Wielka noc, czyli o zającach, pisankach i prozie

Meg już od kilku tygodni żyje przez duże Ż. Dłuższy dzień, podmuch ciepłego wiatru, rozśpiewane ptaki-wariaty od rana, działają jak balsam na jej duszę. Jeśli o ptakach mowa, nawet gołębie, które zimową porą przeskakiwały chmarą z kamienicy na kamienicę, zataczając wspólne półkole tuż nad skuloną Megi (wszak ta ich nie lubi, więc chowa się odruchowo) nieco się uspokoiły. Uf. I cóż, ani się obejrzeliśmy przyszła Pani Wiosna i niesie koszyk ze święconką! Tuż, tuż, jest za rogiem. Gwarno wokół niej i czekoladowych zajęcych pełno. Czy zając wypiera pisankę? – zastanawia się Meg, patrząc na czekoladowy asortyment. Ma się doprawdy wrażenie, że stary baran, nieulizane kurczątko bez kokardy i nieforemnie jajo odchodzą do lamusa. Niekwestionowanym królem jest za to easter bunny.

Megi lubi i zająca i barana. I pisanki, chociaż dawno już ich nie malowała. I bielenie kory drzew wapnem, co będąc dzieckiem, często przytrafiało się jej z inicjatywy taty. To już 7 Święta bez niego. 7 Święta w innym niż dom rodzinny miejscu, ale 28 z osobami z którymi Megi spędzić te Święta chce najbardziej na świecie. W mieście, które jest numerem 1 na liście jej najulubieńszych lokalizacji. I baba piaskowa i sernik – ach, dwa najpyszniejsze według niej ciasta, królować będą na stole. Cudo – myśli Megi.

Chociaż Wielkanoc to już od kilku lat coś więcej dla niej, aniżeli wolne, tona jedzenia i cały ten ambaras organizacyjny. Niby nic się nie zmienia. Post, palma, koszyk. Znowu wiosenne słońce, znów dzień dłuższy. A jednak nachodzi Meg coroczna refleksja, że był sobie pewien Ktoś kiedyś. I pokazał, że będąc człowiekiem nie ma nikt lekko. Że raz jest lepiej, a raz gorzej, ot proza, którą każdy z nas codziennie doświadcza. Są jednak pewne idee, jakaś prawda w imię której warto funkcjonować z sercem. Jest jakiś strach, przez który my-ludzie kulimy się, nawet bardziej niż Meg przed tymi gołębiami, stojąc na przystanku. I jest też jakaś nadzieja. Nieważne jaka, ale jest. Że będzie lepiej. I będzie. Bo Meg widzi, że te zmiany, o których myślała kiedyś ze strachem w oczach, nie są aż tak złe. I, że ten paraliż, co odgradzał ją od nadziei, nieco skurczył się pod naporem doświadczenia. I chociaż pani X przy śniadaniu rzekła, że ludzie z wiekiem stają się słabsi, bo dochodzi nadszarpnięte zdrowie i kłopoty, Meg, w głębi duszy wierzy w innych i ich siłę, bo paradoksalnie każdy dzień stanowi wyzwanie, którego potrzebujemy wszyscy bez wyjątku. I gdyby miała określić jednym słowem, czym jest według niej Wielkanoc to byłaby tym właśnie SIŁA. Potężna, niezmierzona, radosna, pełna werwy, pełna ufności, WIELKA.

Wielkanoc o sile przypomina. Tej SIŁY Meg życzy każdemu i sobie, bo ta SIŁA powoduje, że nie tylko chcemy, ale działamy, a póki działamy żyjemy przez duże Ż. Uśmiecha się Meg szeroko, bo siłę nosi każdy w sobie i mniej lub bardziej z niej korzysta. Ta siła to nasz skarb po wsze czasy.

Wiosno jak dobrze, że przyszłaś i ścianą deszczu wypłukałaś szare myśli, które zalegały po kątach strapionego wnętrza ludzkiego.

Wesołych Świąt!

Kącik porad by M. Przyjaźń

Równo 10 lat temu Meg była w ostatniej klasie liceum. Nie pamięta już co prawda którego stycznia bądź lutego bawiła się ze swoim partnerem (teraz ojcem dwóch dziewczynek) na studniówce, za to impreza była przednia. Była jeszcze lepsza niż Meg przypuszczała, że będzie i wszystko odbyło się pierwszorzędnie. I wtedy stała się rzecz przedziwna. Czas zaczął gnać do przodu. Najpierw tempem stabilnie umiarkowanym, a później szybciej, wręcz galopem bez tchu.

10 lat temu Meg nie miała tytułu magistra i bała się spoglądać w przyszłość, wiedziała jednak, że czuwają przyjaciele, którzy cokolwiek będzie – będą razem z nią. Tymczasem los udowodnił naiwnej Megi, że to on decyduje jak będzie. A było to tak.

Raz, drugi, trzeci i przyjaźń, która trwała lat xx zakończyła się na dobre. Teraz Meg się zastanawia, czy jak coś się kończy to, czy aby na pewno to było to?

Faza akcji – jeśli w waszej przyjaźni dzieje się coś złego zaczyna się konflikt. Ty mówisz, ktoś mówi – i tworzą się warstwy negatywnych emocji. Pewnego dnia, jeśli nie zostaną odpowiednio wyjaśnione wybuchną ze zdwojoną siłą. Ot taka ludzka natura.

Faza reakcji – czyli innymi słowy próba ratunku. Ty mówisz, ktoś mówi – i próbujecie wyjaśniać różne kwestie. Mówicie o oczekiwaniach, o tym co was boli i co trzeba zmienić.

Faza ukryty smok/przyczajony tygrys – czy najtrudniejszy etap pracy. Czekasz czy coś się zmieni, starasz się, pracujesz, a jak widzisz brak skutku powoli wkraczasz w fazę…

obojętności  i nie ma chyba nic gorszego ja to. Bo kiedy przestaje Ci zależeć na byciu, rozwijaniu bądź jakiego związku kończy się na dobre zaufanie i zrozumienie.

Koniec to też zderzenie ze ścianą samotności, ale uwaga..Kiedy się rozejrzysz, po pewnym czasie zauważysz, że z twojej prawej i lewej strony są drzwi. Nie, nie chce Meg powiedzieć przez to, że wzruszasz ramionami i idziesz dalej. Każdy rozpad relacji to porażka obustronna. Boli jak cholera, a ta pustka w sercu jest chyba na zawsze.

Ale można się wygrzebać w każdym razie ze smutku.

Człowiek z wiekiem nie staje się tylko silniejszy, ale też słabszy – usłyszała ostatnio Meg od swojego Przyjaciela, który nie bardzo pochwala fakt, że Meg skreśla całkowicie znajomość po porażce. A jednak Meg nie ma natury cynicznej dyplomatki. Kiedy nie jest dobrze to nie jest i nie ma co udawać, że jest inaczej. Ot co.

Ważni ludzie zawsze pozostają ważni w sercu, ale jeśli doprowadzają Meg do smutku, Meg nie chce w nim się taplać więcej za cenę sentymentu.

I gdyby ktoś jej powiedział te kilkanaście lat temu, że fundamenty, co to były nie do ruszenia, jednak dnia pewnego zaczną pękać, nie dałaby wiary. Jak to?

A jednak.

Trzymaj się w nowym roku

Megi ma już listę planów noworocznych. To jakiś przełom w jej notatkach, bowiem nie zwykła takowych list popełniać przez lata, a tu wystarczy, że na horyzoncie w ciągu pojawi się numer 7 i proszę. Fiu, Fiu.

Mało tego stwierdziła sobie chwilę temu, że chudnie? No może, może, wszak lubi iść pod prąd nawet w tak zawiłej materii jaką jest waga. Raz taka, raz siaka. Macha ręką na olaboga swojej siostry, która panicznie boi się grubych ludzi. To choroba. No zgoda, ale nie zawsze przecież. Wiadomo lepiej być chudszym, bo Meg to wie z autopsji – jakoś lżej człowiekowi widząc w lustrze zgrabność bez fałdek. Ale robić aferę, bo ktoś przytył 5 kilo to w jej odczuciu jakaś pompa niepotrzebna? I tak, to jak się mamy, jest w naszej głowie. Tam tkwi nasze piękno, nasza siła, nasze wszystko.  Faceci co prawda Meg widzi, lubią ją lżejszą uśmiechając się miło, patrząc dłużej niż 3 sekundy. Dla tego, kto nie wie, jest taka ponoć teoria (naciągana?), że jak spojrzenie męskie jest dłuższe to znaczy, cytując przyjaciela Meg – „albo masz coś na gębie, albo jesteś interesująca”. Ot co. Owa gęba bardzo Meg zawsze śmieszyła, więc przytacza ów cytat z entuzjazmem niemałym.

A poza tym zima jak jasna cholera, a że o zimnie już było kiedyś, to Meg cmoka tylko na wiatr i myśli sobie, że w tym wietrze i zimnie tkwi jakaś jej energia. Łyk kawy zbożowej zalanej hojnie mlekiem UHT (tak zwane popłuczny) to lepsze antidotum niż szampan i wino razem wzięte. Więc zmarzluchu nie bądź bałwan,  łyknij sobie tę ambrozję bez stresu, że gdzieś tam obrośniesz w kożuch.

Ty i to twoje podsumowanie Meg 🙂

Nie zimno ci?

Meg nie lubi skrajności. Upał rozpuszcza jej entuzjazm, wywołuje alergie, a w oparach kurzu ginie logiczne myślenie. Zimno znowu zamraża chęci i tworzy jakąś lodową taflę przez którą Megi ma niemały kłopot by się przebić. Ktoś by zapytał – co to za tafla? Osobista, prospołeczna, każda. A dziś Meg na fali otóż zimna, nieprzewidzianie zupełnie, co się jej zwykle nie zdarza (za sprawą doświadczenia niemałego) postanawia zrobić coś dla odmiany SPONTANICZNEGO.

Pewien ksiądz z Syberii, opowiadał o swojej misji. No cóż misja to misja – myśli Meg i łowi powielane przy takich okazjach informacje jak to bywa trudno i jak mimo wszystko warto. Nihil novi, ale co dalej? Ksiądz zaczyna śpiewać w takim momencie, gdy Meg znająca już obrzęd na pamięć nie spodziewa się. Jak? Zwaliście, z serca, pięknie. Wrażliwe serce Megi drży, bo jest w tym magia natury, odległego czegoś, tak po prostu. Szkliste oczy się robią i jakoś wszyscy wpadają w hipnozę. Niby takie nic, a zostaje. Co tam kazanie, kiedy tym śpiewem próbuje ktoś przekazać jakieś coś, co tkwi w nim – może też strach, może niepewność? Ten kościół, to echo, on…Wow – Meg hamuje łzy, bierze się w garść i wraca do siebie.

W korytarzu Jegomość.

Nie dość, że jak cholera każda część jej ciała drży to jeszcze on z tym swoim uśmiechniętym wyrazem twarzy, przystrojony letnio.

Wymieniają HEJ i idą przed siebie, w sensie każde w swoją stronę do siebie.

Megi ignoruje fakt, że Jegomość krąży jak satelita wokół jej terenu. Myśli sobie – no cóż, no cóż – kiedy ścieli łóżko. No cóż – kiedy robi porządek w szafie. No cóż – gdy wkłada rzeczy do wiklinowego kosza. No cóż, kiedy bierze czajnik, aby nalać wodę.

Jegomość widząc ją ponownie znów się uśmiecha i wita po raz drugi.

Ojej.

Nie zimno Ci? – wypala Meg w kierunku jego letniej, słonecznej postaci.

Nie? A czemu? – Jegomość zadaje cztery pytania ciągiem, z czego na końcu, czy jej to przeszkadza.

Boże, katastrofa.

Bo..Bardzo się ochłodziło – Meg próbuje nawiązać do tematu aury pogodowej. Co to ma do rzeczy w tym momencie – nie wie.

Ach! Jegomość łapie natychmiast i mówi (dzięki Bogu mówi  sam z siebie – o dniu leniwca, o tym, że nic nie wie na temat tej aury, o tym, że ma ciepło u siebie i pyta, czy aby Meg tez ma ciepło?). Wymieniają uśmiechy, ale Meg z tym czajnikiem  i z tym pytaniem czuje się idiotycznie podwójnie. Bo to pytanie właściwie zamiast przytykiem miało być raczej kontynuacją myśli (uważaj, bo się znowu przeziębisz, już słyszałam jak kichasz, jak kaszlesz i tak łatwo, tak łatwo o to, zwłaszcza dziś).

A teraz z całego natłoku myśli, bo chciała go usłyszeć nagle i niespodziewanie zostało tylko:

„Nie zimno ci?”

ON pewnie myśli: no znowu się czepia. Jak trzaskam źle, jak chodzę pół nagi źle, jak ubrany, ale nie tak jak trzeba (wg. niej) źle. Co za człowiek?!

Meg nie będzie zdziwiona, jeśli Jegomość już nigdy więcej się do nie odezwie poza uprzejmym cześć aka hej aka uśmiechem.

Przepis na to jak wypaść idiotycznie:

Potrzebny Jegomość. Koniecznie.

Potrzebny czajnik bez wody, który dziwnym trafem wymaga napełnienia, kiedy ów Jegomość jest w pobliżu.

Potrzebne pytanie w stylu: nie zimno ci? Mające drugie, głębsze. troskliwe dno, ale wie o tym tylko zadający pytanie (o zgrozo!).

Potrzebne wzruszone serce i duża ilość naturalnego zewu (o tak).

No i w zasadzie to wszystko.

Teraz Meg się zastanawia czy warto być spontanicznym i dać się ponieść owej fali. Dlaczego odnosi wrażenie, że kiedy już już machnie ręką, pomyśli, że TERAZ albo NIGDY jej ambitne plany SZLAG TRAFIA? I czemu to tak przeżywa, mimo wszystko uśmiechając się pod nosem, że Jegomość jednak mówić potrafi o czymś innym aniżeli o pralce, że ma wyczucie personalne i tematyczne i, że jest pogodny nawet jeśli na zewnątrz tak jak dziś – hybryda zimna z wielkim zimnem?

Czas znaleźć kogoś do karmienia wiewiórek w parku Megi. Czy to nie dość dobry argument, żeby robić z siebie ach nazwijmy to hasłem eleganckim i wyważonym – spontaniczną istotę?

Megi, Megi.

 

 

 

 

 

 

Akuku

Czy na portalu randkowym można zawrzeć znajomość wielomiesięczną? Otóż można. Meg wie, że ON – HuraganKatrina jest zupełnie inny niż ona, ale tez ma w sobie pewną niewymuszoną, wrodzoną dozę wytrwałości, której brak większości, a którą ona akurat ceni i podziwia. Przy tych wszystkich wadach chłopa od kosy, Huragan się nie poddaje mimo, że Meg usunęła konto, racząc go adresem mailowym na pociechę. Nie, nie randka wisi w związku z tym w powietrzu, nic z tych rzeczy. Miło jednak pomyśleć, że są jeszcze tacy chłopcy. Charakterni. Bo Meg obserwując swój świat wnikliwie i będąc osobą powiedzmy sobie wprost otwartą wie, że charakter jest teraz passe. Lepiej się uśmiechnąć i dyplomatycznie omijać lub milczeć na niewygodne tematy. Szkoda. Megi nie jest łatwo w związku z tym istnieć, bo akurat ona chociaż pracuje nad sobą jako tako, dyplomatyczna nigdy nie będzie. Wie to już na pewno. Czasami jednak myśli, że warto gryźć się w język w porę, albo chociaż zamknąć oczy, żeby nie posyłać krzywego spojrzenia nikomu. Ach, gdyby to było takie proste!

Niezależnie od płci Megi lubi jak ludzie się nie poddają. Jak pukają, chociaż drzwi są zamknięte nie raz, jak spełniają swoje marzenia, jak łamią konwenanse i stereotypy, jak spoglądają na innych z empatią, jak rozmawiają wbrew powszechnej opinii, że dziś każdy sobie rzepkę skrobie i w nosie ma los drugiego człowieka, jak myślą serdecznie i bez podtekstów własnej korzyści o innych, jak krążą dookoła z sercem na dłoni, a nawet dwóch dłoniach,jak pomagają, jak są spontaniczni i właśnie wytrwali.

Każdą kobietę idzie zdobyć umiejętną wytrwałością, pod warunkiem, że nie jest prawdziwie zakochana. A czasem nawet, gdy zauroczona bywa też idzie, tylko…co po takiej kobiecie? Co po takim facecie? Odbijanie kogokolwiek komukolwiek, jest błędnym kołem, a nawet rykoszetem, za który prędzej czy później ktoś odpokutuje. No i po co?

Jak dobrze, że już noc, bo inaczej Meg wpadłaby na genialny przepis, rysowania słowem utopii, a już niejeden próbował zbawiać narody. I co z tego wyszło? Nic.

Więc jaki przepis na dziś? Prosty i skuteczny. Taki ponadczasowy, który zawsze się sprawdzi.

Dobranoc.

Dobranoc Megi.

 

 

 

 

 

Wiewiórki

Ponoć jak się człowiekowi śnią wiewiórki to będzie dobrze. O Boże, Boże, oby. Bo nie dość, że w pracy same wilczury kłapiące kłami to na dodatek wszystko inne wkoło paruje, jak żaby w kotle. Na dodatek jesień chlusnęła raz śniegiem raz deszczem i zimnica, aż miło. Meg, ku zaskoczeniu samej siebie polubiła jesień. Te łysiejące drzewa już jej nie przerażają, te wiatry wiejące nie załamują, ta woda wszechobecna nie zalewa, a szare niebo, które ma się wrażenie zaraz walnie na głowę nie przygniata. Już nie tak bardzo jesień zasmuca.

Ba! Mało tego. Meg ostatnio stwierdziła, kuląc się pod parasolem, że wreszcie jest tak jak w życiu. Raz zimno, raz słonecznie. Bez ściemy. Bez nadmiernej reklamy. Bez dziwacznie uśmiechniętych ludzi robiących słit focie na tle bujnie zielonego krzewu. Teraz każdy ma cel – jak najszybciej czmychnąć w określonym kierunku, najlepiej pod ciepły dach. Nie ma spowolnionych kroków i szwendania. Nie ma lenistwa. A nawet jak jest to tam gdzie jego miejsce, pod kołdrą. Oj Megi, Megi. Jesień na dobre zawładnęła twoim sercem. No, a nie? Kto powie, że magia herbaty z cytryną nie jest większa i lepsza niż lemoniady z lodem? Kto przebije fakt, że lepiej tulić się do kogoś gdy plucha dookoła, aniżeli 40 stopni?  Kto znajdzie lepszy uśmiech, niż ten jesienny, kiedy twarz często zmarznięta dwa razy wysiłek zrobić musi, żeby uśmiechnąć się wesoło wbrew jesiennym pogłoskom etc., etc.

Przepis na to jak polubić jesień:

Koniecznie spotykaj na swojej drodze wiewiórki. Chociaż małe i kruche, mają w sobie siłę przetrwania.

Sprawdź czy przypadkiem te liście, które lecą w twoją stronę nie są kolorowe, bo często wmawiają nam, że jesień ma jedną barwę – burą.

Ubieraj się ciepło i miej zawsze parasol. Nigdy nic niewiadomo. Nawet bezchmurne niebo potrafi sprowadzić nagłą chmurę i powiedzieć do niej – ej chlapnij tam na nich.

No i zawsze, absolutnie ZAWSZE myśl o jesieni tak jak o życiu – raz lepiej, raz gorzej, ale z nieudawaną perspektywą na jakieś jutro…

A te orzechy naprawdę dobre. Miłego chrupania.

Zwykłe „cześć” i pralka

O tym, że technologia zbliża ludzi tak samo mocno, jak oddala Meg wie od dawna. I chociaż oporna na „cuda cudeńka techniczne” i ostrożna względem ich popularności, w duchu przyznaje, że…wiele z nich, tych cudeniek znaczy spełnia swoją rolę zawodowo. Ot taka pralka. Zwykła, kremowa (lata bieli ma dawno za sobą) stoi sobie w pralnio-kuchni-skrytce na szpargały. I..Wiele kombinacji sprawia laikowi, bez instrukcji obsługi, ażeby ją uruchomić na własne potrzeby. Meg to wie, gdyż sama była w potrzasku z praniem, kiedy znajoma nowoczesna machina stojąca tuż obok tej „starej, ale na chodzie” postanowiła strzelić focha i się zepsuć. O zgrozo, wtedy, gdy Meg pomyślała o niej „wytrwała”. Więc po tym wyskoku Meg nigdy więcej nie zobaczyła już  okręcającego się optymistycznie w tej „niby nowej” bębna, więc uwagę (chcąc nie chcąc) zwróciła na „tą drugą” która spokojnie czekała przyczajona na powrót lat świetności. Gdyby taka pralka mogła mówić (ta stara gderałaby pewnie profesjonalnie) – pomyślała Meg. patrząc na wypatroszoną nową, ale zepsutą-  powiedziałaby pewnie  – „I co głuptasy? Łyso wam teraz? Myśleliście, że nowe to z założenia lepsze? Że trwalsze? Że niezawodne? Że podoła o każdej porze? Że żadne pranie nie straszne? Ha, guzik prawda! Teraz wam udowadniam, że byliście w błędzie!” No i chcąc nie chcąc trzeba byłoby przyznać jej rację. Dlatego też milion osób szybko przerzuciło się na rozwiązanie alternatywne (z braku laku i kremowa dobra) licząc na to, że tym razem nic się nie zepsuje, przynajmniej podczas TEGO prania.

A ostatnio Meg ma nowego sąsiada. Sam jeden wśród bab. Raj, albo piekło jak kto woli. W każdym razie trzaskanie drzwiami w łazience i pokoju wybudziło Meg trzykrotnie, co zaowocowało przywołaniem Jegomościa do porządku o pół do 12 w nocy. ZDERZENIE PIERWSZE. O dziwo całkiem miło ze strony Jegomościa, że umie przepraszać i przyznać się do błędu (w dzisiejszych czasach mało kto umie bez pomruków), dzięki czemu Meg spojrzała na niego przychylniejszym, choć zaspanym okiem.

Ale zaraz, zaraz to nie koniec. Jegomość postanowił zwrócić się do Meg z prośbą o pomoc. ZDERZENIE DRUGIE. Swoją drogą, że też wybrał AKURAT ją, po incydencie poprzedniej nocy. Przyczajony, odczekał, aż wyjdzie z łazienki i pytaniem wprost- czy miała już okazję prać, bo u niego coś poszło nie tak i całe pranie musiał wykręcać ręcznie (być może stąd te trzaski) – zdołał się z nią mimochodem zapoznać.

Owszem niejedną okazję – Meg po wysłuchaniu kłopotu, jak to ona wyrwała się z wyjaśnieniem w czym rzecz.  Otóż te hieroglify na Kremowej, coś jednak znaczą. O tu – tu się odwirowuje, a tu jest tylko płukanie. Ach, to już wiem – rzecze jegomość, zadowolony z pomocy.

ZDERZENIE TRZECIE.Jegomość pozbawiony koszulki na korytarzu, posyła Meg krzepiący uśmiech na dzień dobry.

Faceci – myśli Meg, udając obojętną wobec gołej klaty. Być może dlatego dziwnym trafem Jegomościa nie widuje, ale słyszy jak krąży gdzieś blisko niej zakatarzony i delikatny przy używaniu klamki.

 

Przepis na zapoznanie się z Jegomościem:

Niesforna pralka, koniecznie z pismem obrazkowym.

W kłopocie, ochrzaniony wcześniej i szukający natychmiastowej pomocy Jegomość.

Własne doświadczenia..z PRALKĄ.

 

Coś pika.

 

 

 

 

 

Piśmiennicza dobrowolna banicja

Tęskniła za tym pisaniem, chociaż pewnie nikt nie zauważył (bez kurtuazji), że jej nie ma. Poniedziałek deszczowy, jesienny, zimny. Wlewa się za kołnierz niedopiętej kurtki, jak zwykle obciążonej przyciężkawym portfelem w sowy. Ten portfel to jej amulet mądrości zamkniętej na zamek wraz z groszówkami. Jak dobrze, że nie musi dziś nigdzie jechać, z nikim rozmawiać, o niczym pamiętać.

To nieprawda. Rano złożyła życzenia, kupiła prezent urodzinowy dla znajomej, zapłaciła za mieszkanie i poruszyła temat pijaństwa nieswojego. Raz jeden spożyła alkohol w ilości przemysłowej z żalu, wzruszenia i zmęczenia. Z samotności. Potwornej, przygniatającej, oddzielającej od innych w sposób brutalny. Następnego dnia czuła, że mózg jej ciąży, a ponad to każdy nerw daje o sobie znać. I wtedy pomyślała ” Nigdy więcej wódki tak dużo, o ile w ogóle”.

Powrót do pisania jest zaskakująco prosty:

wystarczy hasło do bloga i

szczypta chęci, reszta jakoś idzie sama.

Dobrze, że wróciłaś Meg.

Angielski flegmatyzm, polska wybuchowość

Meg zauważyła, że przejawia dziwne zainteresowanie kategorią nie-polaków.  I kiedy już prawie zdążyła zapomnieć o pewnym epizodzie kilkudniowej wymiany zdań, angielskie Howareyou znów dało o sobie znać. Tym razem jednak Meg potrząsnęła solidnie stereotypowym, zdziwionym flegmatyzmem i trzasnęła dosadnie, że tak być nie może. Howareyou nie rozumie o co Meg chodzi..Czy to coś złego, że nie pisał tydzień? Dlaczego robi się aferę z urwanej w połowie konwersacji? Wielu ludzi tak robi, a to jest tylko aplication. But she is total real, a postawa innych nie bardzo stanowi dla Meg inspirację, zwłaszcza ta z gatunku –  kiepska. Równie dobrze, można by rzec z lekkością motyla „inni mordują ludzi, chodźmy i my”. Czasami Meg nie ma już siły naprawiać świata, korygować, tłumaczyć i rozjaśniać.

Tymczasem pomijając fakt, że kolejny brunet, urażony faktem zwrócenia mu wprost uwagi, poczuł się obrażony, Meg zabiera się za życie.

Recepta na totalny dystans jest zaskakująco prosta:

3 krople za dużo złości i niechęci.

Następnego, czupurnego bruneta.

Braku pracy i porządnego CV.

Herbaty ziołowej.

Prysznica.

I odrobiny wydechu.

Wszystko wymieszać, wypłukać i mamy współczesny Sen Nocy Letniej, którego nie powstydziłby się sam Szekspir, pardon Shakespeare, jako dowód na to, że „Polacy nie gęsi, angielski też znają”.

 

 

 

 

 

 

 

 

Kłopoty

Czarne chmury zawisły dziś nad głową Meg. Ani chwili spokoju – pomyślała. Od kilku tygodni widuje bliską osobę (Panią X) ze łzami w oczach, otuloną chmurnym, depresyjnym nastrojem.

– Lepiej gdyby mnie nie było – rzecze Pani X łzawo i spogląda w kierunku Meg, która nie lubi tego tonu u nikogo.

Pani X nie jest bez winy. Zataja fakty, a chwilami z zemsty niszczy z trudem wypracowany spokój. Emocjonalny manipulator, pochłaniacz dobrej energii, nieprzejednana, zawzięta i bezsilna.  Jak komuś takiemu można pomóc? Komuś, kto nosi w sobie nienawiść i żal największą do samej siebie? Komuś, kto traci czas na rozpamiętywanie przeszłości i zamartwianie przyszłością, za nic mając to co teraz? Czy można na siłę?  Meg nie cierpi, kiedy ktoś się marze. Nie weźmie do pracy, ma postawę roszczeniową, bojaźliwą i wiecznie niezadowoloną. Epatuje nią, dręcząc bliskich, a przy tym zazdroszcząc innym. I ciągle matacząc nawet wtedy, kiedy nie ma potrzeby.

A jednak to ktoś bliski, komu należy pomóc.

Dlatego Meg szuka przepisu na pomoc, kiedy znajdzie da znać. Dziś nie ma siły, jest zbyt śpiąca. Potrzebuje szczyptę energii, aby jutro zmierzyć się z rzeczywistością i odnaleźć w sobie kreatywność.

Dobranoc Megi.