Popularność i aura

Wystarczyła chwila i oto kameralny i zdystansowany Blondas staje się można rzec śmiało – popularny. Megi przypuszczała, że to, co on nazywał „drobnostką”, dla innych będzie „czynem niecodziennym”, czymś, czym będzie mogła żyć uśpiona pozornie wieś jeszcze długo.

I tak oto pewna wyjątkowo nachalna Pani Redaktor okolicznej gazety postanowiła się z Blondasem pewnego dnia koniecznie skontaktować, a kiedy już to zrobiła, stwierdziła bez ogródek, że chce przeprowadzić z nim rozmowę.

– Nie ma mowy – rzucił w przestrzeń spłoszony Blondas, słysząc hasło „wywiad”. – Nie jestem żadnym ekspertem od..

– Spokojnie – uciszyła go stanowczo rozmówczyni. – Wiem od Pana dziadków, że ma Pan kurs ratownika. Wprost świetny moment, żeby o takich sytuacjach, jak ta u nas na rzece i nie tylko porozmawiać. Proszę to przemyśleć. Bardzo proszę.

Blondas pomruczał jeszcze do słuchawki na koniec i z ulgą wyłączył telefon.

Meg uśmiechnęła się.

– Nie Megi – wyprzedził ją. – Nie będę udzielał żadnych wywiadów.

– Jak uważasz – wzruszyła ramionami i wróciła do swoich spraw, wyciągając w ulubiony sposób nogi i opierając się o miękką, chłodną poduszkę. Wiatrak pracował jak oszalały, a obok stał dzban wypełniony pyszną lemoniadą z lodem. Byli już u siebie, ale temat ich ostatniego pobytu pod lasem niemal codziennie wracał jak echo.

Nie wytrzymał długo. Usiadł obok i ułożył głowę na jej ramieniu.

Pocałowała go w nos i czoło.

– Nic nie powiesz?

Westchnęła.

– Będziesz świetny.

– Nieprawda.

– I będę z Ciebie jeszcze bardziej dumna, o ile można bardziej. I nawet w ramkę oprawię ten wywiad. Zgódź się.

– Ale ja nie umiem mówić o takich rzeczach.. – prychnął.

– E tam.

– No tak.

– O pływaniu to ty akurat wiesz bardzo dużo. Poza tym faktycznie wiele lat byłeś czynnym ratownikiem. Można to wszystko umiejętnie wykorzystać i napisać tekst „ku przestrodze” przy okazji.

– Pojedziesz tam ze mną?

– Pewnie – uśmiechnęła się. – W końcu każdy bohater musi mieć swojego PR-owca nie?

– No.

– Także tak. Duszno jakoś czy mi się zdaje?

– Zdaje Ci się.

– Aha. Tak myślałam – zachichotała, chociaż ciepło, jakie biło od niego, powodowało, że powiew chłodnego powietrza stawał się niewystarczający. Nie była w stanie tak pracować. Lubiła lato, ale temperatury ostatnich tygodni były dla niej stanowczo za wysokie.

– Mateusz napisał – Blondas miał zamknięte oczy.

– Yhm, i co tam?

– Niezbyt dobrze. Zwalnia się.

– Jednak?

– Tak. Ponoć atmosfera w obecnej pracy jest nie do wytrzymania.  Zmienia się zarząd, redukują etaty, a ludzie, zamiast skupić się na robocie, snują teorie spiskowe.

– Lubię Mateusza, ma w sobie i klasę i jest bardzo inteligenty. Z pewnością szybko coś znajdzie.

– W to nie wątpię, ale wiesz, on nie chce się już przeprowadzać.

– Rozumiem.

– W ogóle dosyć często mówi – „Zazdroszczę, że masz już jakieś inne priorytety”.

– Dojrzewa chłopak.

– Może… – zamyślił się Blondas. – A może to zwyczajnie presja tłumu?

– To znaczy?

– No wiesz..Ten żonaty, tamten dzieciaty, ja zaręczony. Każdy kogoś ma, a tu jakoś cisza.

– Ja wiem, kto świetnie by się dla niego nadał – przypomniała sobie nagle.

– Tak?

– Yhm – Megi uśmiechnęła się.

– Kto?

– Moja znajoma, ale..No właśnie, ma kogoś.

– Skąd wiesz, że akurat pasowaliby do siebie?

– Bo czułam aurę, kiedy ich widziałam razem.

Blondas zamrugał.

– Co to znaczy? Energię?

– Tak. Każda para jakąś ma.

– Oj Megi, Megi…

– Ty się śmiejesz, a ja naprawdę takie rzeczy wyczuwam i widzę. Powiem więcej, nawet jak do ślubu dojdzie, to widzę tę aurę. I często jej brak.

– Może powinnaś zostać zawodową swatką?

– Kto wie, kto wie…W każdym razie ludzie często ignorują swoją intuicję, kierując się głosem rozsądku, strachu, wygody, wiążą się z kimś niewłaściwym i potem są nieszczęśliwi.

– A jak było ze mną? Czułaś aurę?

Megi zamyśliła się.

– Czułam. Nie wiem, jak to działa u innych, ale ja doświadczyłam tego cztery razy w życiu. Metafizyczne doznanie, które wracało do mnie. I nie ma to nic wspólnego z zakochaniem.

– A z czym?

– Z pozawerbalnym porozumieniem. Kiedy już pośród tłumu Cię dostrzegłam, wiedziałam, że będziesz w jakiś sposób wracał. I wracałeś. W każdym razie Blondasie ja mocno wierzę w telepatię i nić współodczuwania, porozumienia, bycia. Nie wiem, co to jest, skąd się bierze i jak tym sterować, ale coś takiego z całą pewnością funkcjonuje w obiegu.

– Ale by było, gdyby się okazało, że przyciągnęłaś mnie myślami..Może to twoje chcenie spowodowało, że jest jak jest?

– No nie, nie sądzę, że mam takie moce sprawcze. To raczej Niebiosa nam pomogły. To one widziały, że się szukamy podświadomie. Przeznaczenie – w tym cały sekret. I twoja wielka odwaga.

– A jak ty widzisz tę aurę?

– Nie wiem, trudno mi to wyjaśnić. Są pewne prawidła, które się sprawdzają praktycznie jeden do jednego. Na przykład – nie zbudujesz szczęścia na cudzym nieszczęściu. Ale właściwie to po parze widać, jak się do siebie odnoszą, jak rozmawiają, czy się lubią, czy tylko pożądają. Czy są ze sobą, żeby być, czy po prostu dlatego, że się wzajemnie inspirują. Czy są rozedrgani, czy spokojni. I łatwo się idzie pomylić niemal na każdym etapie związku, ale finalnie aury i tak nie oszukasz.

Blondas wydawał się zaskoczony jej przekonaniem w tej sprawie, chociaż wiele razy Megi przewidywała bardzo celnie zakończenie. Gdy inni klaskali, kiwali głowami, ona bacznie obserwowała i chociaż niekiedy bardzo chciała, aby jej podświadome przeczucia się nie sprawdziły ot dla spokoju, to jednak później wychodziło na to jej pierwotne odczucie.

– Co to znaczy „idzie się pomylić niemal na każdym etapie”? – chciał wiedzieć Blondas.

– Na przykład widzisz ładną dziewczynę i myślisz „fajna”. Może być przy okazji inteligentna, naj. Spotykacie się i całkiem uroczo spędzacie czas. I kiedy mija zakochanie, okazuje się, że ta dziewczyna jest nie dla Ciebie.

– Dlaczego?

– Bo nie dajecie sobie nic poza „byciem”. Aura świetnie jest widoczna w zwykłej, prostej przyjaźni. O wiele bardziej niż w miłości wiesz dlaczego?

– No?

– Bo nie ma tam namiętności. Nic nie zakłóca wtedy aury. Nic jej nie przykrywa, nie rozprasza. Dlatego jestem zdania, że jak w związku nie ma przyjaźni, to prędzej czy później wszystko się rozleci. Ale aura to coś więcej niż przyjaźń. To wspólna energia. I oni tę energię mają.

– Kto?

– No Mati i moja znajoma.

– Kurde, muszę mu powiedzieć, że ma przyprowadzać do Ciebie wszystkie swoje dziewczyny.

– Phi – Megi przewróciła oczami, bo był to blondasowy ironiczny żart. Swoje jednak wiedziała. Lata temu na ognisku i na domówce to zobaczyła i wyczuła. A skoro tyle lat o tym pamięta..

– Zaaranżujmy jakoś wspólne, niezobowiązujące spotkanie.

– No, ale mówiłaś, że ma chłopaka.

– No ma, ale przecież ze mną spotykać się może, a wy do nas dołączycie.

– A, że niby spontanicznie? Nie jestem pewien czy to dobry pomysł..

– Spróbujmy, proszę! Jeśli się mylę, to już więcej o aurze nie będę wspominać…

– Meg, ale dlaczego akurat to my mamy w tym uczestniczyć?

– Bo mam przeczucie, że ktoś musi temu dopomóc.

– A tamten? W sensie tamten chłopak?

– Fajny, ale nie dla niej.

– Aha. No super – pokiwał przecząco głową.

– Proszę, proszę Blondasie, zgódź się!

Wahał się, ale w końcu ustąpił.

Pocałowała go.

– A zresztą, dobra, najwyżej nic z tego nie wyjdzie.

To kiedy to spotkanie?

 

 

 

Reklamy

Komunia i co oprócz białej jak śnieg koperty?

Odchodząc na chwilę od wiejskich przygód, na przekór wakacyjnym trendom, wróćmy do corocznego tematu, z którym borykało lub borykać się będzie wielu. Otóż Pierwsza Komunia. Kiedy Megi była mała Komunia, jawiła jej się jako jedno z najbardziej stresujących wydarzeń, którego na tamten czas w ogóle nie rozumiała.

Otóż śliczna biała sukienka po siostrze, białe lakierki i wianek  wróżyły podniosłą chwilę. Mówiono jej, że od tego momentu będzie mogła w pełni uczestniczyć we mszy, a pierwsza spowiedź..O tym akurat za wiele nie wspominano, aczkolwiek ponury ksiądz-proboszcz, który do tegoż dnia przygotowywał, siedząc w konfesjonale, wcale nie pomagał pozbyć się natrętnej refleksji – dlaczego właściwie trzeba mu wyznawać swoje grzechy, skoro nie ma się ochoty? W każdym razie przejęte dzieci ustawiały się w kolejce, na zasadzie kto pierwszy, ten szybciej przykry obowiązek będzie miał z głowy. Wielki był to stres – tyle Megi pamięta z całych przygotowań. Jeśli zaś chodzi o samą uroczystość, gdzie stanąć, co zrobić, żeby nie zapomnieć wierszyka, czy piosenki i to wszystko przy wyjątkowo dociekliwym kamerzyście, sprawiło, że Komunia sama w sobie stała się no cóż – wydarzeniem takim sobie, zwieńczonym wieżą na CD i kasety.

Natomiast cyrku pod tytułem „Fryzjer, wytworne restauracje i białe koperty” Megan na szczęście nie doświadczyła. Nikt na nikogo nie kładł obowiązku co ma dla Megi kupić. Mama przyrządziła obiad w domu i pojawiła się tylko najbliższa rodzina wraz z chrzestną. Była w tym skromność i ufność, ale też niewiedza okraszona strachem i stresem.

– Meg, a co ty masz dla małej? – zapytała jej siostra któregoś razu.

– No właśnie jeszcze nic. Masz może jakiś pomysł?

Rozważały aparat wywołujący z automatu zdjęcia, czytnik na e-booki, zegarek, książki. W końcu obie zmęczone zastanawianiem dały sobie spokój, podsumowując, że najpotrzebniejszy sprzęt jest, więc ewentualnie zostają pieniądze, które można przeznaczyć na coś większego.

– Nie Moja Droga – odrzekła stanowczo Megan – to nie wesele, nie będę dawać dziecku pieniędzy. Co ona zapamięta z tego dnia? Białe koperty?

Zapadła niezręczna cisza. Niedługo po tej rozmowie zadzwonił do Meg szwagier, a że akurat miał włączony tryb głośnomówiący, okazało się, że nie dzwoni sam.

– Cześć ciociu! – zawołała mała gdzieś z oddali.

Szwagier wyjaśnił Megi, że oto jadąc z małą samochodem i gaworząc na różne tematy, dowiedział się, że największym marzeniem jego córki aktualnie jest usłyszeć głos swojej najulubieńszej cioci.

Meg jak to Meg, wzruszyła się i niechcący wpadła na pewien pomysł. Skoro tak, zamiast kolejnego gadżetu zafunduje siostrzenicy jeden miły dzień z obiadem i jakimś wyjściem. Słowa dotrzymała i ufa, że te chwile zostaną w małej o wiele dłużej, aniżeli coś, co prędzej czy później albo się zepsuje, albo zarośnie kurzem.

I to nie tak, że dziecko trzeba odcinać od tego, o czym marzy i nie pomagać mu, kiedy faktycznie czegoś chce, ale w sytuacji, gdy wiele rzeczy ma, kupowanie na siłę jest dla Megi absurdalnym pomysłem. To nam dorosłym ubzdurało się, że MUSI MIEĆ – więcej, lepiej niż inni, niż my w jego wieku. Że musi mieć na Święta, Komunię, urodziny, imieniny, Dzień Dziecka i przy okazji. Że pieniądze, których nigdy nie jest za dużo i przedmioty – nowe, szybsze, lepsze stanowią dla dziecka coś fantastycznego. Na chwilę może tak. Nie mniej, jeśli nie będzie w tym rozwagi, jeśli dzieci oprócz prezentów nie poczują autentycznych uczuć i uwagi i nie od święta, a na co dzień, nie kupimy ich wdzięczności i nie zbudujemy mądrych relacji za żadne skarby tego świata. Ani teraz, ani później. Pieniądz cieszy na chwilę, przedmiot do momentu zepsucia, nić porozumienia z drugim człowiekiem, wspomnienia o nim, zostają na długo, na całe późniejsze życie. To w tych relacjach dziecko odnajdzie siłę do dalszego funkcjonowania, bo będzie wiedziało, że oprócz rodziców i dziadków, jest ktoś, na kogo może autentycznie liczyć, kto go kocha, wspiera i szanuje takim, jakie jest, a nie poprzez to co ma, a czego nie.

I takie chwile, szczególnie te związane z wiarą w Boga, powinny nas uczyć relacji, empatii, delikatności, refleksji o wiele głębszej. Emocjonalnego zastaw się, a postaw się, skromności, radości z niej płynącej.

Komunia, szczególnie ta pierwsza to symbol tego, że człowiek naprawdę nie jest sam, że chociażby to, jak jest zbudowany, jak doskonale i niezawodnie działa w jego obiegu przeznaczenie, jak nieprawdopodobne zachodzą zależności, których nawet najwięksi myśliciele nie są w stanie przewidzieć, pokazuje, że jest Ktoś nad nami. Absolutnie wyjątkowy.

I tę wyjątkowość ma każdy z nas, więc zanim zdecydujemy iść na łatwiznę, pomyślmy czy w ostatecznym rozrachunku warto?

 

 

NOMINACJA DO MYSTERY BLOGGER AWARD

AWARD

Tym, którzy od czasu do czasu wpadają do Megi koniecznie należą się podziękowania i nie dlatego, że przychodzą i czytają bloga, ale w związku z wielką siłą wsparcia jaka płynie za każdym razem, kiedy ów ślad po nich pozostaje. Myśl, że jesteś po drugiej stronie jest niezwykłym i nieco zaskakującym za każdym razem doświadczeniem, które wiele znaczy w tej wirtualnej przestrzeni.

Gdyby można było przyznać nagrodę za mądre i trafne komentarze bezapelacyjnym liderem w tej kategorii byłby Zbysiula  https://tyijasite.wordpress.com. Twoja wierność w tej kwestii zawsze wywołuje mój szczery uśmiech, a im więcej uśmiechu tym lepiej, więc czekam, aż buchnie entuzjazmem na twoim blogu (dla porządku od czasu do czasu), bo równowaga w emocjach, zwłaszcza dziś jest na wagę złota!

(https://tyijasite.wordpress.com/2018/07/23/a-zreszta-jak-zabawa-to-zabawa/)

Za nominację oprócz Zib podziękowania także dla https://mojkolordnia.wordpress.com. Chociaż raz lepiej raz gorzej nie poddajesz się, nie użalasz. I generalnie wspominasz o wielu ważnych filarach ludzkiego funkcjonowania. O rzeczach naprawdę trudnych piszesz nad podziw lekko, dając nadzieję, że po największej burzy wychodzi przeogromne słońce. Ode mnie medal za refleksje otulone wiarą w lepsze jutro!

(https://mojkolordnia.wordpress.com/2018/07/23/nominacje-do-mystery-blogger-award/)

Z wielką przyjemnością odwiedzam i jednocześnie nominuję do międzynarodowego konkursu – zabawy:  Mystery Blogger Award:

https://angielskizm.blog

Nie tylko ze względu na magiczną literę M 😉 ale za pomoc, za propagowanie ciekawych treści, za gotowość ich wytłumaczenia, przydatne materiały i co najważniejsze BEZ  szkolnego sztywniactwa i nudy.

Od jakiegoś czasu z ciekawością przyglądam się też temu jak różnorodną tematykę wprowadza  https://2latado30charyszka.wordpress.com.  W tym pojemnym worku pełnym wszystkiego każdy odnajdzie coś dla siebie. Polecane książki i trasy miejsc „do zjedzenia” należą do moich ulubionych!

A jak już o trasach mowa to lubię ich za te trasy właśnie https://hreindyr.wordpress.com i https://peregrinopl.wordpress.com

Klimat zdjęć, skrawek świata, uchwycone chwile, magię. Patrzę na to i się zachwycam jak piękna jest nasz planeta. Jak niezwykłe są ręce tego, kto uczynił ją jeszcze ciekawszą.

Życzę wszystkim, nie tylko moim ulubieńcom tutaj, aby móc rozwijać się na miarę swojej siły i swojej wyobraźni, bo będąc otwartymi na siebie, stajemy się lepsi dla innych, a dobro wraca. Ogromnie w to wierzę. Tak jak w to, że wsparcie jest najlepszą nagrodą!

Dziękuję!

 

A to moje:

https://likememegi.wordpress.com/2018/07/23/wakacje-plukane-deszczem-i-cos-optymistycznego/

https://likememegi.wordpress.com/2018/05/27/mama/

https://likememegi.wordpress.com/2018/05/04/nad-tybrem/

https://likememegi.wordpress.com/2017/12/14/list-od-czytelniczki-jako-najlepszy-prezent-pod-blogowa-choinke-jak-byc-soba-i-nie-zwariowac/

https://likememegi.wordpress.com/2017/11/29/telefon-ktory-wiele-zmienia/

https://likememegi.wordpress.com/2016/07/09/przepis/

 

 

 

 

Wakacje płukane deszczem i coś optymistycznego

Chwilę po tym jak Megi i Blondas dotarli w milczeniu do domu, rozpętała się prawdziwa burza, na którą zanosiło się od dobrych kilku godzin.

– Megi – dziadkowie jeszcze nie spali, a babcia widać za punkt honoru przed snem postawiła, właściwe poinstruować ją przed pierwszą w tym domu nocą. – Na piętrze przygotowałam świeżą pościel, ręczniki, pokój jest wywietrzony, także w każdej chwili…

– Oczywiście – Meg z ulgą powitała babciną propozycję i nie zastanawiając się długo poszła na górę. Miała dość swoich dziwnych wyrzutów sumienia i zamieszania, jakie chcąc nie chcąc robiła. Generalnie nie wiedzieć czemu czuła się pod ścianą. Gdy znalazła się w wannie, zanurkowała w ciepłej wodzie skropionej sowicie płynem do kąpieli i spłukała kurz całego dnia. Ulga i relaks – tego jej było trzeba. Będąc w łazience wykonała jeszcze szybki telefon do siostry (3 nieodebrane połączenia) i odpisała na wiadomość znajomego („Nie ma mnie, może spotkamy się za tydzień?”). Kiedy wyszła z łazienki opatulona szlafrokiem, wreszcie poczuła się świeżo i odzyskała energię. Blondas ulokowany w pokoju obok, już w nim był. Słyszała jak rytmicznie stuka na klawiaturze. Zawahała się. Weszła na chwilę do siebie, odnalazła piżamę i kapcie, w pośpiechu rozczesała włosy i kiedy stwierdziła, że wygląda przyzwoicie i schludnie, ponownie pojawiła się na korytarzu i nieśmiało zapukała do jego drzwi.

– Tak?

– Mogę?

– Wejdź – odpowiedział po chili zawahania.

Megi postanowiła z uwagi na dziadków nie zamykać za sobą. Nie chciała, aby czuli się skrępowani we własnym domu, gdyby przypadkiem odczuli nagłą potrzebę wybrania się w jakimś celu na górę. Usiadła na skraju blondasowego łóżka.

– Nie bądź na mnie zły czy zawiedziony..Wiesz jak jest.

– Tak uważasz? Że wiem?

– Nie bardzo rozumiem Blondasie, czym ty się martwisz? Od dobrych kilku miesięcy jesteśmy ze sobą, planujemy ślub i dobrze jest nam razem, prawda? A to, że coś się w moim życiu kiedyś podziało..Nie mam na to wpływu. Prawda jest taka, że nie utrzymuję z Nim dobrowolnie żadnych kontaktów, nie chcę i ta decyzja zapadła długo przed tobą. A jeżeli z jakiś przyczyn on będzie chciał wrócić – no cóż – nie podzielę się na pół i nie ulegnę ot tak cudzemu widzimisię. Myśląc logicznie, biorąc pod uwagę co się zmieniło i jak wygląda teraz moje życie..Uważam, że nie powinieneś czuć się zagrożony. Jeszcze od czasu do czasu miewam lekkie stany refleksji, ale są chwilowe i nie przesłaniają tego, co się dzieje tu i teraz. Kocham Cię, a decyzja o tym, że będę twoją żoną jest w pełni świadoma i szczęśliwa. Mało tego, chcę mieć z tobą dzieci. Uważam, że będziesz fantastycznym tatą za jakiś czas, a skoro i o tym myślę, to wiedz, że jesteś dla mnie aktualnie ponad połową mojego świata.

Blondas zamknął laptopa i uśmiechnął się do niej uroczo.

– Dzieci mówisz – przysunął się, a jej serce jak zwykle w takich momentach zaczęło walić jak oszalałe.

– Tak – pocałowała go w czoło i wstała. – Więc weź się w garść Mój Drogi i przestań – cmoknęła na niby niezadowolona – mnie tu.. podrywać przy okazji.

– Ja??? – udał  oburzenie. – A kto komu wtargnął w piżamie do pokoju? I jeszcze wspomina o dzieciach?

– No tak, no tak – Meg oddaliła się na bezpieczną odległość – dlatego ten KTOŚ już wychodzi ha!

– A jak bym obiecał, że nic się nie wydarzy, bo będę zachowywał się jak trzeba? Czy ten Ktoś w piżamie zostanie jeszcze trochę?

– ABSOLUTNIE – Meg uśmiechnęła się szeroko i zamachała w powietrzu na pożegnanie.

– Kocham Cię Mała, dobranoc – odwzajemnił uśmiech Blondas i zniknął za drzwiami, które ostrożnie zamknęła za sobą Megi.

Kiedy przykryła się lekką kołdrą, obleczoną w pachnącą i porządnie wyprasowaną pościel pomyślała, że tam za ścianą jest jej wybór. Świadomy, konkretny, taki na który czekała. Zbyt wiele osób nura się w przeszłości, albo dla odmiany woli zastanawiać się co wydarzy się kiedyś. Tu i teraz mija bezpowrotnie, dlatego Megi zaczęła doceniać drobne gesty, autentycznie czerpać radość z rzeczy niewielkich, z miłych spotkań, z uśmiechu, wspólnego czasu. Nie było łatwo, bo całkiem po drodze jest człowiekowi ze smutkiem, nostalgią i tęsknotą. O wiele łatwiej jest się gniewać i obrażać. To Blondas był jej rzeczywistością i to, co aktualnie działo się między nimi, dawało jej poczucie spełnienia. Wszyscy dostrzegali jej autentyczną radość. Jeszcze zanim pojawił się Blondas postanowiła nie bez boleśnie uporać się z wieloma dziwnymi relacjami, musiała zaakceptować pewne kwestie, uporządkować to, co wkoło niej i dopiero, kiedy pewnego dnia spojrzała w lustro odkryła na nowo siebie. Mniej rozdygotaną, mniej ponurą. Kiedyś nie wierzyła w optymizm, w mówienie „będzie dobrze”, w paplanie o przyciąganiu szczęścia, ale jak wielki postęp zachodzi w człowieku, kiedy on autentycznie chce coś w sobie zmienić, co daje mu spokój ducha. Uwielbiała ten stan, bo czuła, że droga, którą od jakiegoś czasu kroczy jest jej drogą. I chociaż bywają momenty trudne, spokój ducha pozwala wiele znieść.

Tuż po śniadaniu, wypoczęci i wyspani  Megi i Blondas ruszyli nad rzekę, w której przyjezdni spędzali ponoć całe dnie. Tymczasem na miejscu nie było nikogo, więc Megi ulokowała się na kocu z książką, a Blondas przymierzał się do wody.

– Tylko pamiętaj, ja nie potrafię pływać, więc w razie czego…- Megi spojrzała na Blondasa szeroko otwartymi oczyma.

– No właśnie, może czas najwyższy żeby się nauczyć hm?

– Może – zamyśliła się – ale niekoniecznie dziś i niekoniecznie tu. Wydaje się dosyć głęboko.

– Kochanie, a po co ja jestem? Podczas wakacji na początku studiów często dorabiałem na basenie, więc polecam swoje usługi, zresztą nie tylko te – mruknął znacząco.

– Idź już – prychnęła Meg, układając pod głową zwinięty w rulon polar.

Wiedziała, że zabawią tu trochę jako że Blondas pływać lubił, a w tej rzece ponoć najbardziej od małego. Z biegiem przeczytanych stron zaczęli pojawiać się ludzie, więc Meg od czasu do czasu obserwowała ich zza swoich okularów. Blondas kilkakrotnie uraczył ją na chwilę mokrym uściskiem lub pocałunkiem, ale w większości był w wodzie, aniżeli poza nią. Pomógł nawet jakiemuś malcowi zdobyć kamyk, który tamten wypatrzył w głębinach.

– Dziękujemy – uśmiechnęła się szeroko najpewniej młoda mama chłopczyka. – Spójrz – zwróciła się do synka – jak Pan świetnie pływa. Ty też kiedyś będziesz tak pływać.

– Będę – pisnął maluch i oddalił się wraz z kamykiem nieopodal Megi.

Blondas widząc jej minę skinął głową do młodej mamy i wynurzył się.

– Uwielbiam tu być – oznajmił, kiedy usadowił się obok niej.

– Powoli wiem dlaczego. Niezłe..hm..widoki.

– No cóż z perspektywy faceta wręcz idealne. Zauważyłaś, że jestem tu sam wśród kobiet?

Rzeczywiście, dookoła nich pełno było młodych dziewczyn.

– Pięknie – westchnęła Megi – tylko błagam nie popisuj się aż nadto.

– Uwielbiam te twoje miny zazdrośnico.

– Co? Zazdrośnico? – Megi odłożyła książkę. – Nigdy!

– Rumienisz się Żabko.

– Bo Słońce świeci i jest gorąco.

Ich dogadywania przerwała głośna wymiana zdań dwóch dziewczyn z młodym chłopakiem, który nadciągnął od strony lasu.

– Odwal się ode mnie – burknęła brunetka w stronę dobrze zbudowanego szatyna.

– Nie odpisujesz, nie oddzwaniasz, co ty sobie myślisz, że nie wiem? Nie wiem, że wolisz tego patałacha, tego dziada na motorze?

– A nawet gdyby to nic ci do tego! – Brunetka wstała, a za nią jej koleżanka i zaczęły zbierać swoje rzeczy.

– Ty myślisz, że ja jestem głupi? Że mnie tak można kopnąć z dnia na dzień?

– To trzeba było myśleć, nim zacząłeś podrywać jakąś idiotkę na dyskotece.

Atmosfera gęstniała i już nikt nie udawał, że nie słyszy o czym na oko licealiści rozmawiają.

– Kto ci takich głupot naopowiadał? – Chłopak rzucił rozeźlone spojrzenie koleżance brunetki. – Tyle razem jesteśmy i ty dalej nie wierzysz w nas? Dalej mi nie ufasz!

Dziewczyny bez słowa odwróciły się od niego i zaczęły kierować w stronę wsi. Nie dane im było oddalić się znacząco, bo Młody chcąc ruszyć za nimi pośliznął się, a, że aktualnie stał na niewielkiej, ale jednak skarpie, wpadł do wody i zaczął się w niej topić.

– Boże! On nie umie pływać! – Lamentowała Brunetka, która automatycznie podbiegła do rzeki. – Dawid! Dawid!

Blondas błyskawicznie zanurkował i wyłowił z wody bladego, wierzgającego młodzieńca.

Megi, która pierwszy raz była świadkiem czegoś podobnego, z wrażenia stała chwilę w miejscu odrętwiała, ale dosyć szybko odzyskała świadomość i kiedy Blondas doholował młodego na brzeg, automatycznie przejęła chłopaka.

– Usiądź tutaj – doprowadziła go do ich miejsca i opatuliła ręcznikiem. – Dziewczyny, uspokójcie się – mruknęła do zalanych łzami koleżanek nieboraka. – Wszystko okej? – zwróciła się do ofiary losu.

– Tak, dziękuję – wysapał on.

– Do czego to doszło – szepnęła przestraszona matka małego chłopca. – Żebyście takie rzeczy robili.

Megi zdobyła się na odwagę i do zgromadzonych wygłosiła treściwy komunikat.

– Proponuję, aby zdarzenie było przestrogą na przyszłość. Niewiele brakowało, a to beztroskie miejsce mogło stać się miejscem tragedii. Co wy sobie w ogóle wyobrażacie dzieciaki! – Huknęła w stronę przerażonej trójki – Że życie to zabawa? Macie pierwszą lekcję, że nie, a jak nie wyniesiecie z tego porządnej refleksji na przyszłość, to bądźcie pewni, że podczas drugiej takiej sytuacji tak dostaniecie po tyłku, że się nie pozbieracie. Jazda do domu!

– Odwiozę ich, tak się składa, że chłopak jest synem sąsiadów – wtrąciła mama chłopca – Już ja sobie z Jurkiem i Elą pogadam, wnet wam głupoty z głowy wylezą. – Podziękuj Panu, bo już by Cię na świecie nie było.

– Dziękuję – pośpiesznie odrzekł chłopak, czerwony i spocony ze wstydu. – Bardzo dziękuję.

– No no no Mała. Reprymenda godna pani dyrektor – rzekł Blondas, kiedy zostali sami.

– Mógł się utopić i ty..Przez jakieś idiotyczne..Boże Blondasie..

– Ej no co ty – Blondas przytulił drążącą Megi.

– Jesteś wspaniały wiesz? – Spojrzała na niego szklistymi oczyma. – Naprawdę. Uratowałeś mu życie.

Przytuliła go z całych sił, aż jęknął. Damski tłum rozszedł się, ale widać było, że Blondas zrobił niemałe wrażenie. Jakoś jednak chęć do pływania odeszła mu, ale mimo incydentu pozostali nad rzeką.

– Może obejrzymy sobie wieczorem film? „Światło między oceanami”?

– Brzmi nieźle – usłyszała zza książki.

– Co ciekawe spójrz na aktora. Przypominasz go…

– Czy ja wiem…- Blondas zmrużył oczy, spoglądając na zdjęcie.

– Tylko jesteś bardziej…ee… – Megi się powstrzymała – milszy.

– Milszy? – Wybuchnął śmiechem Blondas.

– No tak i masz duże, błękitne oczy.

– A to akurat prawda – przyznał, przewracając stronę.

– I jesteś moim bohaterem.

– Cały jestem twój.

Megi odwróciła się na bok w jego stronę.

– Megi…Czytam, a ty mi tu…

Megan zamknęła jego książkę.

– Gdybym Cię dzisiaj straciła…

– Megi jestem tutaj, wszystko dobrze…

Położyła głowę w okolicy jego szyi.

– Blondasie, chciałabym żebyś wiedział, że przeogromnie Cię kocham.

– Wiem.

– I chociaż czasem może Ci się wydawać, że jestem jakaś taka oschła czy coś…

– Na to bym nie wpadł, że jesteś oschła. Ironiczna bywasz i zdystansowana, ale oschła?

– To dlatego, żeby w tym wszystkim była jakaś równowaga…

– Rozumiem i nie mam za złe – uśmiechnął się.

– Myślisz, że dostaną w domu burę?

– Wstyd przy 15 osobowej ekipie to już wystarczająca wtopa, ale tak, pewnie tak. Ta blondyna, matka chłopczyka wyglądała na taką co to zaraz rozpowie we wsi co się stało.

– Będziesz miejscowym supermenem!

– Ty to może lokalna gazeta do mnie przyjedzie? Ale powiem im, że wywiad ze mną możesz przeprowadzić tylko ty.

Megi objęła go czule. Ich ciała mimo cienia były gorące. Wiatr lekko muskał jej włosy, a od rzeki bił przyjemny chłód.

„Pragnę miłości twej i kocham miłość twoją,

Jak kocham wszystko, co idzie z oddali;

Jak kocham ciemny, bezbrzeżny ocean,

Bo w rozbudzonej mocy i spienionej dumie

Wyrzuca z toni swych perły,

Których żadne jeszcze nie widziało słońce;

Jak kocham drzew rozkołysanych szumy,

Płynące z mrocznej gęstwy głuchej puszczy leśnej,

Bo niosą wieści co się rodzą w ciszy,

Wieści nikomu nie opowiadane;

Jak kocham letnią rozsrebrzoną noc,

Bo przestwór tłumem dziatwy swej bladej zaludnia,

Tłumem marzeń milczących,

Co o północnej budzą się godzinie

I przecierają oczy zdziwione…

A mają takie ciemne głębokie spojrzenia…”*

 

– Megi?

– No?

– Przestań na chwilę gadać…

 

*Miłość – Leopold Staff

 

 

 

 

 

 

 

 

Chatka

Korzystając z tego, że są wakacje i jakoś tak życie nagle dziwnie zwalnia, a jak nie zwalnia to człowiek w łeb dostaje Słońcem, na tyle mocno, że myśli się o życiu jakoś inaczej, Megi i Blondas ruszyli w góry do dziadków na kilka dni. Jego dziadków, jako, że jej dziadkowie odeszli z tego świata jakiś czas temu.

Kiedy więc nadciągnęli wieczorem do celu swojej podróży, drewnianej chatki pod lasem, czekał na nich bogato zastawiony stół. Na oko jakaś tona jedzenia w tym dżemy własnej roboty, ogórki kiszone, pomidory ze szklarni, kompot z jabłek, ciasto drożdżowe, pyszny chleb, ser biały ze śmietaną i szczypiorkiem, zapiekane ziemniaki z koperkiem i wiele innych warzywnych delicji specjalnie z myślą o Meg. Dziadek wydobył też z czeluści spiżarni swoją nalewkę i tak racząc ich od serca trunkiem, oddał się rodzinnym wypominkom między jednym kęsem, a drugim.

Meg szybko polubiła tych siwych, drobnych staruszków, chociaż babcia długi czas przyglądała jej się uważnie i sprawiała wrażenie srogiej i zdystansowanej. Kiedy jednak usłyszała, że Meg pojęcie ma o blaskach i cieniach wsi nie małe, w lot znalazły wspólną nić porozumienia ku prawdziwej uciesze Blondasa.

Gdy stary, naprawdę stary zegar uraczył ich głośnym dźwiękiem, że oto wybiła 21, Blondas wziął ochoczo Megi za rękę i oświadczył dziadkom, że oto idą na przechadzkę.

– Teraz? Po nocy? – Babcia była wyraźnie wstrząśnięta.

– Babuniu, jeszcze jasno, nic się nie bój – uścisnął ją serdecznie Blondas.

– Daj im Wisia spokój – wtrącił stanowczo dziadek – dorośli są, poradzą sobie.

Mając więc błogosławieństwo nestora rodu, nierażeni westchnieniem na „te fanaberie” babci, wspinali się wolnym krokiem w górę polną ścieżką. Pachniało lasem i łąką. Grały świerszcze dookoła. Niebo z wolna zmieniało barwę.

– Podoba Ci się tu? – zapytał Blondas w połowie drogi.

– Bardzo – przytaknęła Megi.

Dotarli na niewielki pagórek z którego rozciągał się widok na okolicę. Usiedli na chłodnej trawie i w milczeniu delektowali się panującym tu spokojem.

„A to pustkowie leśne nie jest puste,
Bo dla mnie ty w nim jesteś całym światem.
Jak mogłabym się skarżyć na samotność,
Kiedy świat cały wygląda z twych oczu?”*

Zacytowała Megi niespodziewanie.

– Przypomnij mi jeszcze Być jak płynąca rzeka – poprosił Blondas po chwili zadumy.

„Być jak płynąca rzeka
Milcząc w środku nocy
Bez strachu przed jej mrokiem
Gdy na niebie gwiazdy – być ich odbiciem
Kiedy niebo zaciąży chmurami
A chmury jak rzeka wodą się staną
Być ich odbiciem beztroskim
W spokojnych głębinach”**

– Jak ty zapamiętujesz takie rzeczy? – szepnął wprost do jej ucha.

– Nie wiem – przyznała cicho Megi. – Lubię wiersze, a one widocznie trochę lubią mnie skoro zostają w mojej głowie.

– Gdyby ktoś 10 lat temu powiedział mi, że będę tutaj siedział i słuchał poezji to bym go wyśmiał.

– Gdyby ktoś 10 lat temu powiedział mi, że będę tutaj siedziała z Tobą i deklamowała Ci ulubione wiersze to…

– To co?

10 lat temu Meg nie spodziewała się, że w jej życiu pojawi się ktoś, kogo pokocha równie mocno, jak tego, kogo kochała wtedy. Z nim też rozmawiała o poezji.

– Byłabym mocno zdziwiona – dokończyła Meg.

– Hej, znam ten głos – potrząsnął jej ramieniem Blondas.

– Ten czyli jaki? – chciała wiedzieć.

– Czasem popadasz w jakąś taką nostalgię i ulatuje z Ciebie życie.

– Bo mi jest smutno Blondasie, że ludzie odchodzą.

– Gdyby nie odchodzili, czy dane nam by było się poznać? Pokochać?

– Nie wiem – odparła uczciwie. – Wiem natomiast, że serce człowieka jest bardzo pojemne. I wcale nie takie kruche jak myślałam.

– Ale sentyment pozostaje, a pielęgnowany wskrzesza iskrę. A z iskry na nowo może buchnąć płomień.

– Ładnie to określiłeś – Megi wtuliła się w jego bluzę, ale czuła, że to nie koniec głębszej myśli.

– Więc idąc tym tokiem, znając Ciebie..Czy mam się czego bać Megi?

– Czego?

– Raczej kogo?

– Kogo?

– Tego kogoś, kto 10 lat temu wtargnął do twojego serca…

Zapadła niezręczna cisza.

– Mam w sercu wszystkich, którzy sprawili, że wiem czym jest miłość Kochany. Nie jestem w stanie o nich zapomnieć, chociaż niektórzy bardzo mnie skrzywdzili. Ty też jesteś w moim sercu, mało tego jesteś moją codziennością, która także tworzy moją przeszłość. To dla mnie tak dużo znaczy, że jesteś…Twoja mądrość daje mi siłę i zanim się pojawiłeś związek był dla mnie niespokojnym oceanem. Nigdy do końca nie wiedziałam czego mogę się spodziewać…

– I dlatego uciekasz?

– Uciekam?

– Tak Megi. Pora zacząć konfrontować się z przeszłością. Nie można być jedną nogą we wspomnieniach, a drugą tu. Czas nauczyć się wybierać. A co będzie jeśli on pewnego dnia wróci i będzie błagał o wybaczenie? Co będzie wtedy z nami? Niespokojny ocean oprócz lęku i strachu daje również wiele innych, niekoniecznie negatywnych odczuć.

– Ale…

– Chodźmy, już późno – przerwał jej.

I gdzieś czar prysł. Uleciał jak świetlik. Zaginął w malinowym gąszczu. Że też natura niepoprawnej romantyczki musiała uwidocznić się właśnie teraz. Ech Megi, Megi.

 

 

 

* William Shakespeare – Sen nocy letniej

** Manoel Bandeira z Być jak płynąca rzeka Paulo Coelho

Marzenia

Przychodzą niespodziewanie i zostają na dłużej. Zamykasz je w snach, w myślach, w sercu. Kiedy nagle stają się realne, są niczym twój mały prywatny cud. Marzenia – o nich mowa – są nam potrzebne, aby mieć do czego dążyć, aby móc w czymś się zanurzyć, albo zwyczajnie na chwilę uciec.

Megi bardzo nie lubi tak zwanych wszechobecnych planów i projektów. Projekt dziecko, plany małżeńskie, terminarz życia. Nigdy nie przepadała też za pytaniami w stylu „Gdzie się Pani widzi za 10 lat?” lub „Kim chcesz zostać jak dorośniesz?”.

Grupa ludzi, która w kółko głosi – Przestań marzyć, działaj – lub – Zamień marzenia na plany – także nigdy nie wzbudziła w niej zaufania. Bo marzenia są czymś więcej aniżeli szczebelkiem, który człowiek chce dosięgnąć i odhaczyć.

Marzenia dają nadzieję, są wizualizacją naszych pragnień najbardziej skrytych, niekiedy odległych i sprowadzają na ziemię w odróżnieniu od planu, który ma być precyzyjny, z założenia logiczny i podzielony na etapy, tak, aby wykonać go, zamknąć i iść dalej taśmowo do przodu.

A człowiek ma prawo marzyć. Układać sobie w marzeniach świat po swojemu i pośród tego odnaleźć coś, co sprawi, że poczuje nową siłę, nową energię, jako wrażliwa kreatywna istota, a nie robot od taśmowych projektów.

Co nie oznacza, że o marzenia nie warto powalczyć – ba nawet trzeba. Warto sunąć w ich kierunku swoją determinacją i pracowitością. Wówczas oprócz przyjemności abstrakcyjnej doświadczymy ich rzeczywiście, czując dumę i radość, że i tym razem się udało.

Bo w tym świecie pełnym konsumpcji łatwo się zagubić. Pomylić pęd ze spacerem, fascynacje z miłością, dyplomację z obłudą i fałszem, asekurację ze strachem, pobieżną znajomość z przyjaźnią, chwilową ekscytację ze szczęściem i plan z marzeniem.

Nie bójmy się więc marzyć. To nic nie kosztuje. To w marzeniach tkwi siła naszego prawdziwego, sprawczego ja, o którym lubimy czasem zapomnieć, a przecież tam jesteśmy my bez bajerów.

Megi poruszona filmem The Greatest Showman, na nowo przypomniała sobie jak ważnym jest, aby marzyć, bo marzenia lubią się spełniać w najbardziej nieoczekiwanym, najdziwniejszym,  beznadziejnym momencie codzienności w różnej postaci. To działa „so trade that typical for something colorful”!!!

 

 

Idealny świat nie istnieje, mundial, praca, trzydziestka

Meg jest zmęczona. Nadciągnęły wakacje. Jesień walczy z latem, słońce z deszczem, wewnętrzna dorosłość z dzieciństwem. Napierają decyzje. Nadchodzą zmiany. Nagle ta magiczna i odległa niegdyś cyfra 30 nadeszła. Co się zmieniło? Nic.

Ludzie zawodzą. Polegasz na nich, umawiasz się na coś, a oni zawodzą. Nie wszyscy rzecz jasna, ale Ci kluczowi. Nie mają ostatecznie ani honoru, ani klasy. Za nic mają twoje dobro, bo ich zranione ego jest najważniejsze. Szkoda. Szkoda, że codzienność odziera nas ze złudzeń, niszczy optymizm i rujnuje misternie budowane poczucie, że skoro ty jesteś fair oni też będą.

Idealny świat nie istnieje. Ot nowość – ktoś powie. Nie ma ideałów przecież od dawien dawna i nie o ideał chodzi, a o bycie dobrym. Bądźmy dobrzy. Weźmy ustępujmy czasem, myślmy o innych trochę szerzej aniżeli – o ten parszywy, tamten złodziej. Myślmy o innych, także w pracy.

Na kogo ryknąłeś dziś przez telefon? Z kim się pokłóciłaś? Kto został oskarżony?

Ludzie!!! Ludzie.

Ten mundial pokazał jak wiele w ludziach gniewu. Jak dużo pokus wyrażających, że raz jesteś numer jeden, a następnego dnia mniej niż zero. Czy pieniądz, materializm, reklamy, czy to wszystko ma sens, kiedy nagle wychodzi nasza błędnie diagnozowana duma narodowa i gra, ryjąc koryto nienawiści w momentach braku sukcesów? Jeszcze jedno nota bene. Bo znów nie o piłkę chodzi.

Grali kiepsko – rzecze Megi do swoich rozeźlonych współtowarzyszy – Nie dali rady, trudno.

Trudno???!!!!! Trudno.

Nie na wszystko da się rzec – trudno ot tak, ale tu..Tu zabrakło Megi klasy ostatecznej. Trudno, zagraliśmy źle, ale dalej jesteśmy drużyną i damy radę przez to przejść RAZEM.

Klasy RAZEM jej zabrakło. Ludzie przerażająco często nie patrzą na siebie jak na RAZEM a OSOBNO i tylko od czasu do czasu spotykają się RAZEM.

„Cierpię w samotności, umieram w samotności, rodzę się w samotności”. Nieprawda. Człowiek rodzi się z człowieka, przez człowieka i dla człowieka. Cierpi najmocniej przez kogoś, umiera dla Kogoś. I to, że „jestem sam w momentach kluczowych” to banialuk, bo tak naprawdę jesteś sam wtedy, kiedy chcesz, a nie w ogóle.

Zamknij oczy. Pomyśl ile osób siedzi w twojej głowie. Ilu z nich kochasz, za iloma tęsknisz, o ilu musisz się troszczyć, ilu Cię potrzebuje na chwilę, a ilu na dłużej.

Ten brud, który lubi zalewać naszą głowę wtedy, gdy nie idzie po naszej myśli, rozsadza czaszkę, ale…

SPOKOJNIE.

Bo siła człowieka nie w tym tkwi, że upada, ale w tym, że potrafi wstać. Ba! I ruszyć do przodu.

A 30 każdemu polecam 😉

M.

 

MAMA

Kiedyś nasze MAMY były takie jak my. Miały swój świat. Trochę życia za sobą i przed sobą. Były samowystarczalne na tyle, na ile pozwalała im ich codzienność i stan umysłu. A później w tę maminą przestrzeń wtargnęliśmy z dziecięcym kwikiem i koncepcja „wyśpię się”, „wyjdę kiedy chcę”, „nic się nie zmieni” legła. Bo dziecko potrzebuje czułości i uwagi. Bo to nie worek na kartofle, którym należy rzucać w te i wewte. Zostawić po dziewięciu miesiącach wspólnej egzystencji ot tak. Tym bardziej, że my kobiety panicznie czuwamy z natury. Troszczymy się mimo woli i chcemy niemal do przesady mieć pod kontrolą wszystko. I czasami łudzimy się, że oto w tym wychowaniu ktoś nas zastąpi. Nic z tego. Mama to MAMA. Jaka by nie była, ma zawsze wyjątkowe miejsce w sercu. W końcu 9 miesięcy, 24 godziny na dobę – to mnóstwo czasu, ażeby podświadomie czuć jej strach, energię, bliskość, więc nic dziwnego, że ów nici porozumienia, jaka tworzy się wtedy – zdaniem Meg – nie zerwie nawet największy huragan. Bo narodziny to cud. Prawdziwy, niepojęty cud, którego być może w tej chwili ktoś doświadcza.

A Mama no cóż. Była. Kiedy nadciągała choroba. Gdy do oczu napływały łzy, bo się człowiek potykał o kamień dosłowny i metaforyczny. Była. W nieszczęściu. Była w radości. Była dumna, kiedy trzeba. Krzyczała, kiedy trzeba. Pokazała, co to znaczy dom i rodzina. Udowodniła, że można dawać radę wtedy, gdy niejeden by się poddał. Doradzała, jak umiała. Krytykowała konstruktywnie.

Więc za co się Mamę kocha? Nie za pieniądze. Nie za perfumy. Nie za gadżety.

Mamę się kocha więc za bycie. Za bajki, za rozmowy, za kołysanki, za nić porozumienia, za czas. Bo macierzyństwo to taki dziwny stan, kiedy to raz lepiej, raz gorzej i już nie wszystko pod kontrolą i nie tak, jak kiedyś. To taki trochę labirynt po którym kobieta, nawet najbardziej wolna i niezależna kroczy trochę po omacku, nie wiedząc przecież, co przyniesie kolejny zakręt. Ale idzie. I nawet mimo zmęczenia i trudów potrafi być zadowolona i piękna.

Za to się Mamę też kocha. Że była taka jak my, miała swój świat. Trochę życia za sobą i przed sobą. Ale szła z tym naszym kwileniem, chociaż, kto słuchać by tego jęku chciał normalny? A dziecko czasem kwili ot po prostu dla idei. A później płacze. A później trzaska drzwiami. A później się mądruje. A jak już ma trochę życia za sobą i przed sobą łapie nagle refleksję „no tak, nie jest łatwo być mamą na żadnym etapie”.

Bukiet z pięciu róż i jaśminu dla największego Autorytetu – Mamy przez duże M.

I najlepsze życzenia dla wszystkich MAM. Jesteście WYJĄTKOWE I JEDYNE!

 

Nad Tybrem

Zmęczeni, ale szczęśliwi rano dotarli do hotelu.
– Jak tu pięknie! – zawołała Meg otwierając szeroko drzwi na balkon z którego rozpościerał się widok na zadbane i klimatyczne podwórko.
– Muszę wziąć prysznic – Blondas był blady ze zmęczenia.
– Idź Kochanie. Zejdę na dół i dowiem się czy mamy szansę gdzieś coś zjeć.
Okazało się, że śniadanie mają wliczone w pobyt.
– Can we eat in our room?
– Of course. 15 minutes.
Megi przyjrzała się pracownikom hotelu. Ciemna karnacja, ciemne oczy. Nic dziwnego, że turystki z północy i wschodu Europy tracą głowę dla Włochów. Piękny naród.
Wyszła na zewnątrz, żeby zobaczyć okolicę. Byli w śródmieściu Rzymu. Więc to tutaj tak wiele się zaczęło..
– Marek, to nie w tę stronę – usłyszała za plecami. Jakaś para próbowała odnaleźć zgodnie z mapą docelowy punkt.
Megi odwróciła się w ich kierunku.
– Dzień dobry – pomachała na powitanie.
– O dzień dobry – para podeszła bliżej.
– Nie mogłam się powstrzymać, kiedy doleciał do mnie język polski.
– To zrozumiałe, Aśka reaguje podobnie.
Para wiekowo miała nie więcej niż czterdzieści lat.
– Próbujemy znaleźć centrum.
– Zdaje się, że musicie kierować się do góry.
– Mówiłam – Aśka przewróciła oczami.
– Też majówka? – Marek niekoniecznie miał ochotę przyznać partnerce rację więc taktycznie zmienił temat.
– Tak. Przyjechałam niedawno. Mój chłopak został w hotelu. Musimy trochę odpocząć po podróży. A wy?
– My przylecieliśmy na dwa dni. Taka szybka wizyta weekendowa. Mieszkamy o tam – Marek wskazał dach wystający nad innymi budynkami. Był niewielkiego wzrostu, szczupłym szatynem. Stojąca obok Aśka, również drobnej budowy, nieco nad nim górowała ze względu na obcasy.
– Rozumiem. Pewnie chcecie zobaczyć jak najwięcej?
– Nie, tylko cykniemy fotki przy Koloseum i może przy fontannie.
– Bardziej chcemy pospacerować niż zwiedzać. To już kolejny pobyt w tym mieście – Aśka uśmiechnęła się miło.
– Super. Ja jestem po raz pierwszy i nie mogę się doczekać aż ruszymy w miasto.
– Długo będziecie?
– Chyba do jutra. Jeszcze chcemy zobaczyć Florencję i Wenecję.
– Widzisz? – Aśka zwróciła się z wyrzutem do Marka – Są tacy, którzy nie mają z tym problemu.
Ponieważ Megi wyczuła narastające między nimi napięcie, postanowiła przerwać rozmowę pod przykrywką śniadania. Pożegnała się z Markiem i Asią, życząc im udanego wypoczynku.
Gdy weszła do pokoju, Blondas świeży i wykąpany siedział na łóżku i delektował się śniadaniem.
– No nareszcie – rzekł między jednym kęsem, a drugim. – Zastanawiałem się właśnie, czy iść po ciebie.
– Poczekaj, wszystko Ci opowiem. Wezmę tylko szybki prysznic.
Megi raz dwa umyła włosy i odświeżyła się. Opatulona dużym, białym ręcznikiem usiadła obok. Blondas nalał jej do kubka soku.
– Jestem tak zmęczona, ze nie mam na nic siły.
– Prześpijmy się ze dwie godziny. Dopiero po 8.
Meg odłożyła kubek i wtuliła w jego pachnące ciało. Serce Blondasa biło spokojnie i rytmicznie. Zasnęła..
– Megi – usłyszała szept tuż nad uchem chwilę później. To był on. Jego głos lekko i delikatnie sunął po całej jej twarzy. – Megi, obudź się.
Otworzyła oczy. Blondas całkowicie ubrany wpatrywał się w nią, głaszcząc po ramieniu.
– Chodź, musimy iść. Nie możemy przespać całego dnia.
– Yhm – mruknęła, ale nie drgnęła ani o minimetr. Każdy mięsień zdawał krzyczeć „jeszcze nie!”.
– Przyniosłem Ci cappuccino. Wiem, że nie pijesz, ale może to sprawi, że poczujesz się lepiej.
– Jesteś kochany. Wstaję.
Niechętnie podniosła się, a po wygrzebaniu z torby jakiejś letniej sukienki w kwiaty i ulubionych czarnych półbutów była gotowa.
– Możemy ruszać – stwierdziła, malując szybko usta matową szminką i przewieszając torebkę przez ramię.
Blondas wyglądał wspaniale. Nie mówiła mu tego, ale chociaż nie miał urody pięknisia był bardzo przystojnym facetem. Do tego jego atletyczna figura wprawiała ją niejako w kompleksy, dlatego tylko mruknęła z ironią, żeby za słodko nie było – perfum toś ty chłopie nie żałował.
Uśmiechnął się znacząco, całując ją w szyję. Wiedział. Wszystko wiedział.
Ulica była wąska i średnio zatłoczona. Szli wzdłuż Tybru do góry.
– Ile razy byłeś w Rzymie? – zapytała Megi przejęta faktem, że oto wreszcie wylegli.
– Chyba z pięć. Za pierwszym razem miałem może sześć lat. Tydzień z rodzicami.
– Rewelacja.
– No na tamte czasy to było coś. Teraz to nawet jakby ktoś latał co tydzień, wrażenia by nie było większego.
– Coś ty! Ja jestem zachwycona.
– Megi, no bo ty myślisz i odczuwasz trochę mniej przeciętnie.
– Hej, tamten budynek to chyba szpital.
– Tak, a niedaleko jest kolejny, ale to nie ten w którym był Papież.
– Daleko stąd do Koloseum?
– Będziemy musieli przejść na drugą stronę rzeki, bo na razie jesteśmy na Zatybrzu.
– Nie mogę się doczekać. Poza tym tu jest tyle parków i skwerków…
– To prawda.
Z naprzeciwka nadciągała spora grupa młodych chłopaków. Jeden zalotnie uśmiechną się do Megi z dobrze dolatującym hasłem „ciao bella”. Meg obejrzała się w stronę Blondasa, który był kompletnie niewzruszony. Podobna sytuacja wydarzyła się kilkukrotnie, ale Blondas nie bardzo się tym przejął. W końcu dotarli pod Koloseum.
– Boże, jakie cudowne! – Megi nie ukrywała zdumienia nad zastanym budynkiem.
– Czekaj, potrzebujemy kogoś, kto…
– Megi!!! – usłyszała głos, poznanego rano Marka. – Ale fajnie, że znowu się spotykamy!
Blondas zdziwił się mocno, a Meg uświadomiła sobie, że zapomniała mu powiedzieć, że udało jej się nawiązać znajomość z parą z Polski przed hotelem.
– Ty wiesz jak mnie te buty obgryzły – poskarżyła się Aśka, kiedy już wymienili uściski powitalno-zapoznawcze z Blondasem. – Tak to jest jak człowiek chce być glamour.
– Byliście w środku? – chciała wiedzieć Megi.
– Nie, kolejki nieziemskie. Poza tym sjesta do 17 więc na chwilę idziemy jeszcze coś zjeść.
– Rozumiem – przytaknęła Megi. Nie była głodna, bo niedawno zjedli śniadanie, ale w razie czego w plecaku mieli i wodę i kanapki, które udało się zmontować podczas posiłku.
– Megi, tutaj jest nasz adres, jakbyście mieli ochotę wpadnijcie wieczorem na winko.
– Bardzo chętnie, tylko nie wiem, czy wieczorem nie będziemy już w trasie.
– Aaa, no tak zapomniałam. Widzisz? – Aśka znów miała ten sam wyrzut w głosie względem partnera co rano. – Można?
– Chodź – Megi roztropnie wzięła Blondasa pod ramię, bo czuła, że znowu będzie spięcie. Zanim się pożegnali, poprosili jeszcze Marka o kilka zdjęć.
– W razie czego czekamy na was o 19 – powiedział Marek oddając aparat.
– W porządku, dzięki.
Kiedy uszli kilka kroków dalej, Blondas stwierdził.
– Nie można Ciebie zostawiać na dłużej, bo zaraz ktoś się napatoczy.
– Przepraszam, zapomniałam Ci powiedzieć. Blondasie tu jest wspaniale! Zamieszkajmy w Rzymie!!!
– Okej, w centrum czy gdzieś dalej?
– W centrum.
– Nie ma sprawy.
Uśmiechnęli się do siebie.
– To jest po prostu niesamowite. Kilkanaście godzin dalej od nas są miejsca o których człowiek uczył się na historii, ogląda w filmach i teraz tak po prostu depcze po śladach dawnej potęgi. Myślisz, że nasz pieniążek wrzucony do Di Trevi sprawi, że jeszcze tu wrócimy?
– No pewnie. Przecież Włochy są duże, ale potrzebujemy przynajmniej dwóch tygodni, bo dzisiaj nie obskoczymy wszystkiego, tylko te najważniejsze punkty.
– Dziękuję, że mnie tu zabrałeś – Meg popatrzyła na Blondasa najczulej jak potrafiła. Szli wolnym krokiem do Bazyliki św. Piotra. Po drodze zaglądali do mijanych kościołów i parków. Chociaż nie było upalnie, kilometry robiły swoje, a nieprzespana noc dawała o sobie znać.
– Chodź, usiądziemy nad rzeką, odpoczniemy trochę – Meg pociągnęła Blondasa w kierunku powolnego nurtu.
Rozłożyła swoją dżinsową kurtkę i usiadła opierając o pobliskie drzewo. Blondas położył na jej nogach głowę. Była tak bardzo szczęśliwa. Tak bardzo jak nigdy. Gdyby mogła wykrzyczałaby to wszystko całemu światu.
Blondas zasnął. Spojrzała na zegarek. Dobre cztery godziny chodzili po mieście. Jeszcze została do zobaczenia Bazylika. Zastanawiała się czy warto jechać dzisiaj gdziekolwiek. Może trzeba zachować umiar i zostać tutaj jeszcze trochę. Byli zmęczeni i potrzebowali regeneracji. Co prawda i tak trzeba w drodze powrotnej jechać do góry, ale…
– Nie ma mowy, jedziemy – powiedział Blondas mając nadal zamknięte oczy i słysząc jej wątpliwości.
– No właśnie, zastanawiałam się…
– I tak i tak trzeba kierować się na północ. Mniej więcej koło 19 wyjedziemy wiec najpóźniej o 23 będziemy we Florencji. Wypoczniemy przez noc.
– Jesteś pewny?
– Tak.
– W porządku.
Podniósł się. Spojrzał na nią poważnie.
– Miałem to zrobić na Placu Świętego Piotra.
– Hm? – Meg zdziwiło to nagłe wyznanie.
Blondas wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełeczko.
– Megi – zaczął – jesteś najcudowniejszą istotą jaką znam. Wypełniłaś moje życie radością. Sprawiasz, że chce mi się patrzeć na świat inaczej, lepiej. Powodujesz w moim sercu tak wiele dobrych odczuć.
Nie wiem, jak moje dni wyglądały przed tobą, ale dzięki tobie, chce mi się patrzeć na czas inaczej niż wcześniej. I miłość to właśnie chyba taka siła dzięki której się chce być lepszą wersją samego siebie. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją
żoną?
Uklęknął, a Megi wbiło jeszcze bardziej w drzewo. Aż dziw, że nie pękło od emocji. Zamrugała nerwowo. Co prawda planowali ślub i nawet mieli wyznaczoną datę, ale oficjalnych zaręczyn nie było. Jakoś tak wyleciało to jej z głowy.
Pogłaskała go po twarzy.
– Jesteś najwspanialszym prezentem od losu i cieszę się, że tam na górze uznali, że na Ciebie zasługuję. TAK – ZOSTANĘ TWOJĄ ŻONĄ!
Wzruszyli się oboje równie mocno. Przytulili. I podziękowali za brawa od przechodniów, którzy akurat chcąc nie chcąc, zostali świadkami tej podniosłej chwili.
I tak oficjalnie – zostali narzeczeństwem nad Tybrem.

Rzym spontanicznie czyli o majówce

– Pakuj się Mała.

– Hm? – spojrzała na niego zdziwiona.

– Pakuj się. Jedziemy do Rzymu.

Było popołudnie. Mimo zaciągniętych żaluzji, do mieszkania wdzierało się nieznośne, parne powietrze.

– Co ty mówisz? – Megi nie wierzyła w to, co usłyszała.

– To, co powiedziałem. Jedziemy do Rzymu.

Przetarła oczy ze zdumienia. Rzym był od zawsze jej wymarzonym i nigdy niezrealizowanym kierunkiem podróży. Do teraz.

– Ale jak to? – Dlaczego kobieta, kiedy już właściwie facet robi to, co ona chce, zawsze doszukuje się albo podstępu albo co gorsza zaczyna nabierać wątpliwości?

Wstał z ulubionego fotela i podszedł do niej powoli.

– Megusiu..Nie chcesz?

– Czyś ty zwariował? Pewnie, że chcę? Ale tak teraz? A firma?

– Poradzę sobie – zaśmiał się na to nieoczekiwane wyznanie. Megi lubiła myśleć o rzeczach przyziemnych w najbardziej niespotykanym momencie. Przerabiali to wielokrotnie, ale mimo to, po półgodzinnym, błyskawicznym pakowaniu byli w drodze.

Megi miała na sobie białą, zwiewną sukienkę i jasne, lekkie sandały. Rzym – pomyślała z czułością o tych wszystkich kościołach, które koniecznie muszą zobaczyć.

– Kocie.. – wyszeptała wpatrując się w telefon i wyszukując co rusz miejscowe atrakcje – tak bardzo się cieszę…

– Ja też – wyszczerzył zęby. – Jestem pewien, że będziesz zachwycona. Tylko proszę, nie przesadźmy pierwszego dnia z pieszą wędrówką.

– Tak jest Kapitanie! Swoją drogą, nie przypuszczałam, że ty potrafisz być taki spontaniczny..

– Eee, bo nie jestem na ogół, ale widziałem, że ostatnio dość intensywnie wczytywałaś się w ten temat.

– No tak, ale nie chciałam..

– Meg, ty strasznie, czasem aż do przesady do życia podchodzisz z nadmierną ascezą.

– Bo jak sobie pomyślę..

– No właśnie, ty za dużo myślisz..Ciesz się Mała po prostu i nie gdybaj nadmiernie okej? Będzie co ma być. Sama mi często powtarzasz, że trzeba doceniać to, co się ma i nie przejmować nadmiernie tym, co będzie.

– Racja.

– Poradzimy sobie, tak?

– Yhm.

Odwróciła głowę w kierunku słońca. Muzyka z radia była żywa i pozytywna. Rzym. Zamknęła oczy i pomyślała, że ta chwila pozostanie w niej na zawsze. Przed nimi długa droga, ale postanowiła mu zaufać, jak chyba nigdy nikomu. Chociaż wrodzony strach rozdzierał ją na pół. Kilka godzin później zatrzymali się na pobliskiej stacji benzynowej w Czechach.

– Kawa i zapiekanka dla Pana – wręczyła mu pakunek.

– Dzięki Mała.

Kiedy już zjedli i wypili, ruszyli znowu w trasę. Wziął ją za rękę.

– Wiesz co?

– No? – Megi starała się uciszyć nagły łomot serca.

– Myślę sobie, że najpierw trzeba będzie coś wynająć, odświeżyć się i dopiero później ruszyć w miasto.

– Tak.

– A poza tym to mamy trzy dni. W niedzielę, a jeszcze lepiej w sobotę wieczorem trzeba będzie ruszyć w drogę powrotną.

– Dobrze..

– Coś jesteś jakaś taka..milcząca?

– Bo nie mogę w to uwierzyć. Wiesz, kiedy nagle to, o czym marzysz się spełnia jest w człowieku zdziwienie, zachwyt i przerażenie w jednym. Do tego, kiedy obok siedzi osoba, którą kochasz, która Ci się podoba i w dodatku trzyma Cię za rękę w tym wszystkim uczestnicząc… Nie znajduję słów Blondasie żeby cokolwiek powiedzieć więcej i chociaż próbuję nad tym jakoś zapanować…

– No dobra, rozumiem. Czasem lepiej nie gadać za wiele, bo chwila jest podniosła. Nie wiedziałem, że aż tak.

– Bardzo mnie zadziwiasz ostatnio.

– Sam siebie też. Nie wiem, może po prostu na stare lata mi walnęło w głowę coś.

– Ej ej, jesteś tylko rok ode mnie starszy, więc wypraszam sobie „stare lata”.

Zaśmiali się.

– Lubię Ciebie taką. Wesołą, wyluzowaną.

– I uległą…

– Raczej aprobującą. W to, że mi ulegniesz tak jak bym czasem chciał, zwątpiłem już dawno temu.

– Jak byś chciał…

– No my faceci czasem miewamy pewne zachcianki, ale już wiem, że tutaj obok mnie siedzi osiołek w czystej postaci, a z osiołka wiewiórki nie zrobisz. Too late.

Megi chyba nigdy nie ubawiła się blondasowym wyznaniem tak bardzo jak tym. I chociaż nie raz się spierali o różne kwestie, bardzo szanowali swoją naturę. Czuła jego wsparcie. Na każdym kroku podkreślał jak bardzo ją kocha i ceni.

– Blondasie?

– Hm?

– Ile razy w życiu kogoś kochałeś?

– Kilka.

Zapadła cisza. Wiedziała, że nie bardzo temat jego przeszłych związków powinien ją teraz obchodzić.

– Meg?

– No?

– Wyjdę może na durnia, ale ja dopiero przy tobie czuję, co to znaczy miłość. Bo oprócz tego, że mi się podobasz jako kobieta, to strasznie Cię lubię. I chyba niewiele byłem w stanie mówić komukolwiek na ten temat wcześniej. Na temat uczuć. To jakieś takie mi się wydawało słabe.

– Cieszę się, że już Ci się nie wydaje. A tak w ogóle spójrz, gwiazdy zaczynają się pojawiać. Jeden z piękniejszych obrazów natury moim zdaniem to gwiazdy na niebie nocą.

– Miałem kiedyś wyklejone ściany konstelacjami gwiazd.

– Ja też!

– W ogóle to chciałem być kiedyś astronautą.

– A ty wiesz, że ja niebezpośrednio, ale mam namiar do osoby, która pracuje w NASA? Znajomi mają tam człowieka ze swojej rodziny. Także Kocie jak chcesz, masz jeszcze szanse…

– Ha, ha dzięki. No widzisz? Chciałem być astronautą zostałem geodetą. Nie sądzisz, że pomiary i na naszej planecie są ważne?

– Pewnie – uśmiechnęła się z czułością Megi. Blondas zawsze ilekroć mówił o swojej pracy, miał błysk w oczach. Poza tym wolała go mimo wszystko w zasięgu, a nie rozjazdach.

– Jeszcze dwie godziny i będziemy w Austrii – rzekł spokojnie.

– Stamtąd kilka godzin do Włoch.

– Dobrze, że się dzisiaj wyspałem i dzień był spokojny. Myślę, że dojedziemy wcześniej niż pokazuje nam GPS.

– Oby.

A gdyby tak..

– Kocie?

– No?

– A co byś powiedział na Rzym, Florencje i Wenecje za jednym zamachem?

– Też o tym pomyślałem, ale najpierw dojedźmy do Rzymu. Koloseum, Bazylika i kilka miejsc, a później możemy jechać do góry.

– Świetnie.

Megi obserwowała zapadającą coraz bardziej ciemność. Gdzieś w oddali widać było domy i palące się w nich światła. Na drodze ruch nie był duży. Pojawił się pierwszy symptom senności – ziewanie. O nie – nie może zasnąć ze względu na Blondasa. Podgłośniła radio i zaczęła śpiewać –

I’m in love with the shape of you 
We push and pull like a magnet do
Although my heart is falling too
I’m in love with your body…

Nawet Blondas żywo dołączył się ze swoim „Oh—I—oh—I—oh—I—oh—I” w refrenie.

Rome is closer and closer. Ze śpiewem na ustach wjechali do Austrii.