozjazdach.

– Jeszcze dwie godziny i będziemy w Austrii – rzekł spokojnie.

– Stamtąd kilka godzin do Włoch.

– Dobrze, że się dzisiaj wyspałem i dzień był spokojny. Myślę, że dojedziemy wcześniej niż pokazuje nam GPS.

– Oby.

A gdyby tak..

– Kocie?

– No?

– A co byś powiedział na Rzym, Florencje i Wenecje za jednym zamachem?

– Też o tym pomyślałem, ale najpierw dojedźmy do Rzymu. Koloseum, Bazylika i kilka miejsc, a później możemy jechać do góry.

– Świetnie.

Megi obserwowała zapadającą coraz bardziej ciemność. Gdzieś w oddali widać było domy i palące się w nich światła. Na drodze ruch nie był duży. Pojawił się pierwszy symptom senności – ziewanie. O nie – nie może zasnąć ze względu na Blondasa. Podgłośniła radio i zaczęła śpiewać –

I’m in love with the shape of you 
We push and pull like a magnet do
Although my heart is falling too
I’m in love with your body…

Nawet Blondas żywo dołączył się ze swoim „Oh—I—oh—I—oh—I—oh—I” w refrenie.

Rome is closer and closer. Ze śpiewem na ustach wjechali do Austrii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zadanie domowe dziecka

Kiedy pewnego dnia Megi została zaskoczona porannym telefonem swojej siostry w stylu:

– Cześć Meg! Słuchaj mamy małą awarię, mogłabym podrzucić do Ciebie małą? Będę Ci dozgonnie wdzięczna. Tak? Super! Może być za godzinę?

Cały jej światopogląd wychowawczy legł w gruzach. Otóż dawno temu, kiedy jeszcze dzieci w jej rodzinie realnie nie było (były jedynie mentalnie lub w odległości na tyle dalekiej, że wręcz nierealnej), myślała sobie wtedy – ach jak cudownie! Dzieci są słodkie, urocze, samodzielne, kreatywne, twórcze, naj! I takie też są w istocie. Nikt jednak nie mówił wtedy, że jak wszędzie tak i tu bywa różnie. Zdarzają się choroby (niekiedy nieodwracalne i poważne), zdarzają się nieprzespane noce, permanentny stres o to, co teraz i o to, co będzie. Już nie zagłębiając się nawet w myśli, że idealnego wychowania nie ma, a człowiek nawet cierpliwy może nie raz i nie dwa stracić swą cierpliwość i huknąć na ów z pozoru anielsko wyglądającą acz pamiętliwą istotę. A autorytet? Bez niego ani rusz.

Kiedy więc stworzenie z błyszczącymi oczyma, pojawia się wyładowane tobołami na cały dzień u progu drzwi twojego mieszkania, stajesz przed wyzwaniem – po pierwsze nakarmić, po drugie zainteresować się, po trzecie..no właśnie.

– Ciociu, pomożesz mi?

Zadania domowe, klasa trzecia, podstawówka. Meg zastanawia się czy i ona w tym wieku chodziła z zadaniami do mamy, czy starszej siostry? Owszem. Ale nie było rytuału w stylu „a teraz wspólnie odrobimy zadania”. Nikt jej raczej nie narzucał rytmu dnia. Nikt nie sprawdzał zeszytów. Mama jej ufała.

– No tak Megi, no tak – rzecze jej znajoma. – Ale zostaw dziecko samo z tym wszystkim, to sobie nie poradzi i nie przejdzie. I pamiętaj, ty jesteś z natury ambitna, ale są osoby, które tej natury nie mają.

– A próbowałaś je zostawić?

– No pewnie, na dwa tygodnie – same pały. A z kolei moja koleżanka ma dwie córki, każdą wychowuje tak samo i co? Z jedną nie ma kłopotu, a z drugą dalej odrabiać zadania trzeba mimo, że ma już 15 lat!

Z kolei inni rodzice twierdzą, że oceny to sprawa dziecka i im nic do tego. Najwyżej powtórzy rok, trudno. Oni swoją szkołę przeszli i nie zamierzają jej powtarzać jeszcze raz.

Megi usłyszała też kiedyś rozmowę w autobusie dwóch nastolatek: Wiesz, rodzice ciągle mówią mi – ucz się – a o cokolwiek ich zapytam, nie wiedzą.

Zagubiliśmy się, my dorośli. Bo chcemy, żeby dzieci były mądre, wykształcone i miały w życiu lepiej, tylko jak tego dokonać, bez konsekwencji? Z każdym rokiem stajemy się mniej konsekwentni. Odpuszczamy. A dziecko to umiejętnie wykorzystuje. W dodatku, nie jesteśmy wyrocznią. W Internecie możemy wystukać nurtujące nas Q&A na wiele tematów. My możemy i dziecko może. Bo dorośli umożliwili dzieciom korzystanie z Internetu niemal wszędzie. No tak – przecież inne dzieci mają, to moje nie może być gorsze. A czy ktoś pomyślał, że może na pewne treści, które widnieją w Internecie dziecko ma prawo być niegotowe? A może właśnie przez to jego skupienie jest gorsze? A może to, że pisze „rzaba” to wcale nie efekt dyskleksji, a zwyczajnie chociażby nieczytania książek i brak wizualizacji niektórych słów? A te książki? Jak ma dziecko czytać skoro, w domu „kultu czytelnictwa” nigdy nie było? No tak. Samo. Samo ma dochodzić do kluczowych kwestii, a zdania w najlepszym wypadku odrobi ze zmęczonym, narzekającym rodzicem.

To my dorośli popełniamy błędy wychowawcze, bo nie rozmawiamy z dzieckiem i nie trzymamy się konsekwentnie zasad. Nie motywujemy, nie zachęcamy, nie uwrażliwiamy. I narzekamy na dziecko przy dziecku – No wiesz, ten mój syn to taki, a siaki! A jak pojawiają się sukcesy  to mówimy – fajnie, że masz 5, ale spójrz obok są trzy pały! Albo – dostałaś 4, a czemu nie 5? Albo – tato mam 4 z testu. – Aha (bo wiadomości są aktualnie ważniejsze).

Megi sama była świadkiem, jak rodzice nastawali na nauczycielkę – Proszę Pani te ćwiczenia dla mojego dziecka są za trudne!

A później okazało się, że wcale nie były za trudne, a zwyczajnie chodziło o czas, którego zapracowany ojciec nie miał, żeby nakierować dziecko, gdy ona przychodziło i pytało o radę.

Gdzie sztama rodziców z nauczycielami? Gdzie wspólny front, żeby chwiejne dziecko naprowadzić na właściwe tory i pomóc mu stać się fajnym, myślącym człowiekiem?

Kiedy bzdury pod tytułem – „ja w twoim wieku” lub „kiedyś było inaczej” – się skończą?

Megi, obserwuje jak mała chętnie rozwiązuje swoje zadania. Tylko wystarczyło pokazać jak zrobić, nic więcej.

– Idziemy do parku? – mówi, kiedy widzi, że ostatnia kropka zostaje uwieczniona w ćwiczeniach.

– Pewnie! A na lody też?

– Aha.

 

 

 

Jeżycjada

Kiedy Megi chodziła do szkoły podstawowej, częstym miejscem do którego zaglądała była niewielka biblioteka, mieszcząca się w piwnicy, tak zresztą jak szatnia, kuchnia i prowizoryczna salka gimnastyczna, przerobiona z klasy pseudo-technicznej.

W bibliotece przesiadywała starszej daty nauczycielka polskiego, która jako, że Megi lubiła, pozwalała jej katalogować i inwentaryzować książki, a także oprawiać je. To był nie lada proces, tajniki bibliotecznej alkowy. Brało się delikatnie nadszarpnięty czasem i tysiącem rąk tom i precyzyjnie, niczym najwyższej klasy rzemieślnik owijało się go dajmy na to przeźroczystą folią, a następnie równie sprawnie zgrzewało się ów folię żelazkiem, tak aby mogła ona bez problemu otulić okładkę mocno, ale subtelnie.

Meg uwielbiała też zapach starych książek, dlatego ich układanie na półkach, stanowiło dla niej prawdziwą gratkę. I wtedy to się stało. Pierwszy raz, spod foli łypnął na nią zupełnie nieznany wtedy „Kwiat kalafiora”.

– O czym to jest? – zapytała drżącym głosem, pochyloną nad stosem nowych książek nauczycielkę – bibliotekarkę.

– A to – spojrzała znad okularów nauczycielka – bibliotekarka. – To o rodzinie z Poznania. Wspaniała.

Megi nie wiedziała jeszcze wtedy, że ta rodzina – Borejkowie – zamieszkają w jej pamięci i sercu na dobre.

– Maleńka?

– Hm?

Blondas niepostrzeżenie usiadł obok niej. Na monitorze wyświetliła się wiadomość „Ciotka Zgryzotka” jest już dostępna.

– Co to jest?

– Wspomnienia. Miłe wspomnienia – wyszeptała.

– A o czym?

– O rodzinie z Poznania.

– A tak konkretniej?

– Konkretniej to o miłości, o przyjaźni, o normalnym życiu.

– A to przypadkiem nie dla dzieci?

– Od pewnego czasu, a może od zawsze te książki są dla wszystkich, bez granicy wiekowej.

– Musierowicz.

– Tak. Czy wiesz, że autorka jest siostrą bardzo znanego poety i tłumacza Stanisława Barańczaka? Tłumaczył np. „Romeo i Julia”.

– Skąd ty wiesz takie rzeczy?

– Czytam mój miły i słucham. A poza tym byłam kiedyś na pewnym wydarzeniu kulturalnym poświęconym jego twórczości.

– No tak. Jednak te wywiady robią swoje.

Megi uśmiechnęła się porozumiewawczo.

– Zamówisz? – Blondas nadal patrzył na niewiele mu mówiącą okładkę „Zgryzotki”.

– Pewnie, ale pod koniec tygodnia,

– Dlaczego dopiero wtedy?

– Bo chcę im poświęcić spokojnie weekend…

– Im?

– Borejkom. Tej rodzinie.

– Przy okazji rodziny, myślę sobie, że warto też zaplanować co dalej z naszą rodziną.

– Dalej?

– No obiad dla rodziców, pierścionek, zaproszenia, sala, orkiestra.

– Tak, zajmiemy się tym już po Świętach.

Blondas oparł się wygodnie o fotel.

– Myślę też, że przyda nam się nowe mieszkanie.

– A z tym jest coś nie tak? – Megi zdziwiła się szczerze na wieść o ewentualnej przeprowadzce.

– Zdecydowanie nie tak. Po pierwsze chciałbym coś większego, po drugie urządzimy je razem.

– Obawiam się, że moja stara dusza będzie gryzła się z twoim nowoczesnym zamiłowaniem.

– Nie bój nic, damy radę. Żyję już z tobą trochę i wiem mniej więcej o co chodzi.

– Mniej więcej?

– Tak „Zgryzotko” – zachichotał.

Megi rozpromieniła się. Patrzyła na jego jasną czuprynę i ciemne oczy. „Mój ty Blondasie – pomyślała niespodziewanie – gdybyś wiedział jak bardzo Cię kocham”.

– Ja Ciebie też – zamruczał.

Kilka sekund później „Ciotka Zgryzotka” trafiła do koszyka.

Ta wiosna z Borejkami będzie inna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pan Tata

– Przepraszam, czy mogę?

Znów byli u jego rodziców. Tym razem dość szczęśliwie się złożyło, że w okolicy byli też jej dwaj bracia z racji swoich drugich połówek, także z tamtych stron, więc przełknąć można było łatwiej „chłód” nieulubionej okolicy.

Megi weszła do ogrodu – niewielkiego królestwa Pana Taty, który raczej stronił od tłumów, chociaż był elokwentny i otwarty kiedy trzeba, ale, gdy tylko atmosfera robiła się nieco luźniejsza, wymykał się po angielsku do swoich drzewek, krzewów i innych z czułością doglądanych roślinek. Niespodzianką było to, że wśród tej swojej natury, jego surowy wyraz twarzy nieco topniał.

– A Megi, to ty – uśmiechnął się na jej widok.

Podeszła do niego ostrożnie, jak niegdyś do swojego ojca, który sadził, przekopywał i przycinał rośliny równie entuzjastycznie.

– Może mogłabym jakoś pomóc? – Megi dostrzegła pieczołowicie układane drewienka pod niewielkim zadaszeniem.

– E tam, to robota dla mężczyzny, a nie dla drobnej kobietki – Pan Tata machnął ręką w geście sprzeciwu, jednak widząc opór Megi, wyznaczył jej za zadanie podawanie mu mniejszych kawałków. Usiadła obok na sporym pniu.

– Przypominają mi się czasy, kiedy będąc małą dziewczynką, pomagałam swojemu tacie. Bieliłam wapnem drzewka, pieliłam i podlewałam grządki, malowałam bramę, kosiłam trawę.

– Tak – westchnął Pan Tata – w domu i obok zawsze jest co robić.

– Dziadkowie mieli też sporo pola i w związku z tym potrzebna była pomoc przy sianie, ale z tym kiepsko sobie radziłam ze względu na pustynne upały więc na szczęście nie musiałam…

– Ja pamiętam, że u nas na wsi za dzieciaka było też tyle roboty, że najchętniej człowiek by uciekł za najbliższą górę. A jak do szkoły się chodziło to 5 kilometrów pieszo codziennie. I pewnie dlatego wolałem się uczyć. A ty Megi co wolałaś? Prace polowe czy szkołę?

– Chyba i jedno i drugie na swój sposób – przyznała szczerze Meg. – Wiedziałam, że pewnego dnia pójdę na studia, ale też pomagałam jak umiałam i w zależności od potrzeby koło i w domu.

– Jesteś najmłodsza, tak?

– Tak.

– To żeście się z moim synem dobrali.

– Że najmłodsze to rozpieszczone i wychuchane?

– No trochę tak – uśmiechnął się szeroko Pan Tata. – U was w rodzinie przynajmniej jeszcze trochę chłopaków i dziewczyn, a u nas dwie dziewczyny i on sam jeden.

– Ale radzi sobie nie najgorzej, prawda?

– Ano, chociaż był dość zamknięty w sobie długo. Rzadko dzwonił i jakoś trudno się nam było dogadać.

– A teraz jest lepiej?

– Trochę tak. Czasem się o coś zapyta. Od kiedy ma firmę spoważniał, nabrał jakiejś ogłady.

– To dobrze.

Przez chwilę zapadło milczenie.

– Może to i moja wina – dodał po chwili Pan Tata, odkładając podany drewniany kawałek. – Ja też nie jestem gadułą.

– Nie trzeba być gadułą, żeby rozmawiać – Megi doskonale rozumiała, co ma na myśli. – Mój Tata też niespecjalnie dużo mówił, ale potrafił opowiadać i przekazywać przeróżne wiadomości jak nikt inny.

– Słyszałem, że masz smykałkę do elektryki po nim?

– Ojej – zaśmiała się Megi – absolutnie! Boję się nawet wymieniać żarówki.

– Nie, nie, ja nie o tym. Wiem, że nie raz można na Ciebie liczyć, jeżeli chodzi o różne sugestie i pomoc względem napraw.

– Aaaa pewnie chodzi Panu o to, co się dzieje notorycznie z telewizorem i samochodem. Tak, mogę czasem zabłysnąć.

– Zobacz, tu pod dachem zainstalowałem lampkę, która powinna się włączyć samodzielnie. Chyba jest jakaś felerna, bo ani razu jej się nie zdarzyło.

Megi spojrzała w górę. Faktycznie lampa łypała na nią całą szerokością.

– Ma Pan gdzieś instrukcję?

Pan Tata po chwili przyniósł spore pudełko w którym tkwiła jeszcze świeża książeczka z informacjami, jak ów sprzęt podłączyć. Przeanalizowali wspólnie każdy punkt bardzo dokładnie.

– Tu jest napisane – zasępiła się Megi – że produkt nie zawiera kabla z wtyczką.

W ferworze poszukiwań kabla, który rzekomo gdzieś był, ale lampa chodziła też według zapewnień sprzedawcy na baterie, nie zauważyli, że od strony domu nadciągał do nich Blondas.

– Co wy robicie? – Sprawiał wrażenie wyraźnie zdziwionego faktem, że oto Megi przekopuje kosz z mnóstwem bibelotów, a obok, jego ojciec próbuje zdjąć ze ściany, coś co mogłoby uchodzić za lampę do obiektywu.

– Dobrze, że jesteś – rzuciła Megi mimochodem – trzeba uruchomić czujnik ruchu.

Blondas wstrząśnięty tym rzeczowym wyznaniem, pomógł uporać się z demontażem nieczynnego sprzętu i jako, że nosił zaszczytne miano inżyniera, dość szybko odnalazł brakującą zgubę.

– Tato, trzeba było powiedzieć, że masz z tym problem.

– Przypomniało mi się podczas rozmowy z Megi. Udało się! Idźcie już do domu dzieci, bo zimno. Dziękuję wam za pomoc.

Megi spojrzała na Blondasa wymownie, po czym przeniosła wzrok na jeszcze sporej wielkości drewniany stos.

– Idź Megi, pomogę ojcu.

Tak bardzo kochała go w tym momencie za to, że znów zrozumiał. Wspięła się na palce i mocno pocałowała go w policzek. Uśmiechnął się, bo i ten gest nie umknął jego uwadze.

– Bardzo fajna dziewczyna – Pan Tata zerknął na szczęśliwą minę syna.

– Wiem – przytaknął Blondas, wyszczerzając zęby w jeszcze większym zadowoleniu.

Dziwne rzeczy dzieją się podczas codzienności i dziwne jest to, jak wiele miłych odczuć może się z nimi zderzać zupełnie nieoczekiwanie. Wystarczy je zauważyć.

 

 

 

 

 

Gdy nagle życie zwalnia, co dzieje się w twojej głowie? Z rutyną za pan brat!

Ostatnio Megi spotkała znajoma. – Co u ciebie?

Od słowa do słowa umówiły się na herbatę. Przegadały 3 godziny. Megan po raz pierwszy od bardzo dawna znów doświadczyła zapytania „jak żyć” i co poradzić kiedy „wszystko pod górę”. – Megi, moje życie to jedno wielkie pasmo porażek, a ja nie wiem co mam ze sobą zrobić. Głowa jest ciężka od myśli, nic mi się nie chce. Kompletnie się pogubiłam! – znajoma rzecze łzawo znad parującego kubka.

A przecież na pierwszy rzut oka nie dzieje się nic. Ładna, zadbana. Dobrze zarabia.  Od czasu do czasu pojawiają się znajomi bliżsi i dalsi. Jakieś wyjazdy i inne atrakcje.

Tymczasem jednak nie jest dobrze, bo życie nagle zwolniło…

To znaczy, że nie ma planów na każdą minutę dnia i każdy dzień tygodnia jak dawniej. Wielu z otoczenia znajomej założyło już swoje rodziny i to na nich koncentrują swoją uwagę, a nie jak kiedyś na wspólnych spotkaniach przy piwie, kinie, frytkach, błahostkach. Skończyły się studia, zaczęła się monotonia.

Paradoksalnie, chociaż rutyna pozwala przewidzieć pewien rytm, nie chcemy jej wcale. Najchętniej wykluczylibyśmy jej 90% udziału. Wolimy adrenalinę i nowe bodźce, bo to ciekawsze i takie niesie poczucie, że czas nie płynie przez palce tylko jednak coś wnosi konstruktywnego.

– Nie lubisz bywać ze sobą, prawda? – zapytała Megi wprost. Znajoma zamrugała nerwowo. – Nie, bo to nudne – odrzekła.

Zanim pojawił się Blondas, który wniósł siłą rzeczy w jej rzeczywistość swoje sprawy, swoją energię, Meg lubiła wracać do siebie, pić herbatę, oglądać filmy i inne „dary” Internetu. Od czasu do czasu udzielała się w rodzinie jako super ciocia, wpadała do mamy i rzadko, ale jednak widywała się z garstką tych, którzy jeszcze przy niej zostali. Czy pojawienie Blondasa, zabrało jej to wszystko, co było wcześniej? No nie. Czy miała czasu mniej? Zupełnie. Czy przestała lubić bywać sama ze sobą? Absolutnie!

Jedyne, co pojawiło się naturalnie, to to, że może częściej wyjeżdżała z miasta i może trochę więcej sportu uprawiała, jako, że jej Blondas sport, a zwłaszcza rower uwielbiał. Toteż na Walentynki Meg rower od niego dostała i już bez przeszkód mogli wspólnie pokonywać kilometry.

Był okres, kiedy życie Meg zwolniło i biła się z myślami, co teraz będzie? Nie mniej, człowiek adaptuje się do różnych warunków (dzięki Bogu) i przyzwyczaja się zarówno do tempa, jak i stagnacji.

Ale Meg uważa, że warto polubić rutynę i to, że w kącie siedzi Blondas nad pomiarami, a w drugim ona ogląda wywiady. Że codzienność nie jest na ogół pełna ekscytujących fajerwerków, tylko obowiązków i równowagi. I Megi najbardziej w instytucji ona-Blondas uwielbia to, że sobie gaworzą na różne tematy, że dają sobie przestrzeń, że dalej lubi być i sama i z nim, że on mimo indywidualności potrafi ustąpić, albo tupnąć nogą i ją poprowadzić. I, że nie zwariowali, bo świat i to, co wcześniej przestało mieć znaczenie, bo nagle oto buchnęło uczuciem i się w sobie zakochali. Nie.

Już chwilę temu, Megi mu powiedziała – Kocham Ciebie, ale muszę nauczyć się traktować miłość jako towarzysza, a nie jak dotąd separować ją od wszystkiego, co niewygodne. Nie chcę, żeby to uczucie zmieniło mnie na gorsze. Chcę być z tobą i czuć się w tym wszystkim sobą.

Te przemyślenia pojawiły się w niej wtedy, kiedy Blondasa nie widziała nawet na horyzoncie, a jej życie właśnie zwolniło.

„Warto zaakceptować rutynę, bo ona potrafi być i refleksyjna i kreatywna i rozsądna. Kiedy nic ciebie nie rozprasza, można zastanowić się, co warto zmienić, poprawić, co sprawia tobie radość, a z czym nie jest ci po drodze. Już nie mówiąc o tym, że niekoniecznie wszystkie myśli jakie kłębią się wtedy w głowie są z założenia złe. Naucz się cieszyć własnym czasem, bo kiedy pojawi się być może ktoś z kim przyjdzie ci go dzielić, radość będzie podwójna”.

– Nic się nie zmienia w rozmowach z tobą. Dalej jesteś tak samo otwarta i tak dobrze koisz skołatane emocje – powiedziała znajoma na odchodnym.

I był to chyba jeden z większych komplementów jakie Megi ostatnio usłyszała. Taki niecodzienny impuls, który połechtał jej próżność samozwańczego psychologa i zupełnie ludzkie poczucie, że chcę być komuś potrzebny nawet na chwilę.

Ahoj rutyno!

Fundamenty

Zbliżała się końcówka tygodnia i niemal wszystkie wieczory Megi spędzała z Nim. Chodzili na spacery, na lodowisko, do kina, na pizze albo po prostu siedzieli i debatowali na różne tematy. Spotykali się z jego przyjacielem i jej koleżanką, która także kogoś poznała. Wybrali się raz na narty, w weekend w góry. Megi lubiła jak dzwonił w ciągu dnia i jak czekał wieczorami w progu. Była trochę zmęczona na początku, bo nagle życie zmieniło rytm i trzeba było przyzwyczaić się do czegoś innego, ale dość szybko poradziła sobie z ów zmianą. O dziwo. Czyli, że z wiekiem też się da dostosować. Dzięki Bogu, bo uczucie, które porywa za sobą w całości serce, potrafi nieźle namieszać.

Pewnego dnia Megi pomyślała, że może warto byłoby poznać ich ze sobą. Jego z Mamą znaczy.

– Mamo, chciałabym żebyście się poznali.

Mama jak to mama odparła, że nie widzi przeszkód, a On jak to On odrzekł – wreszcie.

Za namową Meg, poszli więc na kawę i ciastko. A co tam – pomyślała Megi, która bardzo stresowała się przed ich wspólnym widzeniem. Usiedli. Zamówili. Mama lustrowała czujnie delikwenta, a delikwent sprawiał wrażenie bardzo zaangażowanego. Po pierwsze sam z siebie przyniósł Mamie kwiaty. Po drugie był już na tyle wdrożony w różnego rodzaju tematy, że Megi podziwiała w nim swobodę, która dzięki temu zaistniała. Po trzecie palnął, że On Megi kocha więc, żeby Pani Mama nic się nie denerwowała. Mama zaśmiała się perliście i stwierdziła, że bardzo się cieszy z tegoż sposobu postawienia sprawy. A poza tym skoro Megi go zaakceptowała, to ona wie, że jest to najlepszy zapewne wybór.

– Moja córka jest na tyle wybredna, że chwilami miałam wrażenie, że już nikt się jej nie spodoba.

– Coś o tym wiem – zaśmiał się Blondas uroczo i spojrzał wymownie w stronę Meg.

I tak lekki pakt porozumienia blondasowo-mamowy został zawarty. Mama pomachała im kwiatami na do widzenia i pomknęła w swoją stronę.

– Świetna – rzekł po chwili Blondas. – Nie wiedziałem, że twoja mama jest taka…Serio nie skończyła żadnych studiów?

– Serio, ale jak widzisz to w niczym jej nie przeszkodziło, żeby być oczytaną i elokwentną. Zawsze w niej to podziwiałam, że mieszkając na wsi była taka „mało wiejska” w tej swojej wiejskości.

– Niesamowite. I wiesz, że wy macie jakąś taką podobną aurę.

– Być może, ale z wiekiem dochodzę do wniosku, że Mama jest jednak bardziej przebojowa i odważna niż ja.

– No to co? Teraz pora na moich hm?

– Yhm.

Kilka dni później siedzieli w samochodzie. Droga do jego domu trwała 3 godziny. Kiedy przyjechali na miejsce tata już na nich czekał przy bramie.

– Dzień dobry – przywitała się Megi, wyciągając w jego kierunku dłoń i uśmiechając się niepewnie.

– Dzień dobry – odwzajemnił uścisk. – Zapraszam.

Megi posłusznie ruszyła w stronę drzwi głównych, w których pojawiła się drobna i szczupła kobieta.

– No nareszcie jesteście. Witaj Megi – uścisnęła ją. Była z zawodu nauczycielką więc najpierw spojrzała na nią dość czujnie, ale szybko się wyluzowała i dała odczuć, że jest na TAK.

Dom w środku był bardzo starannie wysprzątany, a potrawy przepyszne.

– Słyszałam, że nie przepadasz za mięsem, dlatego postanowiłam przygotować coś innego niż zwykle.

– Bardzo dziękuję. Faktycznie mięsne potrawy od dziecka nie należą do moich ulubionych.

– Aaa, czyli to nie fanaberia dzisiejszych czasów? – wtrącił się Pan Tata. – Teraz wszyscy chcą być fit.

– Nie, nie. Ja właściwie już w podstawówce miałam tak, że w ogóle nie jadłam nic co z mięsem związane. Potem to trochę minęło. Chciałam być kiedyś weterynarzem, bardzo kocham zwierzęta i być może dlatego nie przepadam.

– Kochani opowiadajcie, co w wielkim świecie?

Megi starała się uważnie słuchać, być naturalna i prostolinijna w swoich odpowiedziach.

– Pomogę – wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze po zakończonym obiedzie.

– Bardzo się cieszę, że mój Syn wreszcie Cię do nas przyprowadził. Tyle o tobie opowiadał.

– Ja również się cieszę, że mogę Państwa poznać.

Stała w kuchni i patrzyła na kobietę do której tak bardzo jej ukochany był podobny.

– Jesteś dokładnie taka, jak sobie wyobrażałam – uśmiechnęła się miło.

– Naprawdę? – Megi zdziwiła się szczerze.

– Tak. Śliczna i dobra.

Uścisnęły się serdecznie, a podczas krojenia ciasta, zaczęły wymieniać poglądy na temat współczesnej edukacji.

– Boże, Mamo zamęczysz moją Megi – Blondas pojawił się po dość długiej chwili.

– Masz racje, przepraszam.

– Co ty za bzdury opowiadasz – Megi spojrzała na Blondasa na niby rozeźlona.

Jeszcze kilka godzin siedzieli z rodzicami, rozmawiając na różne tematy. Wieczorem postanowili, przejść się do pobliskiego parku w którym Megi przesiadywała, będąc w liceum. Nota bene tym samym, które skończył jeszcze wtedy jej nie znany, rok starszy Blondas.

– Wszystko takie samo – westchnęła wzruszona.

To tam chadzała ze swoją pierwszą miłością za rękę, rozmawiając o życiu. To tu zwykle siedzieli. A w tej alejce ze swoją przyjaciółką często „naprawiały świat”, w oczekiwaniu na autobus.

– Megi wszystko okej?

Nie zauważyła, że nagle jej oczy wypełniły łzy. Tamtego już nie ma…

– Tak, wszystko dobrze – odparła i szybko odwróciła głowę w drugą stronę.

– Jutro możemy pójść tam na górę. Co o tym myślisz?

Na górę, gdzie jeszcze więcej wspomnień.

– Chyba nie wystarczy nam czasu. Następnym razem.

Spojrzał na nią zdziwiony, ale nic nie powiedział. Chyba wyczuł, że Megi nie ma specjalnej ochoty rozmawiać, bo wziął ją jedynie za rękę i poprowadził ku wyjściu.

– Przygotowałam dla Ciebie pokój – kiedy wrócili było już późno. Jego mama mimo wszystko czekała, żeby powiedzieć „dobranoc”.

– Bardzo dziękuję – odrzekła Megi z wdzięcznością i, kiedy pożegnały się, wskoczyła w piżamę.

– Hej, Kocie w porządku? – Leżała już w łóżku, kiedy rozległo się pukanie i przez drzwi wychyliła się znajoma czupryna. Wszedł i położył się obok.

– Nie cierpię tego miasta – mruknęła, przytulając twarz do jego piersi.

– Heejj, co się stało? – Blondas był wyraźnie zaskoczony niepodziewanym wyznaniem.

– Nic. Po prostu za dużo wspomnień tu jest. Na każdym kroku.

– Nie wiedziałem, że aż tak.

– Cieszę się, że poznałam twoich rodziców. Bardzo ich polubiłam, ale chciałabym wracać.

– Rozumiem. To znaczy nie rozumiem, ale nie wiem czy powinienem pytać.

– To Ciebie nie dotyczy.

– Ale Ciebie tak. Nigdy nie mówiłaś, że nie lubisz tych okolic. Przecież stąd pochodzisz.

– Lubię je i nie cierpię jednocześnie.

– Boże..Megi nie wiedziałem.

Megi westchnęła i mocno go objęła. Chciałaby uciec daleko od tego wnętrza depresji i marazmu. Gdzie ludzie snują się po kątach. Gdzie świat wydaje się szary. Ten świat nigdy nie był dla niej. Ona zawsze chciała mieszkać w czymś większym. A teraz znów była tu. Tu od czego tak bardzo mentalnie zawsze stroniła.

Rano podczas śniadania, Blondas oświadczył rodzicom, że niestety nie mogą zostać do obiadu, bo ma ważne spotkanie biznesowe.

– W niedzielę? – jego ojciec był wstrząśnięty.

– Tak Tato. Nawet w niedzielę trzeba się czasem z kimś zobaczyć.

Megi uśmiechnęła się krzywo i popiła herbatą. Wiedziała, że Blondas musiał wymyślić jakąś wymówkę ze względu na nią. Poczuła się jeszcze gorzej.

Dostali tonę jedzenie na wynos i ogromnym uściskom nie było końca.

– Przyjeżdżaj do Nas Megi tak często jak się da.

– Może tym razem to Państwo nas odwiedzą.

– Postaramy się. Jedź ostrożnie Synku.

Pomachali im na pożegnanie.

„Podróże dookoła świata mają się nijak względem tego, że codziennie odbywamy podróż w głąb siebie” – usłyszała Megi w niedzielnej audycji. „Kiedy przed czymś uciekamy to nieważne czy będziemy na Saharze, w Nepalu, czy na Amazonce. To coś będzie nadal w nas”.

– Jak ty jedziesz? – Megi zauważyła, że trasa przebiega zupełnie inaczej.

– Nie jadę tak jak wcześniej. Chcę zobaczyć twój dom rodzinny.

Megi zapadła się w fotelu.

– Nie ma go już.

– Wiem. Chcę zobaczyć, gdzie stał. Poprowadzisz mnie? Znasz tę trasę na pamięć.

– Nie.

– Megi, dlaczego? Dlaczego się z tym nie zmierzysz?

– Bo nie. Zawracaj.

Zapadła cisza. Taka, której nigdy między nimi nie było. Ciężka, wymowna, obca.

Po dobrej godzinie, kiedy dojechali do stacji paliw, zapytał czy czegoś nie potrzebuje.

– Nie – odparła.

Znów cisza. Znów milczenie.

– Cześć Mamo, jak tam? – wykorzystała moment, że go nie było. – Tak, rodzice całkiem w porządku. Smutna? Nie. Było naprawdę fajnie. Jak się czujesz?

Po 5 minutach wrócił On. – Dobrze Moja Droga, muszę kończyć, bo ruszamy dalej. Odezwę się później.

– Mama?

– Tak.

Kiedy dojechali było wczesne popołudnie.

– Chciałabym pojechać do siebie.

– Okej. Podrzucę Cię.

– Nie musisz. Wyskoczę tutaj.

Posłusznie zatrzymał samochód. Cmoknęła go w policzek.

– Pozdrów rodziców. Podziękuj raz jeszcze za wszystko.

– Megi…

– Pa.

Wysiadła i poczuła ulgę. Dom. Tu był jej dom. Miejsce, gdzie zawsze czuła się dobrze. Gdzie miała wydeptane ścieżki wolne od przykrych wspomnień. Dom.

Kilka godzin później, kiedy telefon zamilkł na dobre, cieszyła się. Wreszcie mogła złapać dystans do Niego i tego co zrobił. Wiedziała, że chciał pomóc, ale nie podobało jej się, że próbował na siłę. Na szczęście odpuścił w porę.

Blisko godziny 20 zadzwonił.

– Megi…

– Tak?

– Przepraszam.

– Nie rób tego więcej.

– Dobrze.

– Dzwoniłeś do mamy?

– Tak.

– Pozdrowiłeś?

– Megi?

– No?

– Pierwszy raz Cię taką widziałem.

– No widzisz…

– Widzę, że nie chcesz mi o wszystkim mówić.

– Więc to uszanuj.

– Bardzo dużo ode mnie wymagasz. I mi nie ufasz.

– Ufam.

– Ale nie bezgranicznie.

– Daj mi czas..Nie naciskaj.

– Nie wiem..Nie wiem co mam o tym myśleć. Te tajemnice..

– Żadne tajemnice. Przeszłość i tyle.

– Twoje odczucia nie są przeszłe, dzisiaj to zobaczyłem.

– Ale nijak wpływają na nas.

– A jednak wpływają. No, ale nic. Śpij dobrze.

– Ty też.

Megi zanurzyła się pod kołdrą i starała się nie myśleć, że jest dopiero 20. Straci go. Jeśli niczego nie zrobi, on nadal będzie myślał, że mu nie ufa. A przecież kochała go całą sobą.

Kocham Cię – napisała, ale nic nie odpisał, chociaż czekała do 24. Potem znużona zasnęła. Znów śniąc o DOMU.

Gwałtownie otworzyła oczy. Grzywka była całkowicie mokra.

– Halo – burknęła do słuchawki. Telefon dzwonił jak szalony.

– Ojej, a co ty taka? – głos jej siostry był zaskoczony.

– Nic.

– Obudziłam Cię?

– Nie.

– I jak było?

No tak. Blondas.

– Całkiem okej. Słuchaj oddzwonię do Ciebie za chwilę.

Musiała go usłyszeć.

– Tak? – odebrał po kilku sygnałach.

– A ty czemu się nie odzywasz? – zapytała od razu.

– Megi nie mogę teraz. Wybacz. – I się rozłączył.

Wściekła na niego, na cały świat Meg postanowiłam już więcej się nie odzywać. Nie to nie. Ale kiedy cały dzień milczał, pomyślała, że być może stało się coś złego i dała za wygraną.

– Co się dzieje?

– Nic Megi, naprawdę.

– Nie odzywasz się cały dzień i mówisz, że to NIC?

– Pomyślałem, że powinniśmy trochę od siebie odpocząć to wszystko.

– Aha.

W tej sekundzie bateria jej padła. Może i lepiej. Jak mieli tak ze sobą rozmawiać to może byłoby znacznie łatwiej nie rozmawiać wcale. Nie włączyła telefonu. Całkowicie się jej rozładował. Jakież było jej zdziwienie, kiedy pół godziny później Blondas stanął u progu blady jak ściana.

– Megi, co z twoim telefonem do cholery?

– Nic, rozładował się.

– CZY TY WIESZ JAK SIĘ MARTWIŁEM?!

– Nie wiem.

Był tak zły, że myślała, że wyjdzie, ale opanował się w porę. Usiadł na krześle.

– Co my robimy? – zapytała, siadając tuż obok.

– Nie wiem – schował twarz w dłoniach.

– To są moje sprawy. Moje i tylko moje. I nie ma tu kwestii zaufania. Pewne rzeczy należą tylko do mnie. Kiedy nadejdzie czas być może Ci o wszystkim opowiem.

– Kocham tamto miejsce, ty je nie cierpisz. Jak to pogodzić?

– Normalnie. Będę tam jeździć z Tobą i tyle.

– Mimo wszystko?

– Tak. Tam są rodzice przecież.

– Ale tak bardzo Cię boli…

– No i co? Bo to pierwszy raz?

– Myślałem…

– Źle myślałeś. Jestem dorosła i umiem pewne sprawy ze sobą łączyć, a inne rozdzielać. Nie chcę tam mieszkać, ale przyjeżdżać mogę.

– Wiesz, że ja sądziłem, że ty po tym wszystkim…

– Co? Zerwę z Tobą? Byłaby to „super” dojrzała decyzja doprawdy. Otóż, nie, nie zerwę.

Blondas spojrzał na nią z podziwem.

– Przeprasza Ciebie Megan. Przepraszam.

– Dobra już. Zjedzmy jakąś kolację i zacznijmy normalnie funkcjonować, bo mnie krew zaraz zaleje.

– Okej. Może wybierzemy się…

– Nie. MAM JUŻ DOŚĆ RESTAURACJI. Jest chleb, ser. Mogą być kanapki?

– Tak i herbata z cytryną.

– No i tak mi mów.

Uścisnęli się jak przyjaciele. Pocałowali jak para. Usiedli do stołu niczym rodzina. Stawali się nią stopniowo. Nikt nie powiedział, że etap fundamentów ich wspólnej przyszłości będzie łatwy. Chociaż po raz pierwszy od chwili wspólnego bycia Megi naprawdę poczuła względem niego złość, a jednocześnie kochała go z każdym dniem bardziej. Imponował jej. Zachwycał. Otulał dobrocią, cierpliwością jakoś tak, że nie był w tym wszystkim ciapą i miał swoje zdanie. I chyba za to zdanie ceniła go najbardziej.

 

Sia – Helium

Sylwester i trójkąty

A taki on potrzebny i niepotrzebny – myśli Megi kilka godzin przed wyjściem na domówkę u znajomej. Kupiła szampana, wino białe. Ma też nową sukienkę. I lżejszy portfel. I prawie pusty brzuch, bo po Świętach za nic dojść do siebie nie może – tak jej delicje popalić dały. A tu jeść będzie trzeba, pić będzie trzeba, uśmiechać się będzie trzeba i tańczyć, a to ostatnie akurat chętnie.

Lata całe spędzała Sylwestra ze swoją Przyjaciółką. To już 6 Sylwester osobno. Ciekawe, czy ona wie, że Megi zamiast żyć w błogiej euforii przed nadchodzącą imprezą, myśli teraz o niej? Pewnie nie. Pewnie sama gdzieś wybywa, jak wtedy, kiedy rok temu słyszała ją ostatni raz. Dziwne to było uczucie. Megi wówczas wracała do domu tuż po koncercie na Rynku ze znajomym. I nagle telefon – to była ona z życzeniami. Wtedy Meg pomyślała kończąc rozmowę, że dłużej już nie będzie w stanie imitować tej znajomości. Że nie poszło to w dobrym kierunku, a ona nie chce udawać. Dłużej już nie może udawać, że opcja świąteczno-okazyjna jej odpowiada. I kiedy dostała od niej życzenia w Dniu Kobiet, postanowiła z bólem serca nie odpisywać. Pół roku później w SPAM znalazła wiadomość, że tamta chce wysłać jej zaproszenie na ślub. Wysłać? – pomyślała Megi. Wysłać po tylu wspólnych przygodach? Po tylu rozmowach? Po tylu latach? Zamiast przyjechać, pogadać i wręczyć jak trzeba owo zaproszenie, ona chce jej je wysłać?! Wzburzona odpisała – nie wysyłaj, bo nie uda mi się przybyć. Wszystkiego najlepszego.

Cisza.

Megi doświadczyła, że ludzie, nawet najbliżsi zapominają o swoim życiu przed kiedy są w związku. Zwłaszcza kobiety. Poświęcają dla mężczyzn karierę, rodzinę, znajomych, pasje. Życie kobiety to trzy etapy – panna, mężatka, wdowa. I takie też są. Najpierw spędzają z przyjaciółką wolny czas, mogą gadać całą noc, pisać listy, chodzić na zakupy, do kina, na spacery. Są jak siostry. Potem pojawia się On. Pół roku – myślała zawsze Meg. Pół roku to mgła, 5 metrów nad ziemią i idealizacja. A później życie wraca do normy. Nie. Nie wraca. Ale przecież to powód do radości, nieformalna rodzina się powiększa, ona jest szczęśliwa. Nie? Nie masz czasu przyjechać? Aha. Nie możesz? Rozumiem. Przecież mówiłaś, że będziesz?! Nie jesteś już tą samą osobą, bo jesteście wy?

Dystans.

Megi bardzo chciałaby życzyć wszystkim tym,  którzy są w związku zwłaszcza, żeby pamiętali w Nowym Roku, że o Przyjaźń trzeba dbać. Zawsze. Nie ma co myśleć ile lat za wami. Nie ma co sentymentalnie liczyć wasze historie. Nie ma co odgrzebywać stare listy i przeglądać wspólne zdjęcia. Nie ma co się czuć ZA pewnym. Zaopiekuj się tym kimś, kto jeszcze nie znalazł swojej połówki. Zrozum, że może ona/on nie ma ochoty chadzać z wami do kina i na pizzę we trójkę (jakkolwiek nie ma nic przeciwko partnerowi i od czasu do czasu może). Niech będzie stabilnie. Niech Przyjaźń pozostanie Przyjaźnią bez względu na wasz obecny status. Bo Przyjaźń dalej potrzebuje uwagi i rozwoju. Szczerości i wrażliwości. Jak wtedy, kiedy nie było jeszcze jej, jeszcze jego…

– O czym piszesz Megi? – Blondas stara się znaleźć w szafie swoją ulubioną koszulę.

– O trójkątach.

– O czym? Jakich trójkątach znowu?

– Miłosno – przyjacielskich. Takich wiesz – ty, ja, przyjaciel i wspólny czas.

– Aaa coś jak ja i Mati?

– Właśnie.

– A w czym problem?

– No właśnie nie wiem, bo u kobiet często to nie gra.

– Bo jesteście zazdrosne. Zbyt zazdrosne i niepewne.

– No bo was trzeba krótko trzymać, a to zajmuje dużo czasu – odgryzła się.

– Trzeba, ale też bez przesady. Przecież nic się nie stanie jak raz w tygodniu wyjdziesz gdzieś z kimś. O ile to nie jest tak, że jedyną wolną chwilę poświęcasz temu komuś kosztem związku. Tak myślę, ale ekspertem nie jestem.

W Nowym Roku nie trzeba być więc ekspertem, ale warto być sobą i dbać o innych, zwłaszcza tych pojedynczych – myśli Megi.

Pora zacząć przygotowania.

PS to ja – wstrzemięźliwość

Popołudniową porą nadciąga wiadomość.

Zdrowych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia

życzy P. z rodziną

Megi zastanawia się czy P. zna? Jako, że takich P. trochę w jej życiu było. Odpisuje grzecznie, że dziękuje, że nie jest pewna czy to aby nie pomyłka, bo nie ma numeru w spisie, ale mimo wszystko Wesołych Świąt. Czy to możliwe, że facet o imieniu X, który lata temu zawrócił jej w głowie i którego niechcący spotkała ostatnio w drodze do sklepu (był z dziewczyną, więc nie zatrzymywała się na pogawędkę, a i też gawędzić nie chciała, mało tego – ledwo go poznała chociaż bardzo się nie zmienił i rzekli sobie jedynie „hej” po jego dziwnym, rozpaczliwym, nieskoordynowanym ruchu ręką w jej kierunku) wysłałby jej po kilku latach milczenia sms-a? Po co? Nie musiała czekać spektakularnie długo, aby potwierdzić swoje obawy.

Megi to nie pomyłka. 

PS to ja

A to heca doprawdy. Te powroty i rozstania. I znowu los podrzuca jej temat do zastanowienia i rozważenia – wchodzisz w to czy wychodzisz z tego? Jasne, że Meg wychodzi. Z idiotycznych sytuacji wychodzić nawet trzeba, a jak nie wiadomo jak, to należy przemilczeć temat i żyć dalej.

Niegdyś był jej westchnieniem w pracy. Wysokim (za wysokim obiektywnie rzecz biorąc), szczupłym, o czujnym błękitnym spojrzeniu. Z troski przynosiła mu sałatki i kotlety, ale nawet to nie pomogło ujarzmić jego upartej, indywidualnej natury (chociaż do kotletów nostalgicznie kiedyś też przy okazji wrócił). Jednak komuś się udało.

Megi stroni od tych, którzy nie wiedzą jak się zachować. On zachował się fatalnie. Nagle przestał się odzywać. Nagle zniknął. A potem znowu coś napisał tylko ona nie miała ochoty już z nim pisać. Tak ją zmęczyła ta znajomość. I zawiodła. I chociażby nawet wysyłał jej wiadomości na każdą okazję to nic nie zmienia.

Megi może kumplować się z pozytywnymi wariatami, zabłąkanymi romantykami, twardo stąpającymi po ziemi życiowymi przedsiębiorcami, złamanymi przez codzienność, ale jednak rokującymi na sklejenie osobnikami, ale nie z egoistami, którzy nie uczą się na błędach.

Ktoś powie – Meg, ale skąd wiesz, że ktoś myśli akurat, że oto właśnie popełnił błąd??

Tam, gdzie krzywdzimy innych tam popełniamy błąd – zwykła odpowiadać. I nie ma tu idiotycznych domniemań co to jest krzywda, a znowu jak kto definiuje błąd.

Dziecko często słyszy NIE WOLNO. Gdzie podziewa się owo NIE WOLNO u dorosłych, chociażby w sytuacji, gdy ktoś coś obiecuje i słowa nie dotrzymuje? Gdzie jest NIE WOLNO, gdy ktoś przekracza cudzą granicę na przykład spokoju? W imię czego?

– Zasypiasz już Kochanie? – słyszy śpiący głos Blondasa, który oto właśnie postanowił nie popełniać błędu i jednak zadzwonić przed snem, jak zapowiadał wcześniej.

– Nie śpię jeszcze, nie – tak bardzo się cieszyła, że go słyszy.

– Jutro o tej porze będziemy razem, wiesz?

– Nie mogę się doczekać – uśmiecha się na myśl o tym.

– Megi?

– Hm?

– Masz jakiś taki smutny głos..Stało się coś?

– Dlaczego ludzie wracają po latach milczenia? – nim przemyślała już zapytała.

– To zależy. Wiesz zależy dlaczego milkną. Jedni z sentymentu. Inni, bo szukają rozgrzeszenia. Są tacy, którzy tęsknią – Blondas wymownie chrząknął. – Jeden wspólny temat to – bo mają akurat taką potrzebę, ale wynika ona z różnych przyczyn.

– I za nic mają, że może ty nie masz ochoty, żeby oni tę potrzebę akurat uzewnętrzniali?

– Nie myśli się wtedy o tym, tak jak niespecjalnie masz wyobrażenie co to da. Jest potrzeba, jest działanie. Taki impuls i już. Ale nie zawsze to takie złe. Patrz MY.

– Blondasie?

– No?

– Lubię jak odpowiadasz na moje pytania. Zwłaszcza kiedy mimo potrzeby snu starasz się być być przy mnie i z sensem mnie słuchać.

– Potrzeba bycia przy tobie jest ważniejsza niż sen aktualnie.

– To brzmi jak z jakiegoś filmu..

– A widzisz jaki się ze mnie robi romantyk? Przy tobie nawet szczur, jakbyś go wzięła w obroty, wydawałby się delikatniejszy.

– Szczur?

– Megi?

– Tak?

– Kocham Cię.

– Oj.

– Co?

– To ciumkanie ciągłe.

– Spokojnie, z założenia jeszcze tylko kilka miesięcy i będzie normalnie.

– Czyli, że nie będzie wyznań..?

– Chyba trochę rzadziej. Nie wiem.

Zaśmiali się.

– Śpij dobrze mój drogi.

– I ty moja Maleńka.

Ale Megi nie mogła zasnąć tej nocy mimo usilnych prób. Dopiero delikatna muzyka ją nieco uspokoiła i nad ranem przyszedł oczekiwany sen.

Obudziła się o 11. Ojej, toż to już prawie południe i 5 nieodebranych połączeń.

– Megi ja już jestem w drodze – dowiedziała się, kiedy jedną ręką ścieliła łóżko. Za jakieś 3 godziny Blondas będzie z nią. Umówili się pod kamienicą i prosto pojadą do niego. Pomyślała, że specjalnie włoży dziś sukienkę, bo jak jej kiedyś powiedział, uwielbia ją w sukienkach.

Praktycznie punktualnie spotkali się o 14.

– Nareszcie – uśmiechnął się szeroko, gdy usadowiła się w samochodzie. – Chodź do mnie – pocałował ją namiętnie i mocno przytulił, chociaż zbyt wielkiej swobody ruchu nie mieli. Dopiero, kiedy stanęli w progu mieszkania mogli spokojnie się przywitać.

– Tęskniłam – szepnęła Meg, oplatając rękoma jego talię.

– Ja też. Jak głupi. Cieszę się, że będziemy mieli jeszcze kilka dni tylko dla siebie.

– Niezupełnie. Jutro zostaję z moją bratanicą do 17. A w czwartek i piątek mam lekcje.

– Aha, dobrze wiedzieć.

– No nie gniewaj się – Megi musnęła jego nos. – Przecież życie toczy się normalnym rytmem. Za to w weekend będziemy tylko razem. Może wybierzemy się z mamą na kawę?

– Nie wiem, zobaczymy.

– W porządku. Zjemy coś?

– Ano tak. Przywiozłem z domu mnóstwo różnych rzeczy, chodź.

Faktycznie. W koszyku roiło się od smakołyków. Megi spróbowała sałatkę i pierogi.

– Pyszne.

– Czekaj tu jest jeszcze sernik. Wziąłem, bo to twoje ulubione więc..

– Jesteś kochany.

Jedli w milczeniu. Megi widziała po nim, że jest bardzo zmęczony więc o żadnym spacerze mowy być dziś nie mogło, ale film? Czemu nie?

Ułożyli się wygodnie i zaczęli oglądać

– Megi?

Znów jego oczy miały ten sam wyraz co wcześniej. Znów całował inaczej niż zwykle. Byli ze sobą od miesiąca, znali się dziesięć lat. Nie wiedziała czy to dobry moment, żeby zrobić krok dalej, tym bardziej, że jeszcze wszystko było stosunkowo świeże.
– Hm?
– Czy ty byś chciała..? Masz może ochotę..? – pocałował ją znowu.
– Mam wielką ochotę – pogłaskała go po twarzy – ale jeszcze nie czas.
– Nie..czas..?- ocknął się w momencie.
– Tak.
– To znaczy?
– To znaczy, że chciałabym bez ciśnienia jeszcze się z Tobą spotykać. Chciałabym żebyś poznał moją rodzinę, chciałabym poznać twoją. I jak wspólnie uznamy, że jest czas to nie widzę przeszkód.
Opadł obok niej z szeroko otwartymi oczami. Milczał dobrą chwilę, zanim wstał i poszedł do łazienki. Słyszała jak bierze prysznic. Pół godziny w samotności oglądała wiadomości i zastanawiała się czy powiedziała wszystko tak jak trzeba. Kiedy wrócił miał mokrą czuprynę i pachniał miętową pastą do zębów. Dalej nic nie mówił.
Przytuliła się, walcząc ze sobą. Pragnęła go całym ciałem i duszą, ale nie chciała, żeby ich związek stał się tylko i wyłącznie seksualną podnietą.
Znowu położył się obok, ale chociaż ją objął, czuła dystans. Nie poddawała się. Pocałowała go w policzek i starała się sprawiać normalne wrażenie. Zasnął dość szybko. Megi wstała i poszła do kuchni. Armagedon. Znalazła w kieszeni swojego płaszcza słuchawki i podpięła pod komórkę. Nie ma to jak muzyka podczas sprzątania, a ponieważ nastrój świąteczny jeszcze nie minął, puściła kolędy. Nie wiedziała od kiedy się jej przyglądał, ale stał oparty o framugę drzwi i uśmiechał się patrząc na jej porządki.
Serce zabiło jeszcze szybciej.
– Megi? Czego ty się boisz?- zapytał, odkładając garnki we właściwe miejsce. – Tego, że nie będzie ci ze mną dobrze?
– Chyba żartujesz – zaśmiała się.
– Tego, że wpadniemy? – tym razem to on się zaśmiał. Dziecko skoro chcieli być razem, było niejako w planach.
– Nie, chociaż jakoś jeszcze nie jestem gotowa na zostanie mamą. Ale to nie to.
– No to co się dzieje Maleńka? – przysunął się bliżej – Przecież widzę, że tego chcesz…
– Nie wiem…Jak pomyślę, że jesteśmy dopiero na początku swojego bycia. I tak mało za nami..
– Każdego dnia więcej – pogłaskał ją zalotnie po grzywce. – Mało tego, przecież jesteśmy narzeczeństwem.

Patrzyła na niego zdezorientowana. Seks to coś więcej niż 10 sekund orgazmu. I chociaż faktycznie byli dorośli więc teoretycznie mogli robić wszystko bez oporów, to jednak granice wewnętrzne są ponad metryką. Wyrzuty sumienia, pytania – a po co, a dlaczego? No i faktycznie, czy oni byli gotowi na dziecko? Nie stanowili jeszcze oficjalnej pary i dopiero do siebie docierali. Współżycie to nie zabawa. I nie fundament związku, tylko w jej odczuciu element zwieńczający. Czy więc warto ulegać w imię chwilowej przyjemności? Ale pokusa jest ogromna, bo potrzeba bliskości zwłaszcza w kobietach tkwi przez całe życie wielowymiarowo, a pożądanie jest ogromną siłą której, zwłaszcza kiedy sprzyjają warunki, trudno nie ulec.

A jednak pokiwała głową przecząco.
Jego wzrok w jednej chwili stał się bardzo poważny. On też zaczął się zastanawiać. Potrzebowała jego męskiej decyzji, tu i teraz. Bardzo chciała, żeby zrozumiał i żeby jej pomógł.
– Nigdy z nikim nie miałem takich przemyśleń życiowych jak z tobą, wiesz?
Uśmiechnęła się krzywo.
– Co więcej, czułem i to się sprawdza, że nie będzie łatwo…Czeka mnie ciężka droga. Bo to, że kochasz to jeszcze nic..
– Tak myślisz?
– Tak. Ty nie potrafisz się całkowicie podporządkować drugiej osobie i z nią popłynąć..Zawsze tak miałaś?

– Czasem ulegałam.

– Chciałbym to zobaczyć.

– Nie chciałbyś. To co się działo ze mną później…Seks nie jest warty poświęcenia swoich wartości ani na chwilę…Jest przyjemny, ale jeżeli nie daje Ci spokoju sumienia, wzbudza wątpliwości, staje się imitacją bliskości, a w związku nie chodzi o imitację.

Przyglądał się jej z uwagą.

– Bardzo serio podchodzisz do tego, co u wielu uchodzi za błahe. Oni kierują się po prostu „tu i teraz”, a Ty masz jakąś perspektywę. Zawsze.

– Bo mi na tobie zależy. A poza tym ja z natury jestem raczej poważna. Lubię uszczęśliwiać innych, ale chciałabym żeby była w tym jakaś logika. Taka ze mnie intelektualistka emocjonalna. Ale to, że nie potrafię się do końca podporządkować to prawda.

– Bo masz swoje zdanie i asertywność. Mnie się to podoba, wiesz?
Westchnęła.
– Megi jesteś absolutnie wyjątkowa…
Nie wiedziała czy to dobrze czy źle. Miała świadomość jednak, że co nagle to po diable i chociaż bycie z kimś to także pocałunki i pieszczoty one nie mogły, zwłaszcza teraz zaważać.
– Chciałbym teraz zanieść Cię do sypialni, ściągnąć z Ciebie wszystko i… – położył zrezygnowany głowę na jej ramieniu, by za chwilę znów spojrzeć przytomnym i bystrym spojrzeniem. – Ale nie zrobię tego.
Megi, która siedząc na blacie, miała jedną z nielicznych okazji, żeby wyrównać różnicę wzrostu, wpatrywała się w niego urzeczona. To tak jakby mieć przed swoim nosem tort o którym marzysz, ale wiesz, że chociaż jest wspaniały, może zaszkodzić. Zwłaszcza komuś, kto jest na diecie.
– Dobrze chociaż, że całować Cię mogę bez oporu – wydusił.
– Powiedz ty mi, jak te pary, które czekają do ślubu dają radę?
– Nie wiem – odrzekł. – Pewnie dlatego kiedyś ślub brano tak wcześnie. Żeby się ludzie nie wykończyli.
Zachichotali.
– Blondasie? Stajesz się moim bohaterem…-Megi była nim autentycznie zauroczona.
Wypiął pierś dumnie do przodu jak kogut i zrobił minę niewiniątka.
– Dadzą mi kiedyś order za cierpliwość, czy prędzej stanę się twoim niewolnikiem – jak myślisz?
– Mam nadzieję, że ani jedno, ani drugie. Chciałabym żebyś był właśnie taki. Męski w sensie i mądry.
– A mam wybór trzymając w ramionach mój pierwszy, prawdziwy skarb? Skarb, który jako jedyny potrafi mi poprawić humor, sprawia, że zaczynam być refleksyjny i mieć jakąś wizję tego co później?

– Nie chcę Cię zawieść, ale nie jestem ideałem.

– Niby nie, ale obserwując Ciebie od jakiegoś czasu i to jak postępujesz i jak bardzo uroczo starasz się pozostać suwerenna i delikatna w tym swoim byciu..Nie wierzę Megi, że ty byłabyś skłonna bez jakiejś większej afery na przykład porzucić kogoś czy zdradzić. I pewnie wtedy też cierpisz. A to, że teraz mówisz to swoje nie tylko mnie w tym upewniło. Ty zwyczajnie jesteś dobrym człowiekiem. Wybrednym, upartym, charyzmatycznym, czasem zabłąkanym, ale dobrym i wrażliwym ponad wszystko. A ludzie to czują i dlatego robisz z nimi co chcesz. I wiesz co Ci powiem? Przypuszczam, że kiedy znikasz z czyjegoś życia, ten ktoś odczuwa gigantyczną pustkę emocjonalną, której nigdy nie wypełni.

-E tam. Ci którzy odeszli…

– Wracają Megi. Oni do Ciebie mniej lub bardziej udolnie wracają, bo tęsknią za tobą i wiedzą, że jesteś w porządku mimo wszystko. A teraz zwłaszcza bycie dobrym człowiekiem to sztuka. I ci wszyscy co odchodzą to rozumieją po jakimś czasie.

Była zaskoczona jak bardzo się rozgadał.

– To naprawdę miłe, ale jesteś zakochany, odbierasz to trochę inaczej niż pozostali.

– Megi..- westchnął – jestem zakochany w tobie od 10 lat.

– Nie we mnie, a w swoim wyobrażeniu o mnie.

– Nie w wyobrażeniu, a w Tobie i twoim uroku, który powodował i czasem dalej powoduje, że zapominam języka w gębie i, że żadna kobieta, a trochę ich było – dodał szybko – nie pozwoliła mi o tobie zapomnieć. I teraz już wiem, że człowiek jak kogoś takiego spotka, nie będzie z nikim innym szczęśliwy tak naprawdę, choćby nie wiem co robił.
Megi odkręciła mocny strumień zimnej wody pod pozorem umycia talerza. Tak naprawdę musiała nieco ostudzić emocje, które były na tyle ogromne, że gdyby nie fakt, że Blondas przestał się w nią wpatrywać, zajęty układaniem rzeczy w szafce, zapewne by poddała się wszystkiemu co w niej buzowało, zwłaszcza po tym co usłyszała. Po kim jak po kim, ale po nim nie spodziewała się ani dogłębnej analizy emocjonalnej, ani kogoś, kto wierzy w przeznaczenie. Był nie tylko jej. Był niezwykły.