Fundamenty

Zbliżała się końcówka tygodnia i niemal wszystkie wieczory Megi spędzała z Nim. Chodzili na spacery, na lodowisko, do kina, na pizze albo po prostu siedzieli i debatowali na różne tematy. Spotykali się z jego przyjacielem i jej koleżanką, która także kogoś poznała. Wybrali się raz na narty, w weekend w góry. Megi lubiła jak dzwonił w ciągu dnia i jak czekał wieczorami w progu. Była trochę zmęczona na początku, bo nagle życie zmieniło rytm i trzeba było przyzwyczaić się do czegoś innego, ale dość szybko poradziła sobie z ów zmianą. O dziwo. Czyli, że z wiekiem też się da dostosować. Dzięki Bogu, bo uczucie, które porywa za sobą w całości serce, potrafi nieźle namieszać.

Pewnego dnia Megi pomyślała, że może warto byłoby poznać ich ze sobą. Jego z Mamą znaczy.

– Mamo, chciałabym żebyście się poznali.

Mama jak to mama odparła, że nie widzi przeszkód, a On jak to On odrzekł – wreszcie.

Za namową Meg, poszli więc na kawę i ciastko. A co tam – pomyślała Megi, która bardzo stresowała się przed ich wspólnym widzeniem. Usiedli. Zamówili. Mama lustrowała czujnie delikwenta, a delikwent sprawiał wrażenie bardzo zaangażowanego. Po pierwsze sam z siebie przyniósł Mamie kwiaty. Po drugie był już na tyle wdrożony w różnego rodzaju tematy, że Megi podziwiała w nim swobodę, która dzięki temu zaistniała. Po trzecie palnął, że On Megi kocha więc, żeby Pani Mama nic się nie denerwowała. Mama zaśmiała się perliście i stwierdziła, że bardzo się cieszy z tegoż sposobu postawienia sprawy. A poza tym skoro Megi go zaakceptowała, to ona wie, że jest to najlepszy zapewne wybór.

– Moja córka jest na tyle wybredna, że chwilami miałam wrażenie, że już nikt się jej nie spodoba.

– Coś o tym wiem – zaśmiał się Blondas uroczo i spojrzał wymownie w stronę Meg.

I tak lekki pakt porozumienia blondasowo-mamowy został zawarty. Mama pomachała im kwiatami na do widzenia i pomknęła w swoją stronę.

– Bardzo fajna – rzekł po chwili Blondas. – Nie wiedziałem, że twoja mama jest taka…Serio nie skończyła żadnych studiów?

– Serio, ale jak widzisz to w niczym jej nie przeszkodziło, żeby być oczytaną i elokwentną. Zawsze w niej to podziwiałam, że mieszkając na wsi była taka „mało wiejska” w tej swojej wiejskości.

– Niesamowite. I wiesz, że wy macie jakąś taką podobną aurę.

– Być może, ale z wiekiem dochodzę do wniosku, że Mama jest jednak bardziej przebojowa i odważna niż ja.

– No to co? Teraz pora na moich hm?

– Yhm.

Kilka dni później siedzieli w samochodzie. Droga do jego domu trwała 3 godziny. Kiedy przyjechali na miejsce tata już na nich czekał przy bramie.

– Dzień dobry – przywitała się Megi, wyciągając w jego kierunku dłoń i uśmiechając się niepewnie.

– Dzień dobry – odwzajemnił uścisk. – Zapraszam.

Megi posłusznie ruszyła w stronę drzwi głównych, w których pojawiła się drobna i szczupła kobieta.

– No nareszcie jesteście. Witaj Megi – uścisnęła ją. Była z zawodu nauczycielką więc najpierw spojrzała na nią dość czujnie, ale szybko się wyluzowała i dała odczuć, że jest na TAK.

Dom w środku był bardzo starannie wysprzątany, a potrawy przepyszne.

– Słyszałam, że nie przepadasz za mięsem, dlatego postanowiłam przygotować coś innego niż zwykle.

– Bardzo dziękuję. Faktycznie mięsne potrawy od dziecka nie należą do moich ulubionych.

– Aaa, czyli to nie fanaberia dzisiejszych czasów? – wtrącił się Pan Tata. – Teraz wszyscy chcą być fit.

– Nie, nie. Ja właściwie już w podstawówce miałam tak, że w ogóle nie jadłam nic co z mięsem związane. Potem to trochę minęło. Chciałam być kiedyś weterynarzem, bardzo kocham zwierzęta i być może dlatego nie przepadam.

– Kochani opowiadajcie, co w wielkim świecie?

Megi starała się uważnie słuchać, być naturalna i prostolinijna w swoich odpowiedziach.

– Pomogę – wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze po zakończonym obiedzie.

– Bardzo się cieszę, że mój Syn wreszcie Cię do nas przyprowadził. Tyle o tobie opowiadał.

– Ja również się cieszę, że mogę Państwa poznać.

Stała w kuchni i patrzyła na kobietę do której tak bardzo jej ukochany był podobny.

– Jesteś dokładnie taka, jak sobie wyobrażałam – uśmiechnęła się miło.

– Naprawdę? – Megi zdziwiła się szczerze.

– Tak. Śliczna i dobra.

Uścisnęły się serdecznie, a podczas krojenia ciasta, zaczęły wymieniać poglądy na temat współczesnej edukacji.

– Boże, Mamo zamęczysz moją Megi – Blondas pojawił się po dość długiej chwili.

– Masz racje, przepraszam.

– Co ty za bzdury opowiadasz – Megi spojrzała na Blondasa na niby rozeźlona.

Jeszcze kilka godzin siedzieli z rodzicami, rozmawiając na różne tematy. Wieczorem postanowili, przejść się do pobliskiego parku w którym Megi przesiadywała, będąc w liceum. Nota bene tym samym, które skończył jeszcze wtedy jej nie znany, rok starszy Blondas.

– Wszystko takie samo – westchnęła wzruszona.

To tam chadzała ze swoją pierwszą miłością za rękę, rozmawiając o życiu. To tu zwykle siedzieli. A w tej alejce ze swoją przyjaciółką często „naprawiały świat”, w oczekiwaniu na autobus.

– Megi wszystko okej?

Nie zauważyła, że nagle jej oczy wypełniły łzy. Tamtego już nie ma…

– Tak, wszystko dobrze – odparła i szybko odwróciła głowę w drugą stronę.

– Jutro możemy pójść tam na górę. Co o tym myślisz?

Na górę, gdzie jeszcze więcej wspomnień.

– Chyba nie wystarczy nam czasu. Następnym razem.

Spojrzał na nią zdziwiony, ale nic nie powiedział. Chyba wyczuł, że Megi nie ma specjalnej ochoty rozmawiać, bo wziął ją jedynie za rękę i poprowadził ku wyjściu.

– Przygotowałam dla Ciebie pokój – kiedy wrócili było już późno. Jego mama mimo wszystko czekała, żeby powiedzieć „dobranoc”.

– Bardzo dziękuję – odrzekła Megi z wdzięcznością i, kiedy pożegnały się, wskoczyła w piżamę.

– Hej, Kocie w porządku? – Leżała już w łóżku, kiedy rozległo się pukanie i przez drzwi wychyliła się znajoma czupryna. Wszedł i położył się obok.

– Nie cierpię tego miasta – mruknęła, przytulając twarz do jego piersi.

– Heejj, co się stało? – Blondas był wyraźnie zaskoczony niepodziewanym wyznaniem.

– Nic. Po prostu za dużo wspomnień tu jest. Na każdym kroku.

– Nie wiedziałem, że aż tak.

– Cieszę się, że poznałam twoich rodziców. Bardzo ich polubiłam, ale chciałabym wracać.

– Rozumiem. To znaczy nie rozumiem, ale nie wiem czy powinienem pytać.

– To Ciebie nie dotyczy.

– Ale Ciebie tak. Nigdy nie mówiłaś, że nie lubisz tych okolic. Przecież stąd pochodzisz.

– Lubię je i nie cierpię jednocześnie.

– Boże..Megi nie wiedziałem.

Megi westchnęła i mocno go objęła. Chciałaby uciec daleko od tego wnętrza depresji i marazmu. Gdzie ludzie snują się po kątach. Gdzie świat wydaje się szary. Ten świat nigdy nie był dla niej. Ona zawsze chciała mieszkać w czymś większym. A teraz znów była tu. Tu od czego tak bardzo mentalnie zawsze stroniła.

Rano podczas śniadania, Blondas oświadczył rodzicom, że niestety nie mogą zostać do obiadu, bo ma ważne spotkanie biznesowe.

– W niedzielę? – jego ojciec był wyraźnie wstrząśnięty.

– Tak Tato. Nawet w niedzielę trzeba się czasem z kimś zobaczyć.

Megi uśmiechnęła się krzywo i popiła herbatą. Wiedziała, że Blondas musiał wymyślić jakąś wymówkę ze względu na nią. Poczuła się jeszcze gorzej.

Dostali tonę jedzenie na wynos i ogromnym uściskom nie było końca.

– Przyjeżdżaj do Nas Megi tak często jak się da.

– Może tym razem to Państwo nas odwiedzą.

– Postaramy się. Jedź ostrożnie Synku.

Pomachali im na pożegnanie.

„Podróże dookoła świata mają się nijak względem tego, że codziennie odbywamy podróż w głąb siebie” – usłyszała Megi w niedzielnej audycji. „Kiedy przed czymś uciekamy to nieważne czy będziemy na Saharze, w Nepalu, czy na Amazonce. To coś będzie nadal w nas”.

– Jak ty jedziesz? – Megi zauważyła, że trasa przebiega zupełnie inaczej.

– Nie jadę tak jak wcześniej. Chcę zobaczyć twój dom rodzinny.

Megi zapadła się w fotelu.

– Nie ma go już.

– Wiem. Chcę zobaczyć, gdzie stał. Poprowadzisz mnie? Znasz tę trasę na pamięć.

– Nie.

– Megi, dlaczego? Dlaczego się z tym nie zmierzysz?

– Bo nie. Zawracaj.

Zapadła cisza. Taka, której nigdy między nimi nie było. Ciężka, wymowna, obca.

Po dobrej godzinie, kiedy dojechali do stacji paliw, zapytał czy czegoś nie potrzebuje.

– Nie – odparła.

Znów cisza. Znów milczenie.

– Cześć Mamo, jak tam? – wykorzystała moment, że go nie było. – Tak, rodzice całkiem w porządku. Smutna? Nie. Było naprawdę fajnie. Jak się czujesz?

Po 5 minutach wrócił On. – Dobrze Moja Droga, muszę kończyć, bo ruszamy dalej. Odezwę się później.

– Mama?

– Tak.

Kiedy dojechali było wczesne popołudnie.

– Chciałabym pojechać do siebie.

– Okej. Podrzucę Cię.

– Nie musisz. Wyskoczę tutaj.

Posłusznie zatrzymał samochód. Cmoknęła go w policzek.

– Pozdrów rodziców. Podziękuj raz jeszcze za wszystko.

– Megi…

– Pa.

Wysiadła i poczuła ulgę. Dom. Tu był jej dom. Miejsce, gdzie zawsze czuła się dobrze. Gdzie miała wydeptane ścieżki wolne od przykrych wspomnień. Dom.

Kilka godzin później, kiedy telefon zamilkł na dobre, cieszyła się. Wreszcie mogła złapać dystans do Niego i tego co zrobił. Wiedziała, że chciał pomóc, ale nie podobało jej się, że próbował na siłę. Na szczęście odpuścił w porę.

Blisko godziny 20 zadzwonił.

– Megi…

– Tak?

– Przepraszam.

– Nie rób tego więcej.

– Dobrze.

– Dzwoniłeś do mamy?

– Tak.

– Pozdrowiłeś?

– Megi?

– No?

– Pierwszy raz Cię taką widziałem.

– No widzisz…

– Widzę, że nie chcesz mi o wszystkim mówić.

– Więc to uszanuj.

– Bardzo dużo ode mnie wymagasz. I mi nie ufasz.

– Ufam.

– Ale nie bezgranicznie.

– Daj mi czas..Nie naciskaj.

– Nie wiem..Nie wiem co mam o tym myśleć. Te tajemnice..

– Żadne tajemnice. Przeszłość i tyle.

– Twoje odczucia nie są przeszłe, dzisiaj to zobaczyłem.

– Ale nijak wpływają na nas.

– A jednak wpływają. No, ale nic. Śpij dobrze.

– Ty też.

Megi zanurzyła się pod kołdrą i starała się nie myśleć, że jest dopiero 20. Straci go. Jeśli niczego nie zrobi, on nadal będzie myślał, że mu nie ufa. A przecież kochała go całą sobą.

Kocham Cię – napisała, ale nic nie odpisał, chociaż czekała do 24. Potem znużona zasnęła. Znów śniąc o DOMU.

Gwałtownie otworzyła oczy. Grzywka była całkowicie mokra.

– Halo – burknęła do słuchawki. Telefon dzwonił jak szalony.

– Ojej, a co ty taka? – głos jej siostry był zaskoczony.

– Nic.

– Obudziłam Cię?

– Nie.

– I jak było?

No tak. Blondas.

– Całkiem okej. Słuchaj oddzwonię do Ciebie za chwilę.

Musiała go usłyszeć.

– Tak? – odebrał po kilku sygnałach.

– A ty czemu się nie odzywasz? – zapytała od razu.

– Megi nie mogę teraz. Wybacz. – I się rozłączył.

Wściekła na niego, na cały świat Meg postanowiłam już więcej się nie odzywać. Nie to nie. Ale kiedy cały dzień milczał, pomyślała, że być może stało się coś złego i dała za wygraną.

– Co się dzieje?

– Nic Megi, naprawdę.

– Nie odzywasz się cały dzień i mówisz, że to NIC?

– Pomyślałem, że powinniśmy trochę od siebie odpocząć to wszystko.

– Aha.

W tej sekundzie bateria jej padła. Może i lepiej. Jak mieli tak ze sobą rozmawiać to może byłoby znacznie łatwiej nie rozmawiać wcale. Nie włączyła telefonu. Całkowicie się jej rozładował. Jakież było jej zdziwienie, kiedy pół godziny później Blondas stanął u progu blady jak ściana.

– Megi, co z twoim telefonem do cholery?

– Nic, rozładował się.

– CZY TY WIESZ JAK SIĘ MARTWIŁEM?!

– Nie wiem.

Był tak zły, że myślała, że wyjdzie, ale opanował się w porę. Usiadł na krześle.

– Co my robimy? – zapytała, siadając tuż obok.

– Nie wiem – schował twarz w dłoniach.

– To są moje sprawy. Moje i tylko moje. I nie ma tu kwestii zaufania. Pewne rzeczy należą tylko do mnie. Kiedy nadejdzie czas być może Ci o wszystkim opowiem.

– Kocham tamto miejsce, ty je nie cierpisz. Jak to pogodzić?

– Normalnie. Będę tam jeździć z Tobą i tyle.

– Mimo wszystko?

– Tak. Tam są rodzice przecież.

– Ale tak bardzo Cię boli…

– No i co? Bo to pierwszy raz?

– Myślałem…

– Źle myślałeś. Jestem dorosła i umiem pewne sprawy ze sobą łączyć, a inne rozdzielać. Nie chcę tam mieszkać, ale przyjeżdżać mogę.

– Wiesz, że ja sądziłem, że ty po tym wszystkim…

– Co? Zerwę z Tobą? Byłaby to „super” dojrzała decyzja doprawdy. Otóż, nie, nie zerwę.

Blondas spojrzał na nią z podziwem.

– Przeprasza Ciebie Megan. Przepraszam.

– Dobra już. Zjedzmy jakąś kolację i zacznijmy normalnie funkcjonować, bo mnie krew zaraz zaleje.

– Okej. Może wybierzemy się…

– Nie. MAM JUŻ DOŚĆ RESTAURACJI. Jest chleb, ser. Mogą być kanapki?

– Tak i herbata z cytryną.

– No i tak mi mów.

Uścisnęli się jak przyjaciele. Pocałowali jak para. Usiedli do stołu niczym rodzina. Stawali się nią stopniowo. Nikt nie powiedział, że etap fundamentów ich wspólnej przyszłości będzie łatwy. Chociaż po raz pierwszy od chwili wspólnego bycia Megi naprawdę poczuła względem niego złość, a jednocześnie kochała go z każdym dniem bardziej. Imponował jej. Zachwycał. Otulał dobrocią, cierpliwością jakoś tak, że nie był w tym wszystkim ciapą i miał swoje zdanie. I chyba za to zdanie ceniła go najbardziej.

 

Sia – Helium

Reklamy

Sylwester i trójkąty

A taki on potrzebny i niepotrzebny – myśli Megi kilka godzin przed wyjściem na domówkę u znajomej. Kupiła szampana, wino białe. Ma też nową sukienkę. I lżejszy portfel. I prawie pusty brzuch, bo po Świętach za nic dojść do siebie nie może – tak jej delicje popalić dały. A tu jeść będzie trzeba, pić będzie trzeba, uśmiechać się będzie trzeba i tańczyć, a to ostatnie akurat chętnie.

Lata całe spędzała Sylwestra ze swoją Przyjaciółką. To już 6 Sylwester osobno. Ciekawe, czy ona wie, że Megi zamiast żyć w błogiej euforii przed nadchodzącą imprezą, myśli teraz o niej? Pewnie nie. Pewnie sama gdzieś wybywa, jak wtedy, kiedy rok temu słyszała ją ostatni raz. Dziwne to było uczucie. Megi wówczas wracała do domu tuż po koncercie na Rynku ze znajomym. I nagle telefon – to była ona z życzeniami. Wtedy Meg pomyślała kończąc rozmowę, że dłużej już nie będzie w stanie imitować tej znajomości. Że nie poszło to w dobrym kierunku, a ona nie chce udawać. Dłużej już nie może udawać, że opcja świąteczno-okazyjna jej odpowiada. I kiedy dostała od niej życzenia w Dniu Kobiet, postanowiła z bólem serca nie odpisywać. Pół roku później w SPAM znalazła wiadomość, że tamta chce wysłać jej życzenia na ślub. Wysłać? – pomyślała Megi. Wysłać po tylu wspólnych przygodach? Po tylu rozmowach? Po tylu latach? Zamiast przyjechać, pogadać i wręczyć jak trzeba owo zaproszenie, ona chce jej wysłać? Wzburzona odpisała – nie wysyłaj, bo nie uda mi się przybyć. Wszystkiego najlepszego.

Cisza.

Megi doświadczyła, że ludzie, nawet najbliżsi zapominają o swoim życiu przed kiedy są w związku. Zwłaszcza kobiety. Poświęcają dla mężczyzn karierę, rodzinę, znajomych, pasje. Życie kobiety to trzy etapy – panna, mężatka, wdowa. I takie też są. Najpierw spędzają z przyjaciółką wolny czas, mogą gadać całą noc, pisać listy, chodzić na zakupy, do kina, na spacery. Są jak siostry. Potem pojawia się On. Pół roku – myślała zawsze Meg. Pół roku to mgła, 5 metrów nad ziemią i idealizacja. A później życie wraca do normy. Nie. Nie wraca. Ale przecież to powód do radości, nieformalna rodzina się powiększa, ona jest szczęśliwa. Nie? Nie masz czasu przyjechać? Aha. Nie możesz? Rozumiem. Przecież mówiłaś, że będziesz?! Nie jesteś już tą samą osobą, bo jesteście wy?

Dystans.

Megi bardzo chciałaby życzyć wszystkim tym,  którzy są w związku zwłaszcza, żeby pamiętali w Nowym Roku, że o Przyjaźń trzeba dbać. Zawsze. Nie ma co myśleć ile lat za wami. Nie ma co sentymentalnie liczyć wasze przygody. Nie ma co odgrzebywać stare listy i przeglądać wspólne zdjęcia. Nie ma co się czuć ZA pewnym. Zaopiekuj się tym kimś, kto jeszcze nie znalazł swojej połówki. Zrozum, że może ona/on nie ma ochoty chadzać z wami do kina i na pizzę we trójkę (jakkolwiek nie ma nic przeciwko partnerowi i od czasu do czasu może). Niech będzie stabilnie. Niech Przyjaźń pozostanie Przyjaźnią bez względu na wasz obecny status. Bo Przyjaźń dalej potrzebuje uwagi i rozwoju. Szczerości i wrażliwości. Jak wtedy, kiedy nie było jeszcze jej, jeszcze jego…

– O czym piszesz Megi? – Blondas stara się znaleźć w szafie swoją ulubioną koszulę.

– O trójkątach.

– O czym? Jakich trójkątach znowu?

– Miłosno – przyjacielskich. Takich wiesz – ty, ja, przyjaciel i wspólny czas.

– Aaa coś jak ja i Mati?

– Właśnie.

– A w czym problem?

– No właśnie nie wiem, bo u kobiet często to nie gra.

– Bo jesteście zazdrosne. Zbyt zazdrosne i niepewne.

– No bo was trzeba krótko trzymać, a to zajmuje dużo czasu – odgryzła się.

– Trzeba, ale też bez przesady. Jak raz w tygodniu wyjdziesz gdzieś z kimś. O ile to nie jest tak, że jedyną wolną chwilę poświęcasz temu komuś kosztem związku. Tak myślę, ale ekspertem nie jestem.

W Nowym Roku nie trzeba być więc ekspertem, ale warto być sobą i dbać o innych, zwłaszcza tych pojedynczych – myśli Megi.

Pora zacząć przygotowania.

PS to ja – wstrzemięźliwość

Popołudniową porą nadciąga wiadomość.

Zdrowych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia

życzy P. z rodziną

Megi zastanawia się czy P. zna? Jako, że takich P. trochę w jej życiu było. Odpisuje grzecznie, że dziękuje, że nie jest pewna czy to aby nie pomyłka, bo nie ma numeru w spisie, ale mimo wszystko Wesołych Świąt. Czy to możliwe, że facet o imieniu X, który lata temu zawrócił jej w głowie i którego niechcący spotkała ostatnio w drodze do sklepu (był z dziewczyną, więc nie zatrzymywała się na pogawędkę, a i też gawędzić nie chciała, mało tego – ledwo go poznała chociaż bardzo się nie zmienił i rzekli sobie jedynie „hej” po jego dziwnym, rozpaczliwym, nieskoordynowanym ruchu ręką w jej kierunku) wysłałby jej po kilku latach milczenia sms-a? Po co? Nie musiała czekać spektakularnie długo, aby potwierdzić swoje obawy.

Megi to nie pomyłka. 

PS to ja

A to heca doprawdy. Te powroty i rozstania. I znowu los podrzuca jej temat do zastanowienia i rozważenia – wchodzisz w to czy wychodzisz z tego? Jasne, że Meg wychodzi. Z idiotycznych sytuacji wychodzić nawet trzeba, a jak nie wiadomo jak, to należy przemilczeć temat i żyć dalej.

Niegdyś był jej westchnieniem w pracy. Wysokim (za wysokim obiektywnie rzecz biorąc), szczupłym, o czujnym błękitnym spojrzeniu. Z troski przynosiła mu sałatki i kotlety, ale nawet to nie pomogło ujarzmić jego upartej, indywidualnej natury (chociaż do kotletów nostalgicznie kiedyś też przy okazji wrócił). Jednak komuś się udało.

Megi stroni od tych, którzy nie wiedzą jak się zachować. On zachował się fatalnie. Nagle przestał się odzywać. Nagle zniknął. A potem znowu coś napisał tylko ona nie miała ochoty już z nim pisać. Tak ją zmęczyła ta znajomość. I zawiodła. I chociażby nawet wysyłał jej wiadomości na każdą okazję to nic nie zmienia.

Megi może kumplować się z pozytywnymi wariatami, zabłąkanymi romantykami, twardo stąpającymi po ziemi życiowymi przedsiębiorcami, złamanymi przez codzienność, ale jednak rokującymi na sklejenie osobnikami, ale nie z egoistami, którzy nie uczą się na błędach.

Ktoś powie – Meg, ale skąd wiesz, że ktoś myśli akurat, że oto właśnie popełnił błąd??

Tam, gdzie krzywdzimy innych tam popełniamy błąd – zwykła odpowiadać. I nie ma tu idiotycznych domniemań co to jest krzywda, a znowu jak kto definiuje błąd.

Dziecko często słyszy NIE WOLNO. Gdzie podziewa się owo NIE WOLNO u dorosłych, chociażby w sytuacji, gdy ktoś coś obiecuje i słowa nie dotrzymuje? Gdzie jest NIE WOLNO, gdy ktoś przekracza cudzą granicę na przykład spokoju? W imię czego?

– Zasypiasz już Kochanie? – słyszy śpiący głos Blondasa, który oto właśnie postanowił nie popełniać błędu i jednak zadzwonić przed snem, jak zapowiadał wcześniej.

– Nie śpię jeszcze, nie – tak bardzo się cieszyła, że go słyszy.

– Jutro o tej porze będziemy razem, wiesz?

– Nie mogę się doczekać – uśmiecha się na myśl o tym.

– Megi?

– Hm?

– Masz jakiś taki smutny głos..Stało się coś?

– Dlaczego ludzie wracają po latach milczenia? – nim przemyślała już zapytała.

– To zależy. Wiesz zależy dlaczego milkną. Jedni z sentymentu. Inni, bo szukają rozgrzeszenia. Są tacy, którzy tęsknią – Blondas wymownie chrząknął. – Jeden wspólny temat to – bo mają akurat taką potrzebę, ale wynika ona z różnych przyczyn.

– I za nic mają, że może ty nie masz ochoty, żeby oni tę potrzebę akurat uzewnętrzniali?

– Nie myśli się wtedy o tym, tak jak niespecjalnie masz wyobrażenie co to da. Jest potrzeba, jest działanie. Taki impuls i już. Ale nie zawsze to takie złe. Patrz MY.

– Blondasie?

– No?

– Lubię jak odpowiadasz na moje pytania. Zwłaszcza kiedy mimo potrzeby snu starasz się być być przy mnie i z sensem mnie słuchać.

– Potrzeba bycia przy tobie jest ważniejsza niż sen aktualnie.

– To brzmi jak z jakiegoś filmu..

– A widzisz jaki się ze mnie robi romantyk? Przy tobie nawet szczur, jakbyś go wzięła w obroty, wydawałby się delikatniejszy.

– Szczur?

– Megi?

– Tak?

– Kocham Cię.

– Oj.

– Co?

– To ciumkanie ciągłe.

– Spokojnie, z założenia jeszcze tylko kilka miesięcy i będzie normalnie.

– Czyli, że nie będzie wyznań..?

– Chyba trochę rzadziej. Nie wiem.

Zaśmiali się.

– Śpij dobrze mój drogi.

– I ty moja Maleńka.

Ale Megi nie mogła zasnąć tej nocy mimo usilnych prób. Dopiero delikatna muzyka ją nieco uspokoiła i nad ranem przyszedł oczekiwany sen.

Obudziła się o 11. Ojej, toż to już prawie południe i 5 nieodebranych połączeń.

– Megi ja już jestem w drodze – dowiedziała się, kiedy jedną ręką ścieliła łóżko. Za jakieś 3 godziny Blondas będzie z nią. Umówili się pod kamienicą i prosto pojadą do niego. Pomyślała, że specjalnie włoży dziś sukienkę, bo jak jej kiedyś powiedział, uwielbia ją w sukienkach.

Praktycznie punktualnie spotkali się o 14.

– Nareszcie – uśmiechnął się szeroko, gdy usadowiła się w samochodzie. – Chodź do mnie – pocałował ją namiętnie i mocno przytulił, chociaż zbyt wielkiej swobody ruchu nie mieli. Dopiero, kiedy stanęli w progu mieszkania mogli spokojnie się przywitać.

– Tęskniłam – szepnęła Meg, oplatając rękoma jego talię.

– Ja też. Jak głupi. Cieszę się, że będziemy mieli jeszcze kilka dni tylko dla siebie.

– Niezupełnie. Jutro zostaję z moją bratanicą do 17. A w czwartek i piątek mam lekcje.

– Aha, dobrze wiedzieć.

– No nie gniewaj się – Megi musnęła jego nos. – Przecież życie toczy się normalnym rytmem. Za to w weekend będziemy tylko razem. Może wybierzemy się z mamą na kawę?

– Nie wiem, zobaczymy.

– W porządku. Zjemy coś?

– Ano tak. Przywiozłem z domu mnóstwo różnych rzeczy, chodź.

Faktycznie. W koszyku roiło się od smakołyków. Megi spróbowała sałatkę i pierogi.

– Pyszne.

– Czekaj tu jest jeszcze sernik. Wziąłem, bo to twoje ulubione więc..

– Jesteś kochany.

Jedli w milczeniu. Megi widziała po nim, że jest bardzo zmęczony więc o żadnym spacerze mowy być dziś nie mogło, ale film? Czemu nie?

Ułożyli się wygodnie i zaczęli oglądać

– Megi?

Znów jego oczy miały ten sam wyraz co wcześniej. Znów całował inaczej niż zwykle. Byli ze sobą od miesiąca, znali się dziesięć lat. Nie wiedziała czy to dobry moment, żeby zrobić krok dalej, tym bardziej, że jeszcze wszystko było stosunkowo świeże.
– Hm?
– Czy ty byś chciała..? Masz może ochotę..? – pocałował ją znowu.
– Mam wielką ochotę – pogłaskała go po twarzy – ale jeszcze nie czas.
– Nie..czas..?- ocknął się w momencie.
– Tak.
– To znaczy?
– To znaczy, że chciałabym bez ciśnienia jeszcze się z Tobą spotykać. Chciałabym żebyś poznał moją rodzinę, chciałabym poznać twoją. I jak wspólnie uznamy, że jest czas to nie widzę przeszkód.
Opadł obok niej z szeroko otwartymi oczami. Milczał dobrą chwilę, zanim wstał i poszedł do łazienki. Słyszała jak bierze prysznic. Pół godziny w samotności oglądała wiadomości i zastanawiała się czy powiedziała wszystko tak jak trzeba. Kiedy wrócił miał mokrą czuprynę i pachniał miętową pastą do zębów. Dalej nic nie mówił.
Przytuliła się, walcząc ze sobą. Pragnęła go całym ciałem i duszą, ale nie chciała, żeby ich związek stał się tylko i wyłącznie seksualną podnietą.
Znowu położył się obok, ale chociaż ją objął, czuła dystans. Nie poddawała się. Pocałowała go w policzek i starała się sprawiać normalne wrażenie. Zasnął dość szybko. Megi wstała i poszła do kuchni. Armagedon. Znalazła w kieszeni swojego płaszcza słuchawki i podpięła pod komórkę. Nie ma to jak muzyka podczas sprzątania, a ponieważ nastrój świąteczny jeszcze nie minął, puściła kolędy. Nie wiedziała od kiedy się jej przyglądał, ale stał oparty o framugę drzwi i uśmiechał się patrząc na jej porządki.
Serce zabiło jeszcze szybciej.
– Megi? Czego ty się boisz?- zapytał, odkładając garnki we właściwe miejsce. – Tego, że nie będzie ci ze mną dobrze?
– Chyba żartujesz – zaśmiała się.
– Tego, że wpadniemy? – tym razem to on się zaśmiał. Dziecko skoro chcieli być razem, było niejako w planach.
– Nie, chociaż jakoś jeszcze nie jestem gotowa na zostanie mamą. Ale to nie to.
– No to co się dzieje Maleńka? – przysunął się bliżej – Przecież widzę, że tego chcesz…
– Nie wiem…Jak pomyślę, że jesteśmy dopiero na początku swojego bycia. I tak mało za nami..
– Każdego dnia więcej – pogłaskał ją zalotnie po grzywce. – Mało tego, przecież jesteśmy narzeczeństwem.

Patrzyła na niego zdezorientowana. Seks to coś więcej niż 10 sekund orgazmu. I chociaż faktycznie byli dorośli więc teoretycznie mogli robić wszystko bez oporów, to jednak granice wewnętrzne są ponad metryką. Wyrzuty sumienia, pytania – a po co, a dlaczego? No i faktycznie, czy oni byli gotowi na dziecko? Nie stanowili jeszcze oficjalnej pary i dopiero do siebie docierali. Współżycie to nie zabawa. I nie fundament związku, tylko w jej odczuciu element zwieńczający. Czy więc warto ulegać w imię chwilowej przyjemności? Ale pokusa jest ogromna, bo potrzeba bliskości zwłaszcza w kobietach tkwi przez całe życie wielowymiarowo, a pożądanie jest ogromną siłą której, zwłaszcza kiedy sprzyjają warunki, trudno nie ulec.

A jednak pokiwała głową przecząco.
Jego wzrok w jednej chwili stał się bardzo poważny. On też zaczął się zastanawiać. Potrzebowała jego męskiej decyzji, tu i teraz. Bardzo chciała, żeby zrozumiał i żeby jej pomógł.
– Nigdy z nikim nie miałem takich przemyśleń życiowych jak z tobą, wiesz?
Uśmiechnęła się krzywo.
– Co więcej, czułem i to się sprawdza, że nie będzie łatwo…Czeka mnie ciężka droga. Bo to, że kochasz to jeszcze nic..
– Tak myślisz?
– Tak. Ty nie potrafisz się całkowicie podporządkować drugiej osobie i z nią popłynąć..Zawsze tak miałaś?

– Czasem ulegałam.

– Chciałbym to zobaczyć.

– Nie chciałbyś. To co się działo ze mną później…Seks nie jest warty poświęcenia swoich wartości ani na chwilę…Jest przyjemny, ale jeżeli nie daje Ci spokoju sumienia, wzbudza wątpliwości, staje się imitacją bliskości, a w związku nie chodzi o imitację.

Przyglądał się jej z uwagą.

– Bardzo serio podchodzisz do tego, co u wielu uchodzi za błahe. Oni kierują się po prostu „tu i teraz”, a Ty masz jakąś perspektywę. Zawsze.

– Bo mi na tobie zależy. A poza tym ja z natury jestem raczej poważna. Lubię uszczęśliwiać innych, ale chciałabym żeby była w tym jakaś logika. Taka ze mnie intelektualistka emocjonalna. Ale to, że nie potrafię się do końca podporządkować to prawda.

– Bo masz swoje zdanie i asertywność. Mnie się to podoba, wiesz?
Westchnęła.
– Megi jesteś absolutnie wyjątkowa…
Nie wiedziała czy to dobrze czy źle. Miała świadomość jednak, że co nagle to po diable i chociaż bycie z kimś to także pocałunki i pieszczoty one nie mogły, zwłaszcza teraz zaważać.
– Chciałbym teraz zanieść Cię do sypialni, ściągnąć z Ciebie wszystko i… – położył zrezygnowany głowę na jej ramieniu, by za chwilę znów spojrzeć przytomnym i bystrym spojrzeniem. – Ale nie zrobię tego.
Megi, która siedząc na blacie, miała jedną z nielicznych okazji, żeby wyrównać różnicę wzrostu, wpatrywała się w niego urzeczona. To tak jakby mieć przed swoim nosem tort o którym marzysz, ale wiesz, że chociaż jest wspaniały, może zaszkodzić. Zwłaszcza komuś, kto jest na diecie.
– Dobrze chociaż, że całować Cię mogę bez oporu – wydusił.
– Powiedz ty mi, jak te pary, które czekają do ślubu dają radę?
– Nie wiem – odrzekł. – Pewnie dlatego kiedyś ślub brano tak wcześnie. Żeby się ludzie nie wykończyli.
Zachichotali.
– Blondasie? Stajesz się moim bohaterem…-Megi była nim autentycznie zauroczona.
Wypiął pierś dumnie do przodu jak kogut i zrobił minę niewiniątka.
– Dadzą mi kiedyś order za cierpliwość, czy prędzej stanę się twoim niewolnikiem – jak myślisz?
– Mam nadzieję, że ani jedno, ani drugie. Chciałabym żebyś był właśnie taki. Męski w sensie i mądry.
– A mam wybór trzymając w ramionach mój pierwszy, prawdziwy skarb? Skarb, który jako jedyny potrafi mi poprawić humor, sprawia, że zaczynam być refleksyjny i mieć jakąś wizję tego co później?

– Nie chcę Cię zawieść, ale nie jestem ideałem.

– Niby nie, ale obserwując Ciebie od jakiegoś czasu i to jak postępujesz i jak bardzo uroczo starasz się pozostać suwerenna i delikatna w tym swoim byciu..Nie wierzę Megi, że ty byłabyś skłonna bez jakiejś większej afery na przykład porzucić kogoś czy zdradzić. I pewnie wtedy też cierpisz. A to, że teraz mówisz to swoje nie tylko mnie w tym upewniło. Ty zwyczajnie jesteś dobrym człowiekiem. Wybrednym, upartym, charyzmatycznym, czasem zabłąkanym, ale dobrym i wrażliwym ponad wszystko. A ludzie to czują i dlatego robisz z nimi co chcesz. I wiesz co Ci powiem? Przypuszczam, że kiedy znikasz z czyjegoś życia, ten ktoś odczuwa gigantyczną pustkę emocjonalną, której nigdy nie wypełni.

-E tam. Ci którzy odeszli…

– Wracają Megi. Oni do Ciebie mniej lub bardziej udolnie wracają, bo tęsknią za tobą i wiedzą, że jesteś w porządku mimo wszystko. A teraz zwłaszcza bycie dobrym człowiekiem to sztuka. I ci wszyscy co odchodzą to rozumieją po jakimś czasie.

Była zaskoczona jak bardzo się rozgadał.

– To naprawdę miłe, ale jesteś zakochany, odbierasz to trochę inaczej niż pozostali.

– Megi..- westchnął – jestem zakochany w tobie od 10 lat.

– Nie we mnie, a w swoim wyobrażeniu o mnie.

– Nie w wyobrażeniu, a w Tobie i twoim uroku, który powodował i czasem dalej powoduje, że zapominam języka w gębie i, że żadna kobieta, a trochę ich było – dodał szybko – nie pozwoliła mi o tobie zapomnieć. I teraz już wiem, że człowiek jak kogoś takiego spotka, nie będzie z nikim innym szczęśliwy tak naprawdę, choćby nie wiem co robił.
Megi odkręciła mocny strumień zimnej wody pod pozorem umycia talerza. Tak naprawdę musiała nieco ostudzić emocje, które były na tyle ogromne, że gdyby nie fakt, że Blondas przestał się w nią wpatrywać, zajęty układaniem rzeczy w szafce, zapewne by poddała się wszystkiemu co w niej buzowało, zwłaszcza po tym co usłyszała. Po kim jak po kim, ale po nim nie spodziewała się ani dogłębnej analizy emocjonalnej, ani kogoś, kto wierzy w przeznaczenie. Był nie tylko jej. Był niezwykły.

 

 

Choinka

– Megi, może ta?

Jak wśród co najmniej stu różnych wybrać właściwą dla siebie choinkę?

– Nie, jakaś taka krzywa. – Meg stoi bezradnie pomiędzy dwoma jodłami i kręci głową. Pierwszy raz kupuje ze swoim chłopakiem drzewko na Święta. W ogóle ma wrażenie ostatnio, że dużo spraw nagle dotyczy jej po raz pierwszy. On się niecierpliwi.

– Przeszliśmy już cały plac, musimy coś wybrać.

– Wiem, wiem. Chodź sprawdzimy jeszcze tam – Megi ciągnie go w kierunku wyjścia.

– O widzisz?

– Gdzie?

– Po prawej.

Faktycznie idealna. Inżynier ma jednak oko.

– Jest piękna. Stanie pod oknem – Megi uśmiecha się na myśl o nowym nabytku.

– Nie, koło drzwi na balkon – upiera się Blondas.

– Ale to bezsensu. Tam nie ma kontaktu. I będzie zawadzać.

– Meg, przecież jest przedłużać, a poza tym nie będzie zawadzać.

– Czuję, że będzie, ale okej, to twoje mieszkanie.

Zapada wymowna cisza. Czyżby pierwsza sprzeczka?

Blondas wprawnie ustawia choinkę tam gdzie chce. Jest przedłużać, są światełka. Megi stara się nie myśleć o bzdurach. Cieszy się, że są razem, że ubierają wspólne drzewko. Naraz robi się ciemno.

– Kurcze, wywaliło korki – Blondas próbuje otworzyć drzwi na balkon, żeby wziąć drabinę, ale potyka się o choinkę i przewraca ją wraz z bombkami. Chwilę wcześniej starannie zawieszała je Megi. Słychać dźwięk tłukącego się szkła.

 

Właściwie to nie wiedziała co się z nim działo od kilku dni. Chodził jakiś taki nieobecny, uparty. Jak nie on. A może to właśnie był ON?

– No już – po tym, gdy na nowo rozbłysło światło, mogli stwierdzić jakie straty spowodowała „wewnętrzna wichura”. Spore. Prawie wszystkie bombki popękały.

– Spokojnie, posprzątam to. Daj miotłę – Megi spogląda w jego kierunku.

Chciał jej pomóc, ale zamiast tego pokaleczył palce prawej dłoni. Boże, co się dzieje?! Wie co usłyszy – nic.

Na szczęście Blondas ma wodę utlenioną, a ona w każdej torebce nauczona doświadczeniem nosi po dwa plastry.

– Więcej plastrów nie mam także lepiej już nic nie ruszaj – całuje go w czoło i zabiera się za sprzątanie. Blondas patrzy ponuro na rozgardiasz.

– Dlaczego nie powiesz  „a nie mówiłam” ? – pyta po chwili.

– A co to zmieni? Stało się. Na szczęście nic poważnego. No może poza tym, że poharatałeś się zupełnie niepotrzebnie.

Starannie zgarnia szkoło, a następnie dla pewności odkurza każdy kąt.

– Chyba okej – uśmiecha się, ale Blondas nadal jest jak iskra, która nie wiadomo kiedy wznieci pożar. Siada obok i kładzie głowę na jego ramieniu.

– Co jest wielkoludzie hm?

– Krew mnie zalewa.

– Dlaczego?

– Bo idą Święta, a jutro wyjeżdżam.

– No i?

– No i cztery dni przeze mnie nie będziemy się widzieć.

– Odpoczniesz ode mnie – uśmiecha się Megi krzywo. Też będzie za nim tęsknić.

– To nie tak powinno wyglądać Meg…Zdałem sobie sprawę, że dla Ciebie mama i wigilia bez niej to nie wigilia i, że albo ustąpię, albo nigdy wigilii nie spędzimy razem.

– No teraz to nie spędzimy jej, bo postanowiliśmy..

– Ty postanowiłaś.

– A ty się zgodziłeś. Słuchaj. Nie zostawię mamy samej. Poza tym rodzice powinni nas poznać, zakodować, że jesteśmy razem.

– Ale przyznaj, że z mamą trafiłem.

Megi przygryzła wargę. Jej relacja z mamą nie była toksyczna. Miały swoje życie, własną codzienność, ale faktycznie. Wigilia bez niej, zwłaszcza po śmierci ojca..Nie wyobrażała sobie tego. Nie chciała wybierać, bo odpowiedź była jednoznaczna.

– Nie zamierzam teraz się nad tym rozwodzić. Ty jedziesz do swoich rodziców, ja zostaję z mamą i moim rodzeństwem.

– Czyli dwa światy, tak to widzisz?

– Nie. Widzę Ciebie i siebie połączonych czymś ważnym i wartościowym, którzy wspólnie przy odrobinie dobrej woli znajdą dobre rozwiązanie i wybrną z niejednej sytuacji. Razem.

Widziała, że jest mu mimo wszystko przykro, że najchętniej jak to zakochany, spędzałby z nią każdą wolną chwilę, chociaż nie był typem „pantofla” i „brata łaty”. Nie był też gościem, co to lata za kobietą z maślanym wzrokiem. Ale to co powiedział dało jej do myślenia. Stawał się częścią jej rodziny…Może powinna egoistycznie powiedzieć „Nie jedź”? Tak jak zrobiła Żona Przyjaciela jednego roku. Wigilię spędzili we dwoje. Nie dość, że rzadko tamten z rodzicami się widuje to pod naporem genialnego widzimisię Żony, która zła na swoją matkę, brata, bo tamci w rozjazdach, użyła wspaniałych swych wdzięków, żeby świadom bądź nie Przyjaciela od rodziny raz jeden odłączyć. Coby po równo było.

– Kocham Cię – szepnęła, nasłuchując jego szybko bijącego serca. Zbliżała się 22, powinna się zbierać. – Chciałabym, żeby nasze bycie nie tworzyło problemów, tylko je rozwiązywało. Wiem, że w życiu bywa różnie i nie będzie idealnie, ale mocno wierzę, że sobie poradzimy. – Wstając, pocałowała go w policzek. – Wiem, że Ciebie kocham. Że cię cenię i lubię jako człowieka. Że za tobą tęsknię. I, że poczułam kiedyś coś, co okazało się jednym z nielicznych pragnień, które się właśnie urzeczywistnia. Nie chcę Cię stawiać pod ścianą i proszę, nie każ mi wybierać między ukochanymi ludźmi. Bo to inny rodzaj miłości…

Była już w przedpokoju praktycznie ubrana. Z oczami szklistymi, jak te bombki, które nie przetrwały.

– Megi! – wynurzył się z salonu.

Otworzyła drzwi, ale on szybko je zamknął.

– No i czemu ryczysz… – prychnął, przyciągając ją do siebie. Wiec może nie będzie, jak z tymi bombkami? Za późno, łzy leciały z jej dużych oczu, obficie zalewając mu kraciastą koszulę. – Spokojnie – zaczął gładzić jej włosy. – Masz rację, nie powinienem wywierać na tobie presji. Święta to święta, kiedyś zrobimy je wspólnie i tyle. Tylko już się nie martw. No już – otarł jej łzy.

Są takie chwile, które mogłyby trwać wiecznie, ale nie mogą, bo robi się aż nadto parno od emocji. Taka to choinka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

List od czytelniczki jako najlepszy prezent pod blogową choinkę. Jak być sobą i nie zwariować…

„Kochana Megi, piszę do Ciebie, bo mam wielki problem. Wydaje mi się, czytając twoje opowieści, że dobrze mnie zrozumiesz. Za miesiąc mój ślub, ale chyba nie kocham już mojego przyszłego męża. A może nigdy go nie kochałam? W głowie i w sercu na stałe zasiedział się mój poprzedni partner. Byliśmy szczęśliwi, ale kiedyś  bardzo mnie zawiódł i przestałam mu ufać. Mimo to, nadal jest obecny w moim życiu. Pracujemy razem, spacerujemy, spędzamy wolny czas. Im bliżej wesela tym bardziej upewniam się, że facet, którego oświadczyny przyjęłam z wielu powodów – bo mam już swoje lata, bo jest mądry, bo zadbany, bo podoba się wszystkim – nie jest dla mnie. Wiele razy już przekonałam się, że nigdy nie dorówna tamtemu. Wiem, brzmi to strasznie. Co mam zrobić? Dlaczego ten, co zawiódł nie mija? Z góry dziękuję za radę i Wesołych Świąt!”

Ojej – myśli Megi w duchu, czytając uważnie każdą linijkę kilkakrotnie. Z przejęciem, bo ktoś się pofatygował, żeby do niej napisać w palącej sprawie, bo prosi o wsparcie, o zdanie. Jej zdanie. A kimże ona, żeby radzić? Jakiż to ekspert, co to raczej ze wszystkim pod prąd, po swojemu. Phi. Paradoksalnie może właśnie dlatego?

Droga Czytelniczko, 

mam wrażenie, że konkretna decyzja „co dalej” już w tobie siedzi od dobrej chwili. Czas wyartykułować ją na głos. Odważnie. Bo lepiej teraz, niż przed ołtarzem, pozostawiając w stresie i wstydzie niczego nie świadom kawalera. To, że ów jest miły i posiada wiele cech pożądanych i uznanych przez ogół jako pozytywne, ślubu nie czyni. Prawdziwy ślub jak dla mnie zaczyna się głęboko w sercu. I tam też jest wiele odpowiedzi na nasze rozterki. To w sercu zaczynają się plany. Wizje domu, biegających dzieci, długich rozmów, radość względem tego, co przyniesie wspólna przyszłość, tęsknota. Serce ma własną inteligencję i potrafi góry przenosić, ale tylko wtedy, gdy uczucia są z nim w harmonii. Przecież to właśnie w sercu zaczyna się Miłość. Jeśli ją tam naprawdę spotkasz, dzieje się tu i teraz.

Przed tobą spory dyskomfort tak czy siak, bo niewinny ON, że nie jest TAMTYM. 

Pytasz, dlaczego tamten nie mija? A czy kiedykolwiek chciałaś, aby minął? Czy mieliście szanse od siebie odpocząć? Czy sprezentowałaś sobie luksus w postaci dystansu do zawodu, który zaważył na waszym wspólnym byciu? Czy wiesz, że jeśli on zawiódł raz, może zawieść i drugi? A znowu, czy dopuszczasz do myśli fakt, że człowiek może zrobić błąd, a potem na błędzie się sporo nauczyć i wyciągnąć dużą dawkę mądrości na zaś? I co jeśli znikną obaj z różnych przyczyn? 

W każdym razie przed ostateczną opinią odradzam kierowanie się li i jedynie słabością względem „starego” uczucia. Ono owszem bywa piękne, pełne wspomnień i wzruszeń, ale może być także mocno destrukcyjne, zwłaszcza dla tego, co nowe. 

Zachowaj się więc proszę uczciwie i z klasą, bądź sobą w całym tym niełatwym rozgardiaszu, który mógłby także uchodzić za skutek paniki przed. Potraktuj narzeczonego najlepiej jak można, niezależnie od tego, która myśl zaważy. 

W życiu bywa różnie, ale jedno jest pewne, MIŁOŚĆ to wielki dar, który czasem spada jak grom z jasnego nieba, niekiedy przechodzimy obok niej obojętnie, szukając nie wiadomo czego, a znowu pewnego dnia milknie bezpowrotnie, chociaż nadal czuć jej ślad. Miłość to wielka siła, dlatego jestem zdania, że skoro z człowieka powstaliśmy, przez człowieka doświadczamy i dla człowieka żyjemy, a Miłość łączy te trzy etapy, warto dla niej poświęcać. Nawet, jeśli inni będą wmawiać nam niejednokrotnie, że to głupota, bo tracimy czas, pieniądze, a nawet coś więcej. 

Tylko znaj w tej myśli empatię. I staraj się, żyć tak, aby w Miłości o człowieku także myśleć, nie tylko tym ukochanym.

Będę trzymać kciuki. Spokojnych Świąt mimo wszystko.  

 

Megi spogląda na niczego nie świadom Blondasa, który tworzy skrupulatnie jakieś geodezyjne hieroglify. Projekty, wyliczenia, Bóg wie co. Odkłada laptopa i podchodzi cicho.

– No co tam Mała? – nie dał się nabrać na jej koci, miękki ruch. Ach, ta męska czujność.

Oplotła jego szyję od tyłu – chcesz kanapkę?

– Ha, kanapkę mówisz? Chcę.

– Okej – całuje go w czubek głowy i niechętnie puszcza.

– Mmm, już? – Blondas protestuje – koniec tulasów?

– No przecież kanapki same się nie zrobią. Twój tam ten..PROJEKT..też. A tulasy mogą poczekać.

– Nie, nie mogą – jasne oczy zaczynają błyszczeć w ulubiony sposób, kiedy Blondas odwraca się do niej. Jak to dobrze, że i on tulasy lubi. – A tak w ogóle – mówi, gdy Megi pod naporem usilnych próśb o powrót w jego stronę, ulega – pisałaś coś chyba interesującego, prawda?

– Odpisywałam na maila. Czasem człowiek zabrnie tak daleko, że wydaje mu się, że nie ma odwrotu, nie ma wyjścia, nic już nie ma. I trudno wtedy usiąść i pomyśleć, kim ja jestem i czego chcę, bo zewsząd napiera ALE.

– No to tak, jak wtedy, kiedy bałem się zadzwonić do Ciebie – wypalił.

– Ale czego konkretnie się bałeś? – Megi zainteresowało to całkiem ciekawe spostrzeżenie.

– Kilku rzeczy. Po pierwsze czy odbierzesz, zanim telefon wypadnie mi z ręki – zaśmiał się, ale po chwili poważnie dodał. – A tak naprawdę, czy jesteś taka jak myślałem, czy mnie zechcesz, czy nie narażę się na śmieszność.

– No i co zaważyło, że się odważyłeś jednak?

– Tęsknota. Wielka tęsknota…

– Ale czemu akurat teraz?

– Dobre pytanie. Chyba też z różnych powodów. Po pierwsze kilka tygodni wcześniej widziałem się z L. i zeszło na twój temat. Zapytałem jak się masz, a on po kilku piwach wyżalił się, że przestałaś się do niego odzywać. Potem opowiadał mi, że jesteś jedną z cudowniejszych postaci jakie zna. Zawsze podziwiałem waszą przyjaźń. Później obejrzałem znowu zdjęcia z jego wesela na których byłaś i od tego momentu zacząłem o tobie myśleć. Najpierw próbowałem to zagłuszyć, ale jak się pojawia cisza w końcu, to nie ma wymówek – jesteś ty i twoje myśli. No i wymyśliłem…

– Mój rycerzu – szepnęłam Megi, namiętnie Blondasa całując.

Między Bogiem, a prawdą, był jej cichym bohaterem. Jak każdy, który wychodzi ze strefy komfortu i zaczyna brać sprawy w swoje ręce. A nie jest to proste. Czy warto? Też nie wiadomo. Z wiekiem nie jest ani łatwiej, ani (wbrew pozorom) mądrzej. I to ALE. Wszechobecne ALE, które wpycha się, gdzie popadnie. ALE rośnie w moc, karmione porażkami, lenistwem i ludzką słabością…

– Ale ja się cieszę, że tu jesteś – mówi Megi, kiedy w końcu zaczynają robić kanapki.

Blondas rozpromienia się.

Jeśli ją tam naprawdę spotkasz, dzieje się tu i teraz.

 

 

Boże Narodzenie tuż tuż, czyli o tym, dlaczego zdaniem Megi lepiej zakochać się wiosną?

Stukanie do drzwi.

– Obudziłem Cię? Proszę.

Pocałował ją, wkładając do ręki torbę pełną bułek.

– Co to? – zapytała Meg, łypiąc zaspanym okiem na zawiniątko.

– Śniadanie, ale ja nie zdążę z Tobą niestety zjeść. Lecę do firmy i pomyślałem, że wpadnę na chwilę.

– Cudownie pachną, dziękuję – wspięła się na palce, aby dotknąć jego zimnego policzka. Objął ją w pasie.

– Megi – mruknął rozmarzony – musimy..

– Taak? – jak dobrze, że tu był.

– Megi, będziemy musieli jakoś to poukładać logistycznie w Święta.

Oboje oprzytomnieli.

– To znaczy?

– Chciałbym, żebyśmy byli razem w tym czasie, ale teraz muszę już iść. Widzimy się wieczorem, tak?

– Tak.

Musnął jej czoło na pożegnanie. Megi usiadła przy stole i spojrzała na piętrzące się w brązowym pakunku pieczywo. No tak, zaraz Święta. Pierwsze z Nim. Tymczasem wszystko toczy się tak szybko i niespodziewanie, że nawet nie powiedziała Mamie, że w jej życiu pojawił się Ktoś ważny. Mało tego, ten Ktoś zostanie jej mężem. A ów wybranek nie ma jak ona całej najbliższej rodziny w jednym miejscu, tylko ponad 130 kilometrów dalej. No i wypadałoby, skoro są narzeczeństwem, oznajmić światu radosną nowinę, tymczasem ani nie wiedziała jak, ani czy właśnie teraz.

Późnym wieczorem wybrali się na spacer, żeby przedyskutować temat.

– Skarbie, uważam, że powinniśmy chwilę poczekać, zanim powiemy rodzicom – wzięła głęboki wdech. Dobrze wiedziała, co usłyszy.

– Poczekać na co?

– Na lepszy moment. To znaczy najpierw chciałabym się nami trochę nacieszyć. Pochodzić za rękę, do kina, na zakupy.

– Przecież jedno drugiemu nie przeszkadza.

– Tak, ale..- Megi szukała stosownych słów. – Jak ty to sobie wyobrażasz, że nagle wkroczę do waszego domu podczas Świąt i oznajmię, że jestem twoją narzeczoną? Tak się nie robi.

– A jak?

– Normalnie. To znaczy..Nie wiem. Drugi dzień spędzimy razem, cała reszta niech na razie zostanie po dawnemu.

Przycupnął na zimnej ławce.

– Po dawnemu? Nie jest już po dawnemu. Kocham Cię.

Stanęła przed nim.

– Ja też Ciebie kocham i każde godziny rozłąki.. Co ja gadam..W każdej minucie, gdy nie ma Cię obok, tęsknię. Mam praktycznie 30 lat, a przez to wszystko czuję się znowu jak nastolatka. Ledwo zaczęliśmy się spotykać, a niebawem wypadnie twój wyjazd..

– Nie chcę wyjeżdżać..

– Ale twoja rodzina nie wyobraża sobie zapewne Świąt bez Ciebie, a ja nie wyobrażam sobie Świąt bez mojej rodziny. Oni też są ważni.

Usiadła mu na kolanach i czule pogładziła jasną czuprynę.

– Megi, gdybyś wiedziała..Gdybyś wiedziała, co ja teraz myślę…Czy ty kiedykolwiek przestałaś się troszczyć o los całego świata?

– Kilka razy, ale źle się z tym czułam. Bycie samolubem na chwilę nie przynosi szczęścia..

– Wtedy na weselu, kiedy widziałem pod koniec, że tańczysz z tym gościem – zmienił temat nagle – poczułem coś takiego..Zwłaszcza jak pocałował na koniec twoją dłoń..

– Zachował się bardzo miło i był najprzystojniejszym facetem tego wieczoru – widząc jego minę Meg dodała szybko – A ty przyszedłeś z naprawdę bardzo fajną dziewczyną i, co ja miałam zrobić? Dlatego między innymi płakałam, o.

– Nie z dziewczyną tylko koleżanką..Płakałaś?

– Nieważne, ale tańczyliście..

– No jak to na weselu, ale jej nie całowałem..A znowu ty wyglądałaś wtedy najpiękniej i jakoś głupio mi było..

– Dlaczego?

– Nie wiem. Może dlatego, że opcji – BĘDZIESZ SAMA – nie przewidziałem w ogóle. I jak sobie to uświadomiłem to się chyba wystraszyłem. Jakoś mnie przyciągałaś i przerażałaś jednocześnie. Co tu mówić więcej – kretyn ze mnie naprawdę, biorąc pod uwagę, ile czasu straciłem, zanim zebrałem się w końcu na odwagę..A teraz jesteś tak blisko i jak pomyślę, że za chwilę trzeba będzie się znowu rozstać..Też poniekąd z mojej winy..

– Oj tam, nie przesadzaj. Jeszcze ponad tydzień, ale prawda jest taka, że wolę mieć Cię na oku, tym bardziej, że te twoje koleżanki miewają takie same imiona jak ja.

– Megan.. – szepnął dobitnie i jeszcze bardziej przytulił.

– Rozumiem już, dlaczego lepiej zakochiwać się wiosną Blondasie.

– Bo jest cieplej? – uśmiechnął się na hasło „Blondas”.

– Nie. Mam wrażenie, że wtedy jest bardziej beztrosko siłą rzeczy.

– Dlatego ślub weźmiemy zimą. Co ty na to?

– Hmm..w Sylwestra?

– Czemu nie?

Wtuliła się w jego szalik. Wilgoć rzeki nad którą siedzieli przenikała na wskroś. Jak bardzo człowiek się zmienia, gdy nabiera pewności siebie. Mówi składniej, prostuje się, błyszczą mu oczy, bije od niego blask inteligencji, ma jakiś plan, jakiś cel.

On zawsze był jakby z boku. Raczej uważny, analizujący indywidualista. Dzieciak, co to ucieka. A teraz spojrzała na niego jak na mężczyznę i próbowała stać się przy nim..

– Megi – jego głos zrobił się nagle poważny – nigdy tego nie czułem.

– Czego?

– Z tobą zawsze chciało mi się rozmawiać, wiesz? Chciało mi się na Ciebie patrzeć. Chciało mi się do Ciebie uśmiechać. I fakt, że się trochę bałem wynika z..

– No?

– Jak ty czasami spojrzysz na człowieka to mam wrażenie..

– Że widzę więcej – dokończyła Megi.

– Tak i ja się czuję wtedy taki..

– Bezbronny.

– Właśnie. Jesteś w tym naturalna zupełnie. Czy ty wiesz, jak facetowi trudno coś takiego znieść? On lubi dominować, opiekować się, imponować, a tu, ani się nie ukryje za miną, ani postawą, ani słowem.. Poza tym masz w sobie jakiś taki..wdzięk, przez co jestem jeszcze bardziej bezradny. Nie śmiej się ze mnie – prychnął na niby.

– Jako dobra czarownica uroczyście oświadczam, że postaram się nie wykorzystywać za bardzo tego.

– Oj Megi, Megi. To, że w końcu zadzwonię pewnie też przewidziałaś?

– Nie przewidziałam, ale chciałam się z Tobą zobaczyć z twojej inicjatywy. A jak ponoć człowiek naprawdę chce to Niebiosa..

– Co ty ze mną robisz – westchnął. – Jakie ty masz układy z TYM na górze..

– Nieproste, ale ufam Mu. I doceniam jak czasem się zgadzamy ze sobą. Musisz wiedzieć, że zanim dojdziemy do konsensusu czas mija długi.

Zachichotali. Nagle o czymś sobie przypomniała.

– Śniło mi się dziecko. Śliczny niemowlak.

– Twoje dziecko?

– Nie wiem, ale miało moje oczy. Niesamowite wrażenie na mnie to zrobiło. I miałam świadomość, że już coś zostanie ze mną na nieco dłużej. I wiesz, że nawet mnie to nie przeraziło tak bardzo? Zastanawiałam się tylko skąd ono się wzięło i dlaczego ma moje oczy, a ja jestem taka mimo wszystko zadowolona, że go trzymam? Chociaż nie wiedziałam, kto jest mamą.

– To był chłopiec?

– Tak, uroczy.

– Jeszcze jeden z takim spojrzeniem? Nie wiem jak ja to zniosę.

– Póki co chodźmy na herbatę, zanim całkowicie zamarzniemy i ani ślubu ani dziecka nie będzie.

– Megan!

– No co? – zapytała niewinnie, chociaż mogłaby tak gaworzyć całą noc. Zaczął padać śnieg. Uwielbia ten moment. Nijakie ulice zapadają w sen, przykryte puszystą kołdrą. Więc tak się kocha w zimie, gdy w sercu maj…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Once upon a time…

– Megi, jesteś tam?

Była, a jakże. Tylko znowu odebrało jej mowę. Czary? Swoją drogą Megi nie raz zastanawiała się w jakiej roli chciałaby się obsadzić w bajce – walecznej Śnieżki, delikatnego Kopciuszka, czy może..

– Dla mnie jesteś połączeniem Dobrej Wróżki, Alicji w Krainie Czarów, białego królika i..- spojrzał na nią wesoło – Czerwonego Kapturka.

– Dziwnie to zestawiłeś doprawdy – Megi westchnęła.

– A wcale, że nie – odłożył niedomkniętą książkę. – Pędzisz do przodu, w głąb swojej wyobraźni, odważnie przez życiową gęstwinę, czarując to tu to tam.

Zaśmiała się. Dobiegała północ, a oni jak gdyby czas się zatrzymał, rozmawiali  w najlepsze. Pachniało piernikami.

– Ktoś dzwoni – podał jej mimochodem komórkę. Serio?

– Wyjdę na chwilę, dobrze?

– Nie ma sprawy, dokończę rozdział.

Podniosła się z fotela, przenosząc niechętnie do kuchni. Przeszłość lubi wracać niespodziewanie.

– Megi, jesteś tam?

– Tak, jestem, jestem – westchnęła.

– To fajnie. Dzwonię zapytać jak u Ciebie?

– A ty masz pojęcie która godzina?

– O kurcze, faktycznie. To może jutro zadzwonię?

„W ogóle nie dzwoń. Wymaż mnie z pamięci i serca”.

– Nie wiem. Jak chcesz – znowu westchnęła.

– Meg…Pewnie mnie wyśmiejesz, a w najlepszym wypadku nie będziesz mnie chciała znać, ale…

„O Boże”.

– Zaręczyłam się. Czy to nie cudowna wiadomość? – Megi przeczuwając, że tylko prawdziwie bombowa wiadomości może przerwać równie mocną informację, postanowiła skłamać. „To się musi skończyć”.

– Co..? Eee..Kurcze, to fantastycznie! Moje gratulacje. Kiedy ślub?

– Planujemy dopiero..

– Aha. No wiesz, naprawdę się cieszę.

„Taa jasne”.

– Nie no naprawdę. Rewelacja. Słuchaj, faktycznie jest już późno, zadzwonię innym razem, okej?

– Okej, trzymaj się.

– Ty też, pa.

Jak ulotny jest spokój człowieka. Jak ciężkie bywają krótkie rozmowy. Rozmowy, które nigdy się nie skończą. Drżała jej ręka. On ją zostawił kilka lat temu. I wraca. Chociaż ona nie chce. I nie chce już go kochać, ale ma taką naturę, że w tym słowie „kocham” jak mówi jest faktycznie moc, co to ryje w sercu nie tyle koryto rzeki miłości, co cały jej ocean. Trudno coś takiego przykryć czymkolwiek. Dlaczego? I kto powiedział, że nie można kochać kilka razy, a nawet równolegle, tylko inaczej?

– Kochanie? – wszedł do kuchni. Opowiedziała mu o wszystkim.

– Dawno, dawno temu żył sobie Pinokio – zakończyła swój przydługi monolog.

Wziął ją czule za rękę.

– Dawno, dawno temu, żyło sobie małe stworzenie, które pragnęło miłości. A kiedy miłość nadeszła serduszko istoty omal nie pękło z radości. Ale szczęście nie trwało zbyt długo..Tak byłoby w tej opowieści. Megi, jesteś dla siebie zbyt surowa. A co do ślubu – I do.

– Że jak? – Megi zakołysała się z wrażenia na taborecie.

– Czy ty Megi przewidziałaś w swojej bajce szczęśliwe zakończenie? Tak? To będzie mi niezwykle miło moja księżniczko, jeżeli uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną…

 

 

Rozmowa, która wiele zmienia

Megi wieczorami siada z kubkiem herbaty i nałogowo ogląda głównie wywiady. Od zawsze rozmowa była dla niej istotnym wydarzeniem. Rodzice pijali poranne kawy i przy śniadaniu debatowali na różne tematy. Być może dzięki temu Meg nie stroni od rozmów błahych i poważnych? A wywiad, zwłaszcza ten dobry to nic innego jak dość płynna rozmowa ze sporą dawkę różnorakiej wiedzy, którą to chętnie chłonie jak gąbka nasza Meg.

Ten wieczór był pozornie taki jak zwykle. Kolorowe skarpetki, urodzinowy kubek w kwiaty i biały koc. Teraz szybko zapada ciemność, dlatego Megi chętnie zapala swoją lampę kreślarską i świeczkę zapachową starannie włożoną w nowy gadżet – drewniany lampionik z wyciętą choinką.  Prawie nie zauważyła, wkładając słuchawki do uszu, że telefon wibruje jak szalony. Znowu zapomniała ustawić normalny sygnał. Jakoś przywykła, że niewiele osób do niej dzwoni, a ten numer? Co to za numer? „Hej” – słyszy dziwnie znajomy głos. Hej? – odpowiada pytająco. Przecież..To ON?! On. Nieśmiało potwierdza jej przypuszczenia. – Eee..- brakuje jej słów – Tak, tak, słyszę, to znaczy ee.. Fajnie, że dzwonisz – bierze się w końcu w garść. – Co słychać? –

W komedii romantycznej mężczyzna być może powiedziałby o wiele więcej, ale życie to nie film, gdzie jesteś 100% reżyserem i masz wpływ na sceny, scenariusz etc. A szkoda, bo przydurne pytanie – „co słychać?”, biorąc pod uwagę, że nie widzieli się dwa lata (ostatnio na weselu jej Przyjaciela, które najchętniej Meg wymazałaby z pamięci), brzmi jeszcze bardziej głupio. Ale o dziwno On daje sobie świetnie radę.

Wszystko w porządku. Właściwie jestem niedaleko Ciebie, na Rynku – rzecze. Faktycznie niedaleko. – Siedzę na ławce dobrą godzinę. Kawa, którą kupiłem całkowicie wystygła. – Kawa o tej porze? Zgłupiał? – Zastanawiałem się czy zadzwonić. – Cisza.

I zadzwoniłeś. Jednak. – Meg podsumowuje.

No tak. – Znowu cisza. Punkt za odwagę.

Yhm. – Jej sparaliżowane gardło wydaje dźwięk na wzór pomruku. Tylko tyle i aż tyle.

Słuchaj, wiem, że jest już dosyć późno, ale może… Wybierzesz się ze mną na spacer? Czuję, że jak zostanę tu jeszcze dłużej to może być tak sobie. Chciałbym z tobą pogadać.

Megi, zwykle rozmowna, co to od rozmów błahych i poważnych nie stroni, odpowiada jedynie. – Jasne, zaraz będę. – Bo tylko tyle jej sparaliżowane gardło jest w stanie sensownego wydusić.

On się boi tak samo jak ona. Wie to, czuje to. A mimo wszystko postanowił się odważyć. Chociaż ona powątpiewała nie raz w jego odwagę i wbiła sobie do głowy, że skoro on jej tchórzem to trzeba dać sobie z nim spokój. Teraz zadzwonił, przyjechał, chce ją zobaczyć. Po co? Spokojnie Meg. Boże, jak zimno..

Zobaczyła go niedaleko magistratu. Zamyślony, wpatrzony gdzieś daleko, prawie niewidoczny. Pal licho zasady. Cześć – przytuliła go. Hej – odwzajemnił przytulenie. To co? Idziemy? Kompletnie nie mam pomysłu dokąd.

Chodź – wzięła go pod rękę. Miała wrażenie, że na ten moment czekała całe swoje życie. Żeby zwyczajnie wziąć pod rękę kogoś, kto na to zasługuje. Jego. Spokojnie Meg.

Szli nic nie mówiąc, albo prawie nic. Doszli do kościoła. Zatrzymał się, spojrzał na nią.

– Tęskniłem za Tobą. Głupie co? – powiedział nie spuszczając z niej wzroku jak gdyby chciał przeczytać wszystko, co ona myśli na ten temat. Ale ona nie była w stanie powiedzieć nic. Pogłaskała go po policzku i znowu przytuliła. Nagle wszystko zaczęło mieć znaczenie. Życie, miłość, spacer. Naprawdę to takie proste?  Spokojnie Meg.

Stali przytuleni, przyklejeni do siebie. Ona przesuwała rękę w górę i w dół po jego plecach, on instynktownie odszukał miejsce pod jej lewym uchem. Zimny miał nos. Zadrżała. Jakie to dziwne. Poznała go wiele lat temu. Ich drogi krzyżowały się na chwilę. Nie rozmawiali nigdy wiele, a mimo to ona czuła, że on się jej podoba. Chociaż się nie znali. Na wesele przyszedł z dziewczyną. Postanowiła go omijać, ale on robił wszystko, żeby go zauważyła. Tańczył z tamtą, chociaż trzy razy z nią. Pewien ktoś stwierdził, że pewnie tamtą woli i żeby Meg się nim nie przejmowała. Rozpłakała się, tańcząc z innym. Ona była na tym weselu sama. A pod koniec imprezy tańczyła z najprzystojniejszym chłopakiem na weselu, a On to widział. I ominął ją później szerokim łukiem.

A teraz, dwa lata później, stoją na ulicy, gdzie ona chciałaby mieć kiedyś mieszkanie i czuje na szyi jego oddech, który zbliża się coraz bardziej w kierunku jej ust.

To wcale nie jest głupie. Ja też za tobą tęskniłam. Bardzo tęskniłam – wyszeptała.

Są takie momenty w życiu spektakularne, ale nie dlatego, że zawierają bajery. One się dzieją najczęściej wtedy, gdy poddajemy się. Przestajemy walczyć, bo zwyczajnie brakuje pomysłu na to co dalej. Przestajemy się burzyć, winić los, płakać. Zaczynamy egzystować. Na te momenty mamy wpływ tylko w części. Bo czy Megi, nie mająca nawet numeru do Niego mogła przypuszczać, że akurat tego dnia zadzwoni? Chciała, żeby pewnego dnia zadzwonił, chciała go zobaczyć, chciała, żeby udowodnił jej, że jest taki jak myślała. Dobry. Momenty spektakularne dzieją się po to, żeby w egzystencję tchnąć życie.

Megi żyje.

 

 

 

 

 

 

 

Hallo-win, ajwar i co ty wiesz o jedzeniu?

Megi wymarzyła sobie kuchnię. Taką starą z dużym drewnianym kredensem, gdzie przez okna zaglądają gałęzie jakiegoś potarganego drzewa i w tej kuchni jest stół. Ale nie taki jak teraz popularny szklany, albo byle jaki mały. Nie. Ten stół Megi widzi. Jest masywny, duży, silny, taki co to bez cienia zmęczenia dźwignie drewnianą stolnicę, a na niej pierogi. Gdzie imbryk z Bolesławca będzie wyglądał tak jak zwykle uroczo, ale pewnie, bo Meg nie będzie miała wątpliwości, że na tym stole nic mu nie grozi, chociaż wiele łokci opierać się będzie. W myślach kuchnia Megi ma też fotel, w którym śpiący kocur, jednym okiem obserwuje kto wchodzi, kto wychodzi i co się w garze warzy. A warzyć się będzie ajwar. Do dziś Megi nie wiedziała za bardzo co to, tymczasem to nic innego jak przepyszna pasta z pieczonego bakłażana i papryki, dodawana do chleba, makaronu lub kaszy. W ogóle to Meg jest fanką uniwersalnego wszystkiego, więc nie dziwi fakt, że i ajwar na listę pyszności trafił z powodzeniem od razu. Ach! Poza tym hallo-win zbliża się powolusiu. O wiele bardziej Megi woli myśleć o winie z goździkami i pomarańczą zamiast o przebierańcach z nożami, siekierami i sztuczną krwią na szyi. Brr, Przerażające, że ludzie wolą być czarownicą, zamiast dobrą wróżką, a dzieci, jako małe wampiry zbierają cukierki. Chociaż w przebierankach nie ma przecież nic złego i w uroczych lampionach z dyni. I daj Boże, żeby więcej było okazji, aby ludzie mogli świętować wesoło i wspólnie się spotkać, ale czy akurat tak, akurat wtedy? Nie, zdecydowanie Megi wypiera rozrywkę w takiej postaci i woli duchy w spokoju zostawić. Chociaż wyczytała, że już od dawien dawna ludzie za życia dążą do konfrontacji z nieznanym, że najpierw z bojaźni chcieli ewentualne złe duchy odpędzić, pojednać z tymi, co strapione szukały drogi do krainy wytchnienia, albo znowu zobaczyć tych co odeszli, bodaj w przeźroczystej postaci. Teraz Meg ma wrażenie, że mało ducha w duchu i o duchach jako tako się nie myśli, a szkoda, bo chociaż udowodnić trudno, że są, Megi ma przeczucie, że gdzieś jednak czuwają i czuwać będą. A znowu, jakby tak pragmatycznie pomyśleć – ile pysznych z tych lampionów dyniowych byłoby zup i sosów? Ile ciast i innych delicji?

Ej jesień. Już liście spadają gęsto, a tymczasem na talerzu bucha barszcz czerwony, taki co kopiatą wyspę ziemniaczaną ma na środku, a na tej wyspie kleks śmietany. Ten barszcz rozpuszcza wszystkie troski, jest aromatyczny, lekko słodkawy i pikany zarazem, koniecznie z majerankiem i czosnkiem. A niedaleko uśmiechają się gruszki, jabłka, trochę orzechów. Zrób z nas ciasto – mruczą cicho, tak, aby nikt prócz niej nie słyszał. Tak będzie w tej kuchni – myśli Megi. Tak będzie.

 

Dotrzymywanie słowa i WITAJ SZKOŁO. Filo-psycho gdybanie

Chmury i nagły spadek temperatury od zawsze Meg kojarzą się z rozpoczęciem szkoły. Taki najczęściej był początek września. Nigdy nie zapomni, jak w ostatniej klasie liceum zrobiłaby absolutnie wiele, aby czas nieco spowolnić, wydłużyć wakacje i ewentualnie dołożyć jeszcze jeden rok odwlekający to, co nieuniknione – dorosłość. Już wtedy przeczuwała zupełnie trafnie, że nie będzie kolorowo.

Jak wspomina się szkołę? Co z niej zostaje? Zdaniem Meg wszystko prócz wiedzy. Tej wiedzy po którą właściwie się przychodzi. Za to zyskujemy cały bagaż doświadczeń. Pierwsze prawdziwe przyjaźnie, pierwsze miłostki, dyskoteki, wycieczki szkolne, uroczystości, pierwsze porażki, pierwszy dyskomfort i świadomy wstyd. To tam najczęściej dziecko jak na talerzu widzi niesprawiedliwość, faworyzowanie, dominację, wykluczanie, niechęć. Wychuchane przez rodziców, zderza się z realnym światem i nabiera odwagi do radzenia sobie w różnych sytuacjach. Nabiera, albo i nie.

Wiadomo przecież, że dzieci, chociaż słodkie z natury bywają gorzko okrutne i bezwzględne. Teraz nasączone internetami są w dodatku za wczas błędnie wyedukowane. Meg nie zazdrości więc zapracowanym rodzicom. Nie zazdrości również znudzonym biurokracją i wypalonym nauczycielom. Nie zazdrości także dzieciom, bo właściwie pewne problemy są ponadczasowe, a to nam dorosłym wydaje się rok rocznie, że „kiedyś było inaczej”.

Megi obserwując trzecie pokolenie w swojej rodzinie widzi, że miłość, zaufanie, cierpliwość, uwaga, oddanie to coś, co procentuje niezależnie od trendów. Spaceru w parku nie zastąpi gra komputerowa. Bajki opowiedzianej na dobranoc nie odda płyta nawet najlepszego artysty. Rozmowy o życiu i o tym, co aktualnie się dzieje, nie odbędzie za nas nikt inny z takim samym skutkiem. To wspólne chwile zostają w sercu, to one budują więź.

Meg zwykła też mówić, że rodzice do pewnego momentu mogą w dziecko wpakować wiele, a później w naturalny sposób drzwi się zamykają bezpowrotnie. Są etapy – mama, później – koleżanki, później – chłopaki, ale szafa wnętrza na ogół pozostaje taka jak przed zatrzaśnięciem owych drzwi, nawet jeśli urządzimy w niej drobny lifting. To pewnie dzięki temu, że ten zużyty mebel był pełny uwagi, cierpliwości i dobroci przez zamknięciem, ona dała nie raz radę. I dlatego stara się przekazywać dalej naukę swojej mamy. Nie wiedziała jeszcze jak po latach przyjdzie jej ją docenić, chociaż była przecież nieidealna, intuicyjna i czasem mylna.

Szkoda, że tak mało podkreśla się, że warto dotrzymywać słowa. Kiedy człowiek dotrzymuje słowa staje się wiarygodny przede wszystkim przed samym sobą. Ma do siebie szacunek. Skoro wymagamy go od innych, powinniśmy zacząć od siebie.

Witaj szkoło – myśli Megi, trzymając w duchu kciuki za rodzinne dzieci i w ogóle za dzieci. – Oby było wam dobrze w nowym szkolnym roku. Niech będzie dla was pełen spełniających się marzeń, sukcesów i odpowiedzialnych, pięknych słów. Ahoj przygodo!