Londyn

– Pomyślałam, że się ucieszysz – rzekła, podsuwając mu bilety lotnicze.
– Londyn?
– Tak. Chciałabym zwiedzać z tobą jak najwięcej.
Uśmiechnął się.
– Dzięki. To jeden z fajniejszych prezentów na urodziny jaki dostałem w życiu.
– Cieszę się. Wyruszamy w ten weekend.
Nie mogła się doczekać. Staranie włożyła do walizki wszystkie potrzebne rzeczy i w piątkowe popołudnie ruszyli na lotnisko. Podróż trwała dwie i pół godziny, więc zdążyli obejrzeć jeden film.
Po wylądowaniu, taksówka dowiozła ich do hotelu i tam po odświeżeniu postanowili wybrać się do pubu. Meg był ubrana w ciepłą, beżową sukienkę z pół golfem i modnymi botkami. Znów miała dłuższe włosy, co sprawiało, że przypominała nastolatkę.
– Hej baby, how are you? – zagaił jakiś przystojny brunet, siedzący przy stoliku obok z typowo brytyjskim akcentem.
– Fine, but don’t call me „Baby”. My boyfriend will be angry.
– Oh, sorry. I didn’t know. I thought that you’re here alone.
– No, no. My boyfriend has birthday and this short trip to London was gift for him. He went for beers. I’m from Poland.
– Poland? – ożywił się nagle – Beautiful place. Last year I was in Waraw. 2 weeks. I met beautiful girl too. Her name is Helena.
– Did you have holidays?
– No. I was in delegation.
– What about Helena? Have you got contact with her still?
– No – posmutniał. – She was amazing and chose Tomek not me. I am too far.
Megi pomyślała, że odległość to może nie jedyny problem jaki Helena mogła mieć z nowo poznanym. Na jego stoliku było już 5 pustych kufli, a szósty powoli się opróżniał.
– Don’t worry – pocieszyła.
– How long are you with your boyfriend?
– We’ve known each other for 11 years, but we’re a couple one year. In December will be our wedding day.
– Really? OMG! – wykrzyknął na pół lokalu. – Great information!
– Yes, I’m really happy. Megi – wyciągnęła dłoń w jego kierunku na powitanie.
– John..Jonathan – poprawił się szybko, ściskając jej rękę.
– Nice to meet you.
– Megi, can I sit with you?
– Of course.
Blondas zastał ich na ożywionej rozmowie lekko sparaliżowany, że nie minęło 15 minut, a już się ktoś do niej przyczepił. Jonathan był przeuroczy, Pracował w dużej, znanej korporacji zajmującej się funduszami. Nie miał rodziny, zobowiązań. Opowiadał, że właściwie po pracy wpada tutaj, żeby pogapić się na szczęśliwych ludzi.
– If you want, you can spend with us Saturday evening – zaproponowała Meg spontanicznie.
– No, no. I’m flying to France tomorrow. Sorry. You know – work but you are so sweet.
Blondas chrząknął wymownie i po jakiś dwóch godzinach opuścili lokal, pozostawiając Johna w towarzystwie jakiś dwóch kolegów z pracy na których czekał.
– Meg… – wziął ją za rękę.
– Hm? – Poprawiła chustę wokół szyi, bo wiatr zacinał niemiłosiernie.
– Gdybym to jak tak siedział, czy też byś mi zaproponowała wspólny wieczór?
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Że co?
– No gdybyśmy się nie znali i zamiast niego, ja bym tak siedział.
– Po primo ty byś pewnie nie zagaił pierwszy. Po secundo nie siedział byś sam.
– Skąd ta pewność?
– Bo masz zupełnie inny styl bycia i rozmowy. Jesteś bardziej, jakby to ładnie określić – introwertyczny.
– To źle?
– Dla kogo?
– No tak ogólnie.
– Ja lubię to, że jesteś taki…
– Jaki? – Zatrzymali się na skrzyżowaniu.
– Nie dla wszystkich, a jednocześnie jesteś świetnym facetem.
– Mówisz?
– Pomyślałam to, czy powiedziałam?
Uśmiechnął się. Byli na Placu Piccaddily – hojnie oświetlonym, pełnym ludzi.
– Poza tym Blondasie, dawno temu obiecałam sobie, że mi nie odbije, kiedy z kimś się zwiążę i będę się najlepiej jak potrafię opiekować tym, którzy nie zaleźli jeszcze swoich Miłości. Związek nie powinien być logistycznym problemem, a często jest.

– Dla kogo?

– Dla wszystkich. Ta nie wyjdzie, bo woli siedzieć z facetem. Tej nie wypada, bo ma męża. Z tamtą się nie spotkasz, bo ma terminarz napięty – FACET-DOM-PRACA. Co najmniej jakby związek był niewolą, a nie uskrzydlał.

– Ale ja też lubię z tobą spędzać wieczory – wypalił.

– No dobrze Kochanie. Cieszę się, ale też mam Mamę, rodzinę. Wszystko to umiejętnie dzielimy. Człowiek w związku zwłaszcza nie powinien być egoistą, bo my jesteśmy razem i fajnie, ale dla Mateusza na przykład to, czy ty masz dziewczynę, czy nie, niewiele zmienia. A przynajmniej nie powinno.

– No to prawda, jest jak dawniej, ale to dlatego, że nie robisz z tego problemu, że do nas wpada, czy, że od czasu do czasu wychodzimy sami.

– Moje przyjaźnie trafił szlag przez niepoważność i związki, więc niech chociaż twoja przetrwa – przygryzła wargę.

Przyjrzał się jej uważnie, ale nic nie odpowiedział. Kochała go za to milczenie, dlatego niewiele myśląc pociągnęła go do pierwszego lepszego FISH&CHIPS. Cóż mogło ukoić jej nagły wisielczy nastrój lepiej, niż frytki owinięte w gazetę. Enjoy!

 

 

To co fish and chips? – Megi była szczęśliwa, że jest tutaj z kimś, kogo kochała całym sercem. Z Nim.

Reklamy

Po jedenaste – zaufać

Gdy wraca do nas coś, z czym jest nam niby po drodze, bo uciekamy od tego co tu i teraz, bo czujemy niesprawiedliwość, że los odebrał nam kiedyś coś, co pragnęliśmy całym sercem, na co czekaliśmy, o czym marzyliśmy, co odurzało jak narkotyk, co przywołuje naiwne, bezpieczne wspomnienia, zdziwieni, że oto nieoczekiwanie to coś nadeszło, w pierwszym momencie po to sięgamy. Upojeni tłumionymi emocjami, próbujemy poczuć się jak wtedy, zapominając, że owo „wtedy” nie wróci. Było, a w zastępstwie mamy nie to samo wcale. To coś opakowane jest tysiącem niekiedy złości i papierem mokrym od łez. Czas działa niczym taśma klejąca. Zlepiamy nią gęsto wszystkie dziury, wszystkie zdarcia i niedoskonałości tegoż z pozoru niepotrzebnego ładunku. Zamykamy w nim wszystkie – Po co? Dlaczego? Za co? – i chcemy o tym nie myśleć. Błąd. Chcemy to wyprzeć. Błąd. Chcemy wywalić, spalić. Błąd. Chcemy zapomnieć. Błąd.
– Próbowałam przez te wszystkie lata potwierdzić to, że właściwie nic się nie stało – zaczęła, próbując omijać jego oczy. – Że te listy, wspólne chwile, tęsknota, że to było, coś co przydarza się każdemu, kto kocha po raz pierwszy. Próbowałam…
Mocno zacisnęła palce wokół gorącego kubka.
– Próbowałam Ci wierzyć – kiwnęła głową na znak, żeby jej nie przerywał. – Chciałam w nas uwierzyć. Traktowałam to jako znak. Że tyle na mnie czekałeś, tak długo się starałeś, że musieliśmy się najpierw zaprzyjaźnić, a dopiero później pokochać, żeby dojrzeć, żeby zrozumieć i docenić siebie nawzajem. Nie każdy ma na to szansę i luksus wspólnego bycia. Ja naprawdę Cię pokochałam. Martwiłam się, troszczyłam. Jeżeli się naprawdę kocha to trzeba też pozwolić temu komuś odejść, zwłaszcza, jeśli tak jak ty, ten ktoś odchodzi na własne życzenie. Tę zgodę to nie do końca moja niecierpliwa, buntownicza natura aprobuje, ale udało się. Po miesiącach rozdartego serca się udało. Pozornie zaakceptowałam twoją decyzję, ale nigdy się z nią wewnętrznie nie zgodziłam. I dlatego odeszłam. To ja zrezygnowałam podczas, gdy ty od czasu do czasu dzwoniłeś, jakbyś chciał się upewnić, czy twoja decyzja nie wyrządziła jakiś poważniejszych, trwałych szkód.
Rozluźniła się nagle, wzięła głęboki wdech i pomyślała, że tym razem nie ulegnie już nadmiernym emocjom. Głos był nad wyraz spokojny.
– Siedzi przede mną mężczyzna, który ma 11 lat za sobą. Przez te jedenaście lat poznałeś w jakimś ułamku, jak wygląda życie dorosłego człowieka. I ja również poznałam. Zanotowałam na swoim koncie kilka poważnych strat, kilka poważnych zawodów i rozczarowań także sobą. I pewnego dnia dałam sobie spokój, to znaczy przestałam walczyć głownie z tym kim jestem i co mam dookoła. Zaczęłam po prostu przyjmować co mnie spotyka z godnością – największą na jaką w danym momencie mnie stać i przewidywalnością, którą latami ignorowałam. Wydawało mi się, że oszukam system, a tu wielokrotnie wychodziło na moje. Nie, nie jestem asekurantem, ale już wiem, że nie wolno balansować nad przepaścią, zwłaszcza, kiedy wiesz, że ona jest tuż pod tobą. I stałam się silna i odważna dla siebie, sama w sobie pojęłam czego chcę, a czego mam unikać. Taką zastał mnie Blondas. Wziął za rękę i zawalczył o nas. Pokazał mi, co to znaczy spokój w związku i troskliwość. Czym jest dojrzałość. Czym jest wsparcie. Nie wiem jak to robi, ale potrafi okiełznać moją naturę romantyka i wydobyć coś, co składa się na moją najlepszą stronę. Nie zostawię go, bo go kocham, bo sama go sobie wybrałam, bo on sprawia, że siebie lubię jeszcze bardziej, bo jest moim Przyjacielem, bo gdybym czuła, że nie jest tym, za kogo go uważam, nie potrafiłabym z nim być i żyć, a już wcale nie przyjęłabym oświadczyn. Zrozumiałam kim jest dla mnie dzięki tobie. Chociaż sytuacja nie jest dla nikogo łatwa, nie zostawił mnie z nią sam na sam. Taki jest. Zawsze mogłam na niego liczyć.
– Ale nawet gdyby Blondasa nie było – ciągnęła – nie potrafię już o tobie myśleć tak jak przedtem. Za bardzo mnie zawiodłeś. Zachowałeś się jak egoista, który za nic ma dobro drugiej osoby. Nie czułam tego, że przechodzimy przez wszystko razem, że mogę na tobie polegać. Nie chcę już do tego wracać, ale nigdy nie zapomnę, ani Ciebie, ani nas, bo tamto lato mimo, że płakałam wiele dni, jest jednym z piękniejszych i intensywniejszych, jakie zaistniało w moim życiu.
Po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Nigdy nie widziała jak płacze więc było to zupełnie nowe doświadczenie.
– Czy mogę od czasu do czasu zadzwonić? Napisać?
– Nie rób tego proszę – Megi była przygotowana na tego typu pytania. – Serce musi odpocząć, musi być gotowe na nowe radości. Nie może być podlewane smutkiem, bo w sumie nasza historia skończyła się smutno, nie sądzisz?
– No tak, w filmie z happy endem wybaczyłabyś mi.
– Nie o wybaczeniu tu mowa.
– A o czym?
– O zaufaniu.
– No, ale są osoby, które chociaż zostawione, zdradzone czasem dają drugą szansę.
– To prawda, ale każdy ma swoją granicę wytrzymałości. Ja wiem, że moja pękła. Nie wytrzymała półrocznego zatapiania, trzyletniej tęsknoty i stagnacji. Wstawałam każdego ranka i czułam się tak, jakby coś we mnie bezpowrotnie umarło. Nie zrobię sobie tego drugi raz. I nie życzę nikomu czegoś podobnego. Byłam wtedy w dodatku mniej doświadczona, bardziej lękliwa, naiwna. Otworzyłam przed tobą całą swoją ufność, a ty i tak odszedłeś. I pewnie gdybym kategorycznie nie powiedziała NIE, wracałbyś do dnia dzisiejszego na swoich ulotnych zasadach. Potrzebuję czegoś innego.
Znów zapłakał. Chyba nie do końca miał świadomość, co jej zrobił i jak bardzo skrzywdził.
– Już jest w porządku. Takie doświadczenia są jak dostanie obuchem w łeb – zaśmiała się. Mówią – Hej mała, stój! Ogarnij się! Popatrz – są dwie strony medalu i nawet z największego dołka można się wydźwignąć. I wcale nie trzeba pielęgnować urazy. Można pamiętać wiele dobrych chwil i szanować, co było.
– Jesteś Megi wspaniałym, wyjątkowym człowiekiem, wiesz?
– Chciałabym tak o sobie myśleć, chciałabym mieć w sobie siłę, żeby głupie, złe myśli tłumić i dzielnie czerpać garściami ze wszystkiego, co mnie spotyka.
– Dla mnie jesteś wspaniała. Najwspanialsza.
– Cieszę się, że chociaż cenisz mnie jako człowieka.
– Zawsze Cię ceniłem.
Uśmiechnęła się.
– Chodźmy. Zrobiło się późno.
Zastała Blondasa przy stole. Kroił warzywa na leczo. Podeszła do niego i pocałowała mocno i soczyście. Potem postawiła wodę na herbatę i w milczeniu usiadła na przeciwko. Wiedział, że widziała się z Nim. Uśmiechnął się.
– Uwielbiam Cię, wiesz?
– A ja nie mogłam się doczekać aż się zobaczymy. Od rana tęskniłam.
– Naprawdę?
– Yhm. Chyba już nie potrafię wytrzymać bez Ciebie za długo.
– Ulala to rodzaj uzależnienia jakiegoś.
– Ma Pan rację, Panie Doktorze.
– Masz tu marchewkę to Ci się polepszy.
– Blondasie?
– No?
– Chcesz herbatę z cytryną czy bez?
Wybuchnęli śmiechem, bo rzecz jasna nie tego się spodziewał.

Kiedy zdarzają się rzeczy niespodziewane rzadko kto potrafi je okiełznać właściwie od razu. Nie mniej warto pamiętać, że jakby tak głębiej pomyśleć, nie stoimy w miejscu i nasze sprawy tłumione latami też nie są takie same. Chronimy je, pielęgnujemy, albo wręcz przeciwnie zakopujemy w czeluściach naszych głębin. To my – złożeni ze strachu i odwagi. Z siły i bezsilności. Z łez i radości. Chwiejni i stabilni. Wierzący i wątpiący. Wrażliwi i twardzi. Rozważni i ryzykujący. To my dwubiegunowi.
To my – ufający.

Ostatni dzień, czyli w sieni października

– Blondasie?
Blondas wrócił wczoraj i aktualnie kompletował zestaw dokumentów.
– Tak?
– Przeszkadzam?
– W czym?
– No tak ogólnie.
– E tam.
– Możemy porozmawiać? Chciałabym opowiedzieć Ci, co zaszło kilka dni temu.
– No to mów.
– Widziałam się z…
– Z kim?
– Pamiętasz rozmawialiśmy kiedyś o nim? Kilka lat temu spotykałam się z nim.
Blondas odłożył segregator.
– Ale był tutaj? U nas w mieszkaniu?
– Nie, nie. Widzieliśmy się w mieście. Trochę mnie poniosło, zaczęłam krzyczeć, on zasłabł… Pojechaliśmy do szpitala.
Megi poczuła na sobie ciężkie spojrzenie.
– I?
– No i mnie dali kroplówkę na wzmocnienie, a jemu kazali leżeć niecałe 3 dni. A później zabrałam go do siebie na obiad i w zasadzie tyle.
– Okej. – Blondas wzruszył ramionami i zabrał się z powrotem do pracy.
– Nic nie powiesz? – zapytała po chwili.
– Meg, jesteś dorosła, prawda?
– Tak.
– No właśnie.
Zapadła wymowna cisza.
– Niezupełnie wiem, co ma jedno do drugiego – przysiadła na fotelu.
– No to, że masz prawo spotykać się z kim chcesz i kiedy chcesz.
– Wiem, ale…
– Ale? Jest coś jeszcze poza obiadem? Miłość odżyła? To mi chcesz powiedzieć?
– Obaj jesteście dla mnie ważni – przyznała nagle, spuszczając głowę.
– Serio? Rewelacja. To może w dni parzyste spotykaj się z nim, a ze mną w pozostałe? Świętami będziemy dzielić się na zmianę.
– Blondasie…
– Nie Megi, nie tym razem. Już mam dość tych twoich rozterek. Jesteście siebie warci! Czy on…
– Nie, do niczego nie doszło.
– Poza małym, drobnym „Kocham Cię” prawda? I twoim warowaniu przy jego łóżku? Słowo daję..Jak go spotkam to mu przyłożę za siebie i Ciebie, bo to, co wyprawia ten gość, nie mieści się w mojej głowie. On ma ewidentnie jakiś problem ze sobą! Idę pobiegać, cześć.
I wyszedł. Najgorsze w tym wszystkim było to, że miał rację od początku. To on przecież wtedy na wsi przywołał temat i słusznie do niego się odniósł. Teraz miał absolutne prawo do niezgody, co gorsza gniewu i niechęci także. Meg czuła jakby jej życie płynęło obok. Jakby nagle coś, co wydawało się pod kontrolą, wyrwało się na swobodę.
– Hej – usłyszała.
– Hej.
– Mogę czy przeszkadzam?
– Nie coś ty. Właśnie mój chłopak wyszedł pobiegać wkurzony na mnie za to, co tu się podziało. Nie przeszkadzasz.
– Aha. Powiedziałaś mu?
– Właściwie to on wypowiedział to, co miałam do przekazania.
– Przepraszam, to moja wina.
– Nie da się ukryć.
– Mieszam ci w głowie prawda?
– Bo to pierwszy raz?
– No nie.
– Jak się masz?
– Dużo myślę ostatnio. Megi ja już chyba nie wytrzymam. Nie daję rady.
– Jakie wnioski?
– Rezygnuję.
– E tam.
– I będę o Ciebie walczył.
– Ponoć Ci się dostanie jak spotka Cię mój narzeczony.
– Ma rację.
– Ma.
– W każdym razie rezygnuję. Zadzwonię do Ciebie po wszystkim.
– W porządku. Jakkolwiek będzie…
– Wiem. Zatrzasną się nieodwracalnie pewne drzwi, ale nawet jeśli mnie odtrącisz, muszę.
– I to mi się podoba. Ale dzisiaj jest wtorek, a w środę zwykle było inaczej.
– Tym razem tak nie będzie.
– Oby, oby.
– Kocham Cię wiesz? Słoneczko.
– O proszę.
– Tak do Ciebie mówiłem nie bez powodu…
– Oj tam oj tam.
– Odezwę się na pewno.
– Trzymaj się.
– I ty.
Drzwi główne trzasnęły dwie godziny później. Meg siedziała przy stole w kuchni i cierpliwie czekała na Blondasa. Nie doczekała się. Omijał jej kąt szerokim łukiem. Kiedy położył się do łóżka, szybko zgasił światło. Miała wyjść, ale pomyślała, że faceta, którego bądź co bądź kochała, nie można zostawić, nie w takim momencie.
Położyła się w ubraniu i przytuliła do jego pleców.
– Proszę…- wyszeptała.
Blondas ani drgnął.
– Wiesz jak się czuję? Jak ktoś, kto myśli, że osoba, którą kochałaś umarła i kiedy już jest względnie spokojnie, ukochany wraca.
Cisza.
– Jesteś moim światem, byłeś przez ostatnie miesiące. Pomóż mi.
Odwrócił się na plecy.
– Ty już dawno temu wybrałaś. Cokolwiek nie zrobię, nie będzie to miało żadnego znaczenia.
– Nieprawda. Chciałam po prostu, żebyś wiedział.
– Zrezygnuje tak?
– Tak twierdzi, ale wiesz, że mówić to jedno, a robić to drugie.
– I co dalej? Ma jakiś plan?
– Nie wiem.
– No właśnie. Ty jesteś jego planem. A potem jak mu coś znowu strzeli do głowy, to pójdzie sobie w siną dal. Jak zawsze.
– Tak uważasz?
– 100 procent. Skrzywdził Cię i wydaje mu się, że będzie tak jak kiedyś. Ile przez niego nacierpiałaś to twoje. Pieprzony manipulator.
– Dlaczego mnie boli? Nadal?
– Nie wiem Megi, nie jestem psychologiem. Ile w tym miłości, ile tęsknoty, a ile urażonej dumy?
– Nie mam pojęcia.
– Wiem jaka jesteś Mała. Silna niby, uparta niby, ale tam w środku galareta, ufna, wrażliwa. I on to wie.
– A to źle, że wie?
– Źle dla Ciebie, dla niego bajka. Coś tam się musiało pochrzanić, dlatego wraca.
– Czyli, że to nie o mnie chodzi?
– Raczej nie. Chociaż czasem..Kurde, temat na film. Ufasz mu?
– Zawiódł mnie, więc ufam mu średnio.
Blondas zapalił lampkę.
– Bez zaufania nic nie ma, tak zawsze mówisz.
– Racja – przyznała Megi, zaskoczona cytatem z siebie.
– Nawet jeśli zrezygnuje, to bardziej dla siebie, aniżeli dla Ciebie, więc to żaden dowód miłości.
– To prawda.
– Uprzedzam, że jak nas tu będzie nachodził…
– Nie będzie. to nie ten typ.
– Nie wiesz jaki to typ, skoro latami nie mieliście kontaktu. Tym bardziej, że jesteś jego jedynym stabilnym lądem jak na razie.
– Dlatego mu powiedziałam, że ma się najpierw ogarnąć sam ze sobą.
– On stawia na swoim więc nie odpuści.
– Tak myślisz?
– Tacy goście nigdy nie odpuszczają. Daj palec, zeżre całą rękę. Meg, nie jest mi łatwo to mówić, ale wydaje mi się, że dajesz się wpuszczać w jakiś kanał, w jakieś bajoro, które nie znasz, nie wiesz jak jest tam głęboko, a idziesz, nawet chcesz w nie skoczyć. Nie wydaje Ci się dziwne, że gość zamiast najpierw zrezygnować, jakoś się ustatkować i dopiero później ewentualnie do Ciebie z tematem uderzać, to przyjeżdża, gada jakieś głupoty i liczy, że jak wtedy, tak teraz mu zaufasz? A na bazie czego? Ładnych oczu?
– Wiesz, że to nie jest łatwy temat.
– No to co? Ja zanim zadzwoniłem też musiałem się jakoś…przygotować, wiele rzeczy pojąć i dopiero później uznałem, że mogę jako tako…, a nie na zasadzie – nie wiem co czuję i lezę. A z czym ja się pytam?
Uśmiechnęła się. Jak ona ceniła to, że mogła z nim rozmawiać nawet o tym.
– Meg, ty nie jesteś już tamtą osobą, którą można było mamić pół słówkiem. Wiem, że wierzysz w ludzi, ale pewne rzeczy się nie zmieniają – sama to kiedyś słusznie stwierdziłaś. Jak ktoś jest chwiejny – a ten z tego co opowiadasz był i jest – to do końca będzie emocjonalny rollercoaster. Masz serio na to siłę? To on ma się tobą opiekować, a nie ty nim.
– Nawzajem.
– Nie, to facet ma być facetem. ZAWSZE. A ten jest jak ciepłe kluchy. Pewnie nawet w pysk nie umie przyłożyć komu trzeba w razie czego.
– Hej…
– Nie wiem Mała, ja to w ogóle myślę, że powinnaś dać sobie z nim spokój. Było, minęło. Teraz niech sobie pluje w brodę, że Cię puścił na moje szczęście.
– A wiesz, że powiedział, że będzie o mnie walczył?
Blondas zaśmiał się.
– No i dobrze, niech walczy. Tylko z kim? Bo ja wiem, że Megi, którą znam, wybierze mnie. Na tym polega prawdziwe zaufanie, a nie jakieś frazesy. A jak mi tu wlezie to nie ręcze za siebie. Sorry, że mnie wcześniej poniosło, ale w pierwszej chwili zapomniałem.
– O czym?
– O tym co nas łączy, a z drugiej strony – jak będziesz naprawdę chciała odejść, to Cię przecież na siłę nie będę zatrzymywał. To nie, że mnie to nie rusza, ale ja po prostu nie będę się bał kogoś, komu wydaje się, że czas stoi w miejscu. Palant.

Zapadła cisza.

– Masz rację – przyznała. Chciała dodać coś więcej, ale nie była w stanie. Pocałowała go, a on odwzajemnił pocałunek. Już wiedziała, co ma zrobić. Od dawna wiedziała. W dodatku nadciągał październik, jeden z ulubionych miesięcy. W nim często zapadały ważne dla niej decyzje. Zadrżała.

Wrześniowa ostateczność. Wyjazdy i powroty. Stara miłość nie rdzewieje

– Koniecznie muszę się z tobą zobaczyć – nalegał.
– To nie jest dobry pomysł. – Od rana wszystko szło nie tak. Blondas wyjechał na kilka dni, w związku z pracą, jej zajęcia ni jak układały się tak jak trzeba, w mieszkaniu panował chaos i jeszcze ten niespodziewany telefon.
– Megi, proszę.
Wrócił jak zawsze. Nieoczekiwanie. Jak gdyby nigdy nic.
– Słuchaj, ale właściwie po co?
– Proszę…
Ich historia była zbyt dramatyczna. Rozstali się, właściwie chyba nigdy się nie rozstali. Ich miłość zawisła ponad czasem i chociaż Meg wielokrotnie mijała ją, nie zwracała na nią uwagi, wyciszyła czym się dało, mieszkała daleko, to ON..no właśnie i tak wracał.
Poszła. Zła na siebie, że uległa i tym razem. Po co on właściwie przyjechał?
Czekał przy stoliku. Pochylony nad dużym kubkiem, ze wzrokiem wbitym gdzieś ponad krzesło naprzeciwko. Zerwał się, kiedy ją dostrzegł. Szła nieśpiesznie. I niechętnie przyjęła ciepłe powitanie.
– Tak bardzo jestem Ci wdzięczny, że pomimo wszystko…- uśmiechnął się niepewnie i urwał w połowie zdania.
– To, co robisz jest nie fair – odparła bez ogródek.
– Wiem. Przepraszam.
– Przepraszam? Słuchaj, nie wiem czego chcesz, dokąd idziesz i dlaczego wracasz po latach, kiedy Ci się podoba? Co ty sobie wyobrażasz?
Ledwo kontrolowała emocje i czuła, że jest za głośno. Wdech i wydech.
Był lekko potargany. Poza kilkoma kilogramami więcej i gęstym zarostem nic się nie zmienił. Dalej był tym samym…
– Nigdy nie przestałem o tobie myśleć – szepnął.
– Serio? Nigdy nie dałeś nam szansy. Nigdy! Sprowokowałeś to uczucie, a potem w imię wyższych celów mnie zostawiłeś, bo ponoć inaczej się nie dało. Bzdury.
– Myślałem, że trochę Ci przeszło.
– Nie, nie przeszło. Mało tego, lata pogłębiają moją niechęć i mój zawód tobą.
– Dlaczego nie jesteś w stanie mi wybaczyć?
– Bo osobie, która nie wyciąga WNIOSKÓW ze swojego postępowania i NIE NAPRAWIA krzywd wyrządzonych innym, nie jestem w stanie wybaczyć. Teraz wracasz na luźną gadkę, twierdzisz, że o mnie myślisz, tak? A co ja mam z tego?
– Megi..
– Ból i cierpienie – wstała, czując, że oczy stają się mokre. – Daj mi święty spokój.
Ostrożnie wzięła torebkę i kurtkę i szybkim krokiem opuściła kawiarnię. Wyszedł za nią, ale nie od razu to zrozumiała. Poczuła się słabo, dolazła do jakiejś ławki i zalała się łzami. Dlaczego było jej tak przykro? Za każdym razem, kiedy o nim myślała.
– Nic się nie zmieniłaś – odrzekł, podając jej chusteczkę i siadając obok. – Zawsze twoje emocje były ponad wszystkim, a ja musiałem za tobą latać, żeby je jakoś gasić.
– Odczep się – wydmuchała nos w podany materiał.
– Rozumiem, że jesteś na mnie zła..Rozumiem, że cię zawiodłem..Megi..
– Niezwykle jesteś wyrozumiały – odrzekła ironicznie.
– Zawaliłem. Strasznie zawaliłem.
– Czego chcesz? – zapytała, patrząc pusto w przestrzeń.
– Przyjechałem, żeby Ci powiedzieć, że Cię kocham. Zawsze Cię kochałem.
– Cudownie, ale co z tego?
– Uznałem, że powinnaś wiedzieć.
Wstała. Tego było za wiele. Na szczęscie w tym miejscu mogła nawet krzyknąć.
– A co ty myślisz?! Że nie wiem?!
On również wstał.
– Największym moim błędem było to, że tak jak słusznie powiedziałaś – nie dałem nam szansy.
– Zostawiłeś mnie!
– Ale to ty zerwałaś ostatecznie kontakt.
– A co miałam patrzeć jak..Nie możemy być razem? Udawać, że mnie to nie rusza? Nie byliśmy razem, a zmarnowałam na Ciebie 3 lata! Wierzyłam, że wrócisz. WIERZYŁAM W NAS!
– Fakt, nigdy nie byłaś hipokrytką. Przepraszam..Meg, nie wiem, co mam powiedzieć więcej!
– Po co przyjechałeś…?
– Musiałem Cię zobaczyć…
– Musiałem..Głupoty. Zawsze byłeś dobry w gadaniu głupot, w gadkach szmatkach, w bajerze. A jak przychodziło, co do czego, kiedy trzeba było faktycznie mieć odwagę..Jesteś tchórzem. Największym jakiego znam!
Patrzył na nią przestraszony.
– Brzydzę się tobą! Twoim postępowaniem! Twoją niedojrzałością! Nie masz pojęcia, co to znaczy kochać! Czym jest odpowiedzialność za drugiego człowieka! Troska o jego dobro!
– Megi…
– Wracasz sobie, kiedy masz ochotę, nie patrzysz na to, czy wypada, czy nie. Masz kaprys to jesteś, nie masz potrzeby – milczysz latami. I jeszcze ckliwe – kocham Cię. A, co to dla ciebie znaczy poza niezdrowym sentymentem i słowem?
Wzięła głęboki oddech.
– Twój czas minął bezpowrotnie – rzekła dobitnie. – Nie chcę cię więcej widzieć dobrowolnie. Nie ufam w to, że się zmieniłeś i, że wydoroślałeś. I chociaż strasznie mnie bolało, boli i będzie boleć, bo mam naturę łabędzia i bardzo stawiałam na miłość jedyną i niepowtarzalną, to tak mnie zranieś, tak nas odrzuciłeś i tak okłamywałeś siebie, że tamto to było NIC, że chociaż dobrze Ci życzę, nie chcę Cię więcej znać!
Nagle zadziało się coś, czego Megi w ferworze wypowiadanych słów nie przewidziała. Jej rozmówca osunął się na ławkę blady jak ściana.
– Hej – pochyliła się nad nim – co jest?
– Nie wiem – wykrztusił – słabo mi i ciemno przed oczami.
Megi wyciągnęła szybko z torebki małą wodę i paczkę papierowych chusteczek. Przyłożyła chłodny papier do jego twarzy.
– Boże, jeszcze tego mi było trzeba. Połóż się tutaj. – Zdjęła kurtkę i podłożyła mu pod głowę, nie przestając schładzać twarzy zimną wodą. Na szczęście nie było już upałów.
Chciało jej się wyć. Dosłownie. Sama nie czuła się najlepiej. Ostatnio gorzej oddychła.
– Lepiej? Czy dzwonić po pogotowie?
– Jeszcze chwilę – wymamrotał.
Ale nie było lepiej. Co gorsza Megi nie była w stanie doholować go samodzielnie na postój taksówek.
Sanitariusze pojawili się błyskawicznie.
– Pani jest dziewczyną pacjenta?
– E ja? – odparła głupio – Nie, to znaczy..
– Jest moją rodziną – wyszeptał słabym głosem on.
– W porządku. Zabieramy go do szpitala za skrzyżowanie. Tam się Pani wszystkiego dowie. Wszystko dobrze? Też Pani blado wygląda?
– Co?
– No tak. Bierzemy i Panią. Zmierzymy ciśnienie.
– Ze mną wszystko dobrze.
– Bez dyskusji – lekarz był nieugięty. – Nie będziemy wracać po raz kolejny w to samo miejsce. Zapraszam.
Megi nigdy nie jechała karetką. W tempie ekspresowym dotarli na miejsce, po drodze wypełniając dane.
– Wózek dla Pani.
– Nie, nie, ja sama…
– Tak, tak, Bartosz, a ty na co czekasz? Wózek powiedziałem.
– Się robi szefie – młody chłopak za chwilę przytaszczył pojazd.
Meg niechętnie usiadła i tak trafiła na izbę przyjęć, gdzie po zmierzeniu ciśnienia, rutynowych czynnościach dostała z miejsca kroplówkę.
– A co to się podziało dziecinko? – starsza pielęgniarka szybko i profesjonalnie wkuła się w jej wątłą żyłę, żeby pobrać krew.
– Czy wie Pani co z moim…- zignorowała pytanie Megi, szukając w głowie odpowiedniego rzeczownika.
– Nie martw się dziecinko, jeszcze go badają w sali obok. Chyba zostanie dłużej, bo coś tam serduszko nie bardzo.
– A ja?
– Ty po kroplóweczce możesz pójść go odwiedzić i do domku. Za dwa dni zgłoś się po wyniki.
– W porządku.
Kiedy płyn z kroplówki się skończył, Meg szybkim krokiem przeszła do sali w której już nikogo nie było.
– Siostro, szukam tego pacjenta, którego przywieźli ze mną.
– Numer 5. Pani z rodziny?
– Tak – odparła bez wahania.
– 3 dni, musimy zbić ciśnienie i zatrzymać na obserwacji.
– Dziękuję za informacje. Idę.
– Chwileczkę. Proszę założyć fartuch i kapcie to raz. A dwa – bardzo proszę nie denerwować ani siebie ani…
– Dobrze.
– Chyba, że też chce się Pani położyć u nas.
– Nie, nie. Oczywiście, że nie.
Leżał całkowicie przytomny, podłączony także do kroplówki. Twarz wróciła do noralnego koloru.
– Megi, tak się martwiłem o ciebie.
– To nic – żachnęła się, kiedy wskazał miejsce ukłucia. – Przepraszam, nie chciałam doprowadzić do takiej sytuacji.
– Nie mamy już 18 lat, co? – uśmiechnął się delikatnie.
– Faktycznie – oduśmiechnęła się i nie myśląc wiele, wzięła go za rękę. Siedzieli tak sobie w milczeniu. – Pójdę do sklepu, przyniosę wodę, jakieś gazety. Zostajesz na obserwacji.
– Wiem. Nie będę nikomu mówił, gdzie jestem.
– W porządku.
Paliły ją wyrzuty sumienia.
– Nie idź jeszcze, proszę. Tak mi dobrze jak tu siedziesz.
– Wrócę. Zostanę tak długo jak się da i będę przychodzić.
– Naprawdę?
– Tak.
Kupiła kila rzeczy i pędem wróciła do 5. Spał.
– Panie doktorze – złapała lekarza na korytarzu. – Jak z nim?
– No cóż. Na razie stabilny, ale zatrzymać musimy, bo ma od czasu do czasu arytmię i nagły wzrost ciśnienia. Zobaczymy jak wyjdą pozostałe wyniki.
– Rozumiem.
W torebce zapiszczał telefon. Blondas.
– Hej maleńka, dzwonię na sekundę zapytać co słychać?
Zawahała się.
– Trochę się podziało, ale nie chcę Ci o tym mówić przez telefon.
– Oho, poważny ton nie wróży nic dobrego.
– Czasem powaga jest wskazana.
– Ano.
– U ciebie gra?
– Roboty dużo, ale jakoś ogarniam. Tęsknię.
– Też za tobą tęsknię.
– Jeszcze tydzień.
– Wiem. 7 dni.
– 24 razy siedem.
– Zadzwonisz wieczorem?
– No pewnie.
– Będę czekać.
– Cokolwiek tam, jestem z tobą.
– Dziękuję, ja też trzymam za ciebie kciuki.
Rozłączył się, a ona znowu wróciła do sali.
– Jesteś – wyszeptał, kiedy wzięła go za rękę.
– Nigdy więcej tego nie rób.
– Okej.
Był słaby, więc odzywał się tylko od czasu do czasu. Ona też niewiele mówiła. Cały czas trzymając jego lewą dłoń, jak gdyby chciała wlać w niego trochę zdrowia i energii. Rozdarta na pół, spędziła przy jego łóżku kilka godzin. Nazajutrz wcześnie rano popędziła znów do szpitala.
– Doktor mówi, że noc bez zarzutu.
– Śniłaś mi się.
– O.
– Tak. Opowiadałaś, że takiej zieleni lasów nigdzie nie ma. Pamiętasz jak włóczyliśmy się po parku, po górach?
– No pewnie.
– Wszystko minęło bezpowrotnie.
– Nie myśl teraz o tym. Masz świetne życie, takie jak chciałeś i teraz trzeba się już tylko skupić na dobrej kondycji.
– Yhm. Jutro moje urodziny.
– Faktycznie.
– 30 lat.
– W sam raz wyjdziesz ze szpitala. Zjemy coś i pojedziesz.
– Megi, muszę Ci powiedzieć..Ty wiesz co.
– Nie wiem – odparła. W sali oprócz nich było 3 mężczyzn. – A poza tym nic nie mów na ten temat. O której wypis wiadomo już?
– Nic jeszcze.
– Zorientuję się. Trzymaj. – Podała mu książkę i słuchawki.
– Dzięki.
Okazało się, że następnego dnia o godzinie 11 mógł już wyjść. Taksówką pojechali do niej.
– Pomidorowa.
– Pyszna. Więc tak mieszkasz.
– Niezupełnie tak. Część moich rzeczy jest w mieszkaniu Blondasa.
– Rozumiem.
– Posłuchaj. Dużo o tym wszystkim myślałam.
– I?
– I trzeba coś definitywnie ustalić.
– Tak.
– Masz jakiś pomysł?
Odłożył łyżkę.
– Gdybym mógł o Ciebie zawalczyć…
– Musiałbyś wówczas zmienić wiele.
– Bardzo wiele.
– Poza tym kocham mojego narzeczonego.
– Wiem. Ale mnie też kochasz, dlatego ciągle boli.
– Tak, boli – przyznała ignorując pierwszą część. – Nie możesz uzależniać jednak swojego postępowania od … nas. Ty sam musisz wiedzieć, czego chcesz. I wziąć za to odpowiedzialność.
– Boję się Meg.
– Każdy się boi, ale na tym właśnie polega dorosłość. Że nawet jak się człowiek boi, zapadają różne decyzje. Tu nie ma się za kim schować.
– Jesteś z nim szczęśliwa?
– Bardzo.
– Za co najbardziej go kochasz?
Megi zmrużyła oczy, myśląc o Blondasie.
– Jest odważny, mądry, imponuje zaradnością i wspiera.
– A mnie za co kochałaś?
– Za dobre serducho.
– Tylko?
– Nie wiem, z tobą znałam się bardziej na płaszczyźnie fantazji więc..Lubiłam twoje staranie o mnie na przykład i to, że mogliśmy rozmawiać godzinami.
– To prawda, między nami była ogromna więź..Zniszczyłem ją.
– No właśnie – zmienność postępowania, niekonsekwencja, egoizm – tym to zniszczyłeś. Z Blondasem nie ma szarpania, każdego dnia się stara.
– Ideał – w tonie wyczuła drwinę, ale nie dała się sprowokować.
– Poniekąd tak. Wie czego chce i chociaż też mu jest ciężko, nie ucieka i nie poddaje się. Wcale nie mieliśmy cukierkowych początków znajomości. Trzeba było lat, żeby coś tam do nas dotarło. I też się spieramy, ale ostatecznie mogę na niego liczyć, nawet jak jest na mnie zły. A ty się zabrałeś i tyle Cię widzieli.
– Wiesz, że tu nie ma kompromisów.
– Ale po jaką cholerę wikłać się w coś bez odwrotu, skoro się jest zakochanym? Nie lepiej odpuścić na chwilę tamto i dać szansę czemuś, o co starałeś się ponad rok?
– Fakt. Głupie.
– Nielogiczne.
– Nie miałem alternatywy.
– JA BYŁAM TWOJĄ ALTERNATYWĄ, ale widać niedostatecznie intratną. I tym też się różnicie z Blondasem, że on radzi się mnie co zrobić, a ty decyzję podjąłeś sam i mamy teraz jej rezultat.
Czuła, że znów wzbierają w niej emocje. Wstała, żeby nałożyć drugie danie.
– Megi, byliśmy wtedy bardzo młodzi i naiwni. Nie umiałem przewidywać.
– A teraz umiesz? – odwróciła się w jego stronę.
– Też nie, ale przynajmniej mam więcej doświadczenia.
– Nic nie wiesz o zwykłym życiu za szybą. Nie masz pomysłu, co dalej.
– Ale wiem, że Cię kocham. Że jak myślę o tobie, jak wracam wspomnieniami do nas, to moje serce zalewa fala ciepła.
– Ale fala ciepła nie wystarczy, żeby zapłacić rachunki, żeby psychicznie się dźwignąć, żeby być stabilnym emocjonalnie, żeby założyć rodzinę i generalnie zacząć działać w nowej rzeczywistości.
– Pragmatyczna się stałaś bardzo.
– Realnie oceniam nasze szanse. Sentyment nigdzie nas nie zaprowadzi. Gdybyś przyjechał, stanął jak facet konkretny i zdeterminowany to może byłoby warto chociaż to rozważyć, a ty uzależniasz decyzję swojego życia ode mnie. Tak się nie robi.
– A jak?
– Ty masz wiedzieć, czego chcesz…
– Nie czego, a kogo…Ciebie.
– Ale ja nie mam siły niańczyć dorosłego faceta.
– Obiecuję, że nie będziesz musiała.
– To zrób coś ze sobą, a nie tkwij raz tu, raz tam. Udowodnij, że się zmieniłeś, ale nie dla mnie tylko dla siebie, chociaż dobrze wiemy, że nie masz na to ochoty, bo liczy się tu i teraz, a nie co będzie. Liczy się WYGODA.
Podszedł do niej.
– Ty mnie nadal kochasz Megi.
– Za kilka miesięcy biorę ślub.
– Wiem.
– No właśnie. Przypadek, że akurat jesteś tutaj? Nie sądzę.
– Chciałbym cofnąć czas, chciałbym naprawić to, co zepsułem.
– Mogliśmy już dawno być po ślubie i mieć dzieci, ale nie, ty wybrałeś inną drogę. Twoje musiało być najważniejsze, a moje serce znów przechodzi katusze.
– A moje myślisz nie?
– A z czyjej winy? Mojej?
Odechciało im się jeść. Ziemniaki całkowicie wystygły.
– Masz rację. Jestem tchórzem. Bałem się i boję nadal.
– A ja kocham Blondasa.
– Ale mnie bardziej.
– Ale on jest REALNY, PRAWDZIWY, a ty jesteś duchem przeszłości. Z duchem nie zbuduje się nic trwałego.
Westchnęła.
– Słuchaj. Nie wiem, co bym zrobiła teraz na twoim miejscu, ale gdybym kilka lat wstecz podejmowała decyzję o byciu, czy nie byciu z Tobą – byłaby ona jasna. Jeśli się KOCHA to się JEST. Nie pisze się rzewnych listów, nie chwyta za rękę niby przypadkowo, nie wysyła stęsknionych sms-ów i spotyka niby od niechcenia. Później nie neguje się wagi i wartości tego, co zaszło. A już na pewno, po podjęciu decyzji, nie wraca się z podkulonym ogonem kilka lat później, tylko się bierze na klatę wszystko i jeszcze więcej.
– A gdybyś zrozumiała? Zrozumiała, że popełniłaś błąd?
– To bym się najpierw z niego wycofała, a dopiero później bym do Ciebie zadzwoniła. Nie obarczałabym drugiej strony swoją nietrafioną decyzją, dlatego na dzień dzisiejszy twoje kocham mi nie wystarczy. Twoja miłość, jeśli jest w istocie miłością, nie robi na mnie wrażenia.
– To znaczy, że nie mam szans?
– To znaczy, że na dzień dzisiejszy, w takim wydaniu nie masz. Sprawiasz mi ból. Zawiodłeś mnie jako człowiek, jako przyjaciel, jako mężczyzna. Zawiodłeś moje postrzeganie miłości. Dałeś i odebrałeś poczucie wartości w związku. Rozpaliłeś nadzieję i ją zabiłeś. Byłeś i odszedłeś. I wracasz, kiedy chcesz, nie zwracając kompletnie uwagi na mijający czas.
Musiała chwilę się zatrzymać. Przypomniała sobie, że przecież nie może znowu dopuścić do ponownej wizyty w szpitalu.
– Gdybyś ty wiedział jak ja za tobą tęskniłam…Jak czekałam, aż pewnego dnia wrócisz. Nikt nie był godzien zająć twojego miejsca w moim sercu. Nikt nie był wystarczająco dobry. Byłeś tylko ty, mimo, że Cię nie było. Przepłakałam dobrych kilka miesięcy. Chcesz wiedzieć, czy Cię kocham? Nie masz pojęcia, co teraz czuję, mając Ciebie dla siebie, na wyciągnięcie ręki. Moje pragnienia, marzenia nagle są rzeczywiste. Moja dusza śpiewa. Mój umysł zalewa na pół złość, ale przede wszystkim radość. Nie sądziłam, że jeszcze to kiedyś od Ciebie usłyszę…Ale…-powstrzymała go przed podejściem. – Musisz się ogarnąć sam ze sobą najpierw, a następnie pozwolić mi wybrać. I uszanować mój wybór. Masz na to niecałe trzy miesiące.
Patrzył na nią zdumiony.
– Kocham Blondasa. Jest wspaniałym facetem. Nie wiem, czy warto ryzykować swoje w miarę ułożone życie dla mnie, dla nas. Nie wiem czy uda Ci się z nim wygrać, bo to naprawdę świetny człowiek i mój w obecnej chwili najlepszy przyjaciel. A przyjaciela się nie wystawia. Powiem mu, że byłeś, nie zamierzam tego przed nim ukrywać. Twój wybór.
Zagryzł wargi.
– W porządku – dodał po chwili. – Cieszę się, że stawiasz sprawę tak konkretnie.
– Ja nie mam ani czasu ani ochoty na brak konkretów, także, jeśli masz się pojawiać od czasu do czasu i znikać, siejąc bałagan za każdym razem, to albo to zamknijmy raz na zawsze jak dorośli ludzie, albo działaj, ale nie dla mnie, tylko dla siebie.
– W porządku. Dziękuję Megi za wszystko.
– Wykup koniecznie te lekarstwa na ciśnienie.
– Dobrze.
– I dbaj o siebie. Jakkolwiek będzie zawsze jesteś i będziesz dla mnie ważny.
– Wiem. Teraz już rozumiem.
Patrzyła przez okno, jak znika za zakrętem. Była prawie pewna, że już go więcej nie zobaczy. Nikt dla niej niczego wielkiego nigdy nie poświęcił, a i ona, znająca realia współczesnego świata też nie wymagała wzniosłych czynów. Tu chodziło nie tylko o miłość i przyjaźń. Coś znów zatoczyło trasę, ale tym razem o wiele bardziej zawiłą i wyboistą. Dumna, że nie uległa zbliżeniu, dumna, że nie zapomniała o Blondasie, dumna, że pamiętała o swoich przekonaniach, spojrzała w lustro. „Dobra robota maleńka” – uśmiechnęła się do swojego odbicia, ale szybko spoważniała, uświadamiając sobie, że trzeba będzie powiedzieć Blondasowi o wszystkim, co tu zaszło kiedy, go nie było. I tu akurat nie miała wątpliwości, że spięcie wisi w powietrzu.

Dlaczego człowiekowi bliżej do smutku niż do radości…Jak się temu nie poddać?

Nie jesteśmy białą kartą, bo rodzimy się dzięki komuś, a ten ktoś powstał z kogoś, a znowu przed tamtym byli inni. Taki już los człowieka, że chcąc nie chcą ludzkość jest mu pisana i dźwiga od małego bagaż lepszych, gorszych, udanych, mniej udanych genów. I deficytów, bo każdy jakieś ma. Tyle, że te deficyty wynikają z wielu przyczyn – wychowawczych, społecznych, materialnych, osobowościowych…Ale to nic, bo niewiele osób pamięta cokolwiek z czterech pierwszych lat swojego bycia. Bywają przebłyski, a nawet szczegóły, ale tych jest zdecydowanie mniej.

Pierwszą rzeczą z jaką borykamy się świadom, niezależnie od wspomnień jest ból. Koduje się on w naszych bliznach – tych realnych i metaforycznych. Dotyczy i doskwiera, kiedy próbujemy postawić krok, a tu nagle bęc. Chcemy coś – zaczynamy płakać. Płacz często dla dziecka staje się mową, kiedy jeszcze mówić nie potrafi. Płacz to komunikat – istotny, wobec którego mało kto przejdzie obojętnie. I wiele znaczy.

A później człowiekiem w drodze edukacji najbardziej i tak wstrząsają choroba i śmierć.

O ile z chorobą – no powiedzmy, chociaż jest to bardzo naciągane – idzie jako tako, o tyle na śmierć nie ma mocnych. Nie ma leku, nie ma kwoty do negocjacji. Nie ma scenariusza, jak w efekcie się zakończy nasz żywot. No i jest w związku z tym strach, jak przed wszystkim, co nieznane.

Do tego dochodzi codzienność – kłopoty sercowe, finansowe, osobiste, rodzinne, duchowe – nie na każdy problem jest gotowa recepta, a na wytchnienie niekiedy przychodzi nam naprawdę długo czekać.

Ot cała filozofia, dlaczego bliżej nam do smutku niż do radości. Smutek jest więc wpisany w naturę człowieka, a z naturą wiadomo nikt nie wygra.

Dlatego jak rutynę, smutek trzeba zaakceptować. Trzeba nauczyć się go przeżywać i czerpać z niego energię. Trzeba jak nieświadome wszystkich niuansów dziecko upaść, zapłakać i wstać. Życie zresztą wymusza na nas wiele kwestii. Możesz się użalać, możesz wyć co noc i co dzień, opatulić kołdrą i tonąć w żałościach. Narzekać – inni mają lepiej i nawet po cichu polubić ten stan ponurego nieszczęścia. Możesz, tylko w tym nie ma już natury. Bo natura daje i zabiera, wyposaża, obdarowuje, ale też bezwzględnie pionizuje.

Megi długo myślała o smutku jak o słabości, którą na wszelki możliwy sposób trzeba eliminować, albo przynajmniej unikać. Tylko, że w dzisiejszej erze technologii i newsów smutek lubi potęgować dosłownie wszystko razy pięć.

Otwierasz pierwszą stronę Portalu, a tam nieszczęścia spokojnie pojawiające się w slajderze między przepisem na tartę, a śmiesznym zachowaniem zwierząt i ploteczkami. Słuchasz radia – wypadki. Włączasz TV kłótnia. Wysuwasz się na ulicę – tam obojętność, powierzchowność, chamstwo, wyzysk. No i to co w nas siedzi, a z każdym rokiem więcej i więcej. Wracają przeszłość czy lęki w myślach, snach i napierają teraźniejsze błędy, braki. Ludzie zdają się przygnieceni, szukając nie wiadomo czego, a jak już wiedzą to często ponad swoją naturę próbują coś mieć, chociażby na chwilę dla ukojenia.

Przede wszystkim człowiek ma prawo być słabszy – nie słaby – słabszy. Ma prawo zapłakać, czuć się źle i nawet poddać niemocy wstania z łóżka. I nie ma tu skali smutku i oszacowania problemów typu „strata pracy” – 3 tysiące łez, dwa tygodnie leżenia, miesiąc niemocy. I to w uproszczonym sensie, bo przecież nie każdy smutek przeżywa jednakowo, w ten sam sposób. W procesie edukacji zwłaszcza chłopcom mówi się przecież – Nie płacz! Bądź mężczyzną! A innym razem dzieciom, które cierpią z różnych względów – Weź się w garść, nie mazgaj się, no już – w celu przyspieszenia (nie ze złej woli często) powrotu względnej normalności. A jednak owo hasło „nie płacz” w człowieku zostaje, co nie do końca wychodzi na dobre, bo smutek zdaniem Meg jakoś trzeba przeżyć, żeby nie odkładał się, nie kipiał w środku, nie podlewał goryczy, nie karmił złości i nie otulał braków.

Ze smutkiem więc nie ma się co zaprzyjaźniać. Owszem jest, bywa pouczający, ale nie niezbędny. Refleksyjność i mądrość człowieka nie powinna stać podparta smutkiem, a filary naszego samopoczucia, żeby niezależnie od wszystkiego nam się wiodło, to nie błoto skąpane w wodzie. To siła, energia, hardość, poczucie własnej wartości, wola przetrwania, a łzy i słabości mogą co najwyżej na to wszystko od czasu do czasu spadać dla porządku, żeby nam nie odbiło jacy to jesteśmy NAJ.

A człowiekowi lubi odbijać wbrew pozorom.

Megi, kiedy miewa dylematy, czy, aby idzie we właściwą stronę, zwłaszcza kiedy jest dobrze, zwykła już zimną wodą przemywać twarz i spoglądać w lustro – jeśli patrzy na siebie i myśli, że jest tam osoba, którą lubi, uśmiecha się szeroko, ale wiele razy miała już okazję ujrzeć coś, co nie do końca jej się podobało. „Co ty robisz?” – pytała. „Gdzie się podziewa to, czym mnie zachwycałaś? Charakter? Życzliwość? Inteligencja?”. Pamięta, że jedno z pierwszych obcych spojrzeń pojawiało się, kiedy pod naporem (siebie nie świata wcale) próbowała się dostosować do panującej mody bycia poprawną. Nawet jeśli osoby w jej otoczeniu gadały głupoty, ona starała się ze wszystkich sił je usprawiedliwiać. A potem, tytułem błędnego przyzwyczajenia sama stała się ideałem wymówek na swoje niedociągnięcia. Przez chwilę uwierzyła, że ludzie – wszyscy jak leci – są tacy cudowni, tak dobrze jej życzą, sami przyjaciele, tracąc właściwie sens prawdziwej Przyjaźni, jej wyjątkowość i niepowtarzalność. Gubiąc to, czego chce. A znowu praca – tak bardzo chciała stać się korporacyjną lwicą, że przez moment odleciała od z dawna już utrwalonej w sobie myśli, że jej zajęcie będzie satysfakcjonujące dopiero wtedy, jeśli przyniesie coś więcej aniżeli żmudne klepanie osiem czy dziesięć godzin dziennie (co nie oznacza, że w tej powtarzalności jest coś złego).

I tak nasza Meg smutniała i smutniała. Aż pewnego dnia wyszorowała lodowatą wodą twarz raz jeszcze (dokładniej, energiczniej), poszła do kościoła, wróciła, znów odkręciła zimną wodę i z całą stanowczością chłodu, bijącego z kranu orzekła: „Tak być nie może Megi. Oszukujesz się. Niszczysz. Marniejesz. Czas zaakceptować pewne smutne kwestie – ich nie da się już zmienić, ale można, ba trzeba, przekuć je na porządną lekcję. Wierzę, że ci się uda. I proszę wróć do siebie – charyzmatycznej, fajnej, uczciwej i sprawiedliwej postaci, a nie naiwnej trzpiotki, której łzy są jak torebka – nieodłączne – a znowu pepermenty ciągły zawód tym co dookoła, to nie efekt „okrutnego losu”, a ignorowania wypróbowanych, sprawdzonych prawideł. Nie oszukuj swojej natury, przestań się ciągle BAĆ! No i zwłaszcza, kiedy będzie Ci dobrze, masz spoglądać w lustro i pytać, czy ty to ty, a nie jakaś…” Bo paradoksalnie WŁAŚNIE KIEDY JEST W PORZĄDKU, człowiek popełnia najwięcej idiotycznych błędów.

No i już. Na smutek najlepsza jest pogawędka. Taki „plaskacz” od siebie samego to najlepsze na początek. A potem – cóż – życie.

Ono nie jest wcale takie smutne, wiesz?

 

 

 

 

 

 

 

 

Swatka

Nie mogła się doczekać. Do tego stopnia, że przed samym spotkaniem rozbolał ją nie na żarty brzuch.

Zgodnie z umową wypachniony i wystrojony Blondas pojechał do centrum spotkać się ze swoim przyjacielem, a ona umówiła się z koleżanką w znajomym i wypróbowanym miejscu. Po upływie mniej więcej godziny od chwili, kiedy razem siedziały i powoli sączyły piwo, zadzwonił zgodnie z planem Blondas i zapytał retorycznie, czy są gdzieś w pobliżu, bo tak się „przypadkowo składa”, że on wraz z Mateuszem MUSZĄ akurat w tym rejonie coś załatwić. Blondas faktycznie miał do odbioru ważną przesyłkę, ale niekoniecznie pilną.

– Nie masz nic przeciwko? – Megi spojrzała na znajomą, wiedząc z góry co usłyszy.

– Nie, nie.

Dwadzieścia minut później siedzieli już we czwórkę.

Blondas wziął Megi za rękę i jak chyba nigdy wcześniej starał się być wodzirejem spotkania.

– Dawno się nie widzieliśmy – Mateusz rzekł w kierunku znajomej.

– Bardzo dawno. Co u Ciebie? – zapytała ona.

Meg starała się nie wpatrywać w nich zanadto, uczestnicząc czynnie w rozmowie, a kiedy zobaczyła, że czują się ze sobą całkiem swobodnie, pociągnęła Blondasa w kierunku baru, dając im chwilę na osobności.

– Co teraz? – zapytała, kiedy mogli już swobodnie rozmawiać.

– Nie mam pojęcia. Może czas się rozejść? Myślę, że kilkadziesiąt minut na początek im wystarczy.

– Jak Mateusz będzie teraz wracał?

– Chyba taksówką.

– Hm, okej, w takim razie czas się zwijać.

Podeszli do stolika i oznajmili, że trzeba przetransportować paczkę dalej, więc niestety muszą lecieć.

Znajoma poderwała się także, więc Mateusz chcąc nie chcąc również powstał.

– Słuchaj skoro mieszkamy praktycznie po sąsiedzku, może podrzucę Cię, bo i tak tamtędy będę przejeżdżał taksówką?

– Mógłbyś?

– Jasne, bez problemu.

– Tylko wiesz, bez wygłupów – zażartowała Megi, szturchając Mateusza. – A ty daj znać jak dotrzesz, bo po nim można się wszystkiego spodziewać – zamrugała do uśmiechniętej znajomej.

Megi z Blondasem wzięli paczkę i poszli w swoją stronę.

– Chyba miałaś rację – Blondas był mocno zamyślony. – Tylko są jeszcze dość onieśmieleni. Jak to teraz dalej pociągnąć?

– Nie wiem – przyznała zdezorientowana Meg. – Najchętniej wprost powiedziałabym im, co o tym myślę.

– Gdyby ktokolwiek przyszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, musisz się z Megi spotykać, bo macie wspólną aurę”, to po pierwsze uznałbym, że ma coś z głową, po drugie bym go wyśmiał, a po trzecie, to by mnie przeraziło więc pewnie przyniosłoby odwrotny skutek. Tu musi się podziać coś NATURALNIE.

– Wiem, ale tym razem w większej grupie, bo się zaczną domyślać.

– Okej, okej i też nie od razu, niech się za sobą stęsknią.

– Nie wiedziałam, że z Ciebie taki konspirator – z uznaniem spojrzała Meg.

– Kochana, ty jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz  – mrugnął Blondas porozumiewawczo.

Megi wiedziała, że przerwa nie może być też za długa więc kiedy minął tydzień od ich widzenia, zapytała znajomej czy miałaby ochotę na grilla nad jeziorem.

– Kilka osób, nic szczególnego – relacjonowała Meg w celu zachęty.

– Przyjdziemy z przyjemnością – przytaknęła znajoma.

Osób zebrało się jednak więcej niż Meg i Blondas przypuszczali, bo nagle jakoś wszyscy wspólnej imprezy pożądali, kwitując ją jako „super pomysł, będziemy”.

– Wiesz – Meg podawała papierowe talerzyki Blondasowi przed przyjściem gości, w celu upchania ich na prowizorycznym stoliku – nie wiem jak to będzie. Przecież przyjdą razem i Mateusz się zniechęci.

– Skarbie, jak mają być razem, to będą – Blondas pokrzepił smutną Megi. Był  prawdziwym mistrzem logistyki i precyzji plenerowo – piknikowej.

Mateusz pojawił się wraz z kilkoma innymi osobami. Znajoma i jej chłopak przybyli nieco później.

– Megi – rozłożył szeroko ręce partner znajomej – ale Cię dawno nie widziałem.

– Witaj – odwzajemniła uścisk.

Kiedy już usiedli i otrzymali stale wyposażenie grillowiczów oraz pełen wybór smakowitych kąsków, Megi to zobaczyła. Mateusz zgasł. Uśmiechał się co prawda, ale szerokim łukiem omijał miejsce znajomej. Dopiero niechcący spotkali się przy ognisku.

– I co dobra wróżko? – Blondas przeskoczył długi pień i znalazł się obok niej. Wspólnie obserwowali biesiadników.

– Cholera, że też nie może to być jakieś łatwiejsze – mruknęła rozeźlona.

– Mam pomysł – wyszczerzył zęby Blondas – i czuję, że Ci się spodoba. Chodź.

Wziął ją za rękę, a kiedy znaleźli się obok Mateusza, poprosił, aby on i znajoma Meg poszli z nimi na chwilę w bardziej ustronne miejsce. Zdziwieni zgodzili się od razu i z ciekawością oczekiwali o co chodzi.

Blondas wziął głęboki wdech, spojrzał czule na Megi i rzekł – Kochani, chcielibyśmy, żebyście zostali naszymi świadkami. W sumie w wielu sytuacjach, kiedy poznawałem Megan i udawałem, że jej nie kocham, chociaż już wtedy była moim marzeniem, moim westchnieniem i moim ideałem, byliście. Można więc stwierdzić, że jako jedni z pierwszych, staliście się już wtedy naszymi świadkami.

Meg wytrzeszczyła oczy i poczuła, że jej serce wibruje.

– Stary, no pewnie, z wielką przyjemnością – Mateusz był naprawdę szczęśliwy.

– Kurcze, ale to fajnie powiedziałeś – znajoma uśmiechnęła się szeroko – To będzie dla mnie zaszczyt.

Blondas objął Meg i wrócili ponownie do gości.

– Tylko tak możemy im jeszcze dopomóc – szepnął, upewniając się, że nikt ich nie usłyszy.

– Oj Blondasie, co ja z tobą mam? Cudownie to wymyśliłeś. Cudownie…

 

 

 

 

Popularność i aura

Wystarczyła chwila i oto kameralny i zdystansowany Blondas staje się można rzec śmiało – popularny. Megi przypuszczała, że to, co on nazywał „drobnostką”, dla innych będzie „czynem niecodziennym”, czymś, czym będzie mogła żyć uśpiona pozornie wieś jeszcze długo.

I tak oto pewna wyjątkowo nachalna Pani Redaktor okolicznej gazety postanowiła się z Blondasem pewnego dnia koniecznie skontaktować, a kiedy już to zrobiła, stwierdziła bez ogródek, że chce przeprowadzić z nim rozmowę.

– Nie ma mowy – rzucił w przestrzeń spłoszony Blondas, słysząc hasło „wywiad”. – Nie jestem żadnym ekspertem od..

– Spokojnie – uciszyła go stanowczo rozmówczyni. – Wiem od Pana dziadków, że ma Pan kurs ratownika. Wprost świetny moment, żeby o takich sytuacjach, jak ta u nas na rzece i nie tylko porozmawiać. Proszę to przemyśleć. Bardzo proszę.

Blondas pomruczał jeszcze do słuchawki na koniec i z ulgą wyłączył telefon.

Meg uśmiechnęła się.

– Nie Megi – wyprzedził ją. – Nie będę udzielał żadnych wywiadów.

– Jak uważasz – wzruszyła ramionami i wróciła do swoich spraw, wyciągając w ulubiony sposób nogi i opierając się o miękką, chłodną poduszkę. Wiatrak pracował jak oszalały, a obok stał dzban wypełniony pyszną lemoniadą z lodem. Byli już u siebie, ale temat ich ostatniego pobytu pod lasem niemal codziennie wracał jak echo.

Nie wytrzymał długo. Usiadł obok i ułożył głowę na jej ramieniu.

Pocałowała go w nos i czoło.

– Nic nie powiesz?

Westchnęła.

– Będziesz świetny.

– Nieprawda.

– I będę z Ciebie jeszcze bardziej dumna, o ile można bardziej. I nawet w ramkę oprawię ten wywiad. Zgódź się.

– Ale ja nie umiem mówić o takich rzeczach.. – prychnął.

– E tam.

– No tak.

– O pływaniu to ty akurat wiesz bardzo dużo. Poza tym faktycznie wiele lat byłeś czynnym ratownikiem. Można to wszystko umiejętnie wykorzystać i napisać tekst „ku przestrodze” przy okazji.

– Pojedziesz tam ze mną?

– Pewnie – uśmiechnęła się. – W końcu każdy bohater musi mieć swojego PR-owca nie?

– No.

– Także tak. Duszno jakoś czy mi się zdaje?

– Zdaje Ci się.

– Aha. Tak myślałam – zachichotała, chociaż ciepło, jakie biło od niego, powodowało, że powiew chłodnego powietrza stawał się niewystarczający. Nie była w stanie tak pracować. Lubiła lato, ale temperatury ostatnich tygodni były dla niej stanowczo za wysokie.

– Mateusz napisał – Blondas miał zamknięte oczy.

– Yhm, i co tam?

– Niezbyt dobrze. Zwalnia się.

– Jednak?

– Tak. Ponoć atmosfera w obecnej pracy jest nie do wytrzymania.  Zmienia się zarząd, redukują etaty, a ludzie, zamiast skupić się na robocie, snują teorie spiskowe.

– Lubię Mateusza, ma w sobie i klasę i jest bardzo inteligenty. Z pewnością szybko coś znajdzie.

– W to nie wątpię, ale wiesz, on nie chce się już przeprowadzać.

– Rozumiem.

– W ogóle dosyć często mówi – „Zazdroszczę, że masz już jakieś inne priorytety”.

– Dojrzewa chłopak.

– Może… – zamyślił się Blondas. – A może to zwyczajnie presja tłumu?

– To znaczy?

– No wiesz..Ten żonaty, tamten dzieciaty, ja zaręczony. Każdy kogoś ma, a tu jakoś cisza.

– Ja wiem, kto świetnie by się dla niego nadał – przypomniała sobie nagle.

– Tak?

– Yhm – Megi uśmiechnęła się.

– Kto?

– Moja znajoma, ale..No właśnie, ma kogoś.

– Skąd wiesz, że akurat pasowaliby do siebie?

– Bo czułam aurę, kiedy ich widziałam razem.

Blondas zamrugał.

– Co to znaczy? Energię?

– Tak. Każda para jakąś ma.

– Oj Megi, Megi…

– Ty się śmiejesz, a ja naprawdę takie rzeczy wyczuwam i widzę. Powiem więcej, nawet jak do ślubu dojdzie, to widzę tę aurę. I często jej brak.

– Może powinnaś zostać zawodową swatką?

– Kto wie, kto wie…W każdym razie ludzie często ignorują swoją intuicję, kierując się głosem rozsądku, strachu, wygody, wiążą się z kimś niewłaściwym i potem są nieszczęśliwi.

– A jak było ze mną? Czułaś aurę?

Megi zamyśliła się.

– Czułam. Nie wiem, jak to działa u innych, ale ja doświadczyłam tego cztery razy w życiu. Metafizyczne doznanie, które wracało do mnie. I nie ma to nic wspólnego z zakochaniem.

– A z czym?

– Z pozawerbalnym porozumieniem. Kiedy już pośród tłumu Cię dostrzegłam, wiedziałam, że będziesz w jakiś sposób wracał. I wracałeś. W każdym razie Blondasie ja mocno wierzę w telepatię i nić współodczuwania, porozumienia, bycia. Nie wiem, co to jest, skąd się bierze i jak tym sterować, ale coś takiego z całą pewnością funkcjonuje w obiegu.

– Ale by było, gdyby się okazało, że przyciągnęłaś mnie myślami..Może to twoje chcenie spowodowało, że jest jak jest?

– No nie, nie sądzę, że mam takie moce sprawcze. To raczej Niebiosa nam pomogły. To one widziały, że się szukamy podświadomie. Przeznaczenie – w tym cały sekret. I twoja wielka odwaga.

– A jak ty widzisz tę aurę?

– Nie wiem, trudno mi to wyjaśnić. Są pewne prawidła, które się sprawdzają praktycznie jeden do jednego. Na przykład – nie zbudujesz szczęścia na cudzym nieszczęściu. Ale właściwie to po parze widać, jak się do siebie odnoszą, jak rozmawiają, czy się lubią, czy tylko pożądają. Czy są ze sobą, żeby być, czy po prostu dlatego, że się wzajemnie inspirują. Czy są rozedrgani, czy spokojni. I łatwo się idzie pomylić niemal na każdym etapie związku, ale finalnie aury i tak nie oszukasz.

Blondas wydawał się zaskoczony jej przekonaniem w tej sprawie, chociaż wiele razy Megi przewidywała bardzo celnie zakończenie. Gdy inni klaskali, kiwali głowami, ona bacznie obserwowała i chociaż niekiedy bardzo chciała, aby jej podświadome przeczucia się nie sprawdziły ot dla spokoju, to jednak później wychodziło na to jej pierwotne odczucie.

– Co to znaczy „idzie się pomylić niemal na każdym etapie”? – chciał wiedzieć Blondas.

– Na przykład widzisz ładną dziewczynę i myślisz „fajna”. Może być przy okazji inteligentna, naj. Spotykacie się i całkiem uroczo spędzacie czas. I kiedy mija zakochanie, okazuje się, że ta dziewczyna jest nie dla Ciebie.

– Dlaczego?

– Bo nie dajecie sobie nic poza „byciem”. Aura świetnie jest widoczna w zwykłej, prostej przyjaźni. O wiele bardziej niż w miłości wiesz dlaczego?

– No?

– Bo nie ma tam namiętności. Nic nie zakłóca wtedy aury. Nic jej nie przykrywa, nie rozprasza. Dlatego jestem zdania, że jak w związku nie ma przyjaźni, to prędzej czy później wszystko się rozleci. Ale aura to coś więcej niż przyjaźń. To wspólna energia. I oni tę energię mają.

– Kto?

– No Mati i moja znajoma.

– Kurde, muszę mu powiedzieć, że ma przyprowadzać do Ciebie wszystkie swoje dziewczyny.

– Phi – Megi przewróciła oczami, bo był to blondasowy ironiczny żart. Swoje jednak wiedziała. Lata temu na ognisku i na domówce to zobaczyła i wyczuła. A skoro tyle lat o tym pamięta..

– Zaaranżujmy jakoś wspólne, niezobowiązujące spotkanie.

– No, ale mówiłaś, że ma chłopaka.

– No ma, ale przecież ze mną spotykać się może, a wy do nas dołączycie.

– A, że niby spontanicznie? Nie jestem pewien czy to dobry pomysł..

– Spróbujmy, proszę! Jeśli się mylę, to już więcej o aurze nie będę wspominać…

– Meg, ale dlaczego akurat to my mamy w tym uczestniczyć?

– Bo mam przeczucie, że ktoś musi temu dopomóc.

– A tamten? W sensie tamten chłopak?

– Fajny, ale nie dla niej.

– Aha. No super – pokiwał przecząco głową.

– Proszę, proszę Blondasie, zgódź się!

Wahał się, ale w końcu ustąpił.

Pocałowała go.

– A zresztą, dobra, najwyżej nic z tego nie wyjdzie.

To kiedy to spotkanie?

 

 

 

Komunia i co oprócz białej jak śnieg koperty?

Odchodząc na chwilę od wiejskich przygód, na przekór wakacyjnym trendom, wróćmy do corocznego tematu, z którym borykało lub borykać się będzie wielu. Otóż Pierwsza Komunia. Kiedy Megi była mała Komunia, jawiła jej się jako jedno z najbardziej stresujących wydarzeń, którego na tamten czas w ogóle nie rozumiała.

Otóż śliczna biała sukienka po siostrze, białe lakierki i wianek  wróżyły podniosłą chwilę. Mówiono jej, że od tego momentu będzie mogła w pełni uczestniczyć we mszy, a pierwsza spowiedź..O tym akurat za wiele nie wspominano, aczkolwiek ponury ksiądz-proboszcz, który do tegoż dnia przygotowywał, siedząc w konfesjonale, wcale nie pomagał pozbyć się natrętnej refleksji – dlaczego właściwie trzeba mu wyznawać swoje grzechy, skoro nie ma się ochoty? W każdym razie przejęte dzieci ustawiały się w kolejce, na zasadzie kto pierwszy, ten szybciej przykry obowiązek będzie miał z głowy. Wielki był to stres – tyle Megi pamięta z całych przygotowań. Jeśli zaś chodzi o samą uroczystość, gdzie stanąć, co zrobić, żeby nie zapomnieć wierszyka, czy piosenki i to wszystko przy wyjątkowo dociekliwym kamerzyście, sprawiło, że Komunia sama w sobie stała się no cóż – wydarzeniem takim sobie, zwieńczonym wieżą na CD i kasety.

Natomiast cyrku pod tytułem „Fryzjer, wytworne restauracje i białe koperty” Megan na szczęście nie doświadczyła. Nikt na nikogo nie kładł obowiązku co ma dla Megi kupić. Mama przyrządziła obiad w domu i pojawiła się tylko najbliższa rodzina wraz z chrzestną. Była w tym skromność i ufność, ale też niewiedza okraszona strachem i stresem.

– Meg, a co ty masz dla małej? – zapytała jej siostra któregoś razu.

– No właśnie jeszcze nic. Masz może jakiś pomysł?

Rozważały aparat wywołujący z automatu zdjęcia, czytnik na e-booki, zegarek, książki. W końcu obie zmęczone zastanawianiem dały sobie spokój, podsumowując, że najpotrzebniejszy sprzęt jest, więc ewentualnie zostają pieniądze, które można przeznaczyć na coś większego.

– Nie Moja Droga – odrzekła stanowczo Megan – to nie wesele, nie będę dawać dziecku pieniędzy. Co ona zapamięta z tego dnia? Białe koperty?

Zapadła niezręczna cisza. Niedługo po tej rozmowie zadzwonił do Meg szwagier, a że akurat miał włączony tryb głośnomówiący, okazało się, że nie dzwoni sam.

– Cześć ciociu! – zawołała mała gdzieś z oddali.

Szwagier wyjaśnił Megi, że oto jadąc z małą samochodem i gaworząc na różne tematy, dowiedział się, że największym marzeniem jego córki aktualnie jest usłyszeć głos swojej najulubieńszej cioci.

Meg jak to Meg, wzruszyła się i niechcący wpadła na pewien pomysł. Skoro tak, zamiast kolejnego gadżetu zafunduje siostrzenicy jeden miły dzień z obiadem i jakimś wyjściem. Słowa dotrzymała i ufa, że te chwile zostaną w małej o wiele dłużej, aniżeli coś, co prędzej czy później albo się zepsuje, albo zarośnie kurzem.

I to nie tak, że dziecko trzeba odcinać od tego, o czym marzy i nie pomagać mu, kiedy faktycznie czegoś chce, ale w sytuacji, gdy wiele rzeczy ma, kupowanie na siłę jest dla Megi absurdalnym pomysłem. To nam dorosłym ubzdurało się, że MUSI MIEĆ – więcej, lepiej niż inni, niż my w jego wieku. Że musi mieć na Święta, Komunię, urodziny, imieniny, Dzień Dziecka i przy okazji. Że pieniądze, których nigdy nie jest za dużo i przedmioty – nowe, szybsze, lepsze stanowią dla dziecka coś fantastycznego. Na chwilę może tak. Nie mniej, jeśli nie będzie w tym rozwagi, jeśli dzieci oprócz prezentów nie poczują autentycznych uczuć i uwagi i nie od święta, a na co dzień, nie kupimy ich wdzięczności i nie zbudujemy mądrych relacji za żadne skarby tego świata. Ani teraz, ani później. Pieniądz cieszy na chwilę, przedmiot do momentu zepsucia, nić porozumienia z drugim człowiekiem, wspomnienia o nim, zostają na długo, na całe późniejsze życie. To w tych relacjach dziecko odnajdzie siłę do dalszego funkcjonowania, bo będzie wiedziało, że oprócz rodziców i dziadków, jest ktoś, na kogo może autentycznie liczyć, kto go kocha, wspiera i szanuje takim, jakie jest, a nie poprzez to co ma, a czego nie.

I takie chwile, szczególnie te związane z wiarą w Boga, powinny nas uczyć relacji, empatii, delikatności, refleksji o wiele głębszej. Emocjonalnego zastaw się, a postaw się, skromności, radości z niej płynącej.

Komunia, szczególnie ta pierwsza to symbol tego, że człowiek naprawdę nie jest sam, że chociażby to, jak jest zbudowany, jak doskonale i niezawodnie działa w jego obiegu przeznaczenie, jak nieprawdopodobne zachodzą zależności, których nawet najwięksi myśliciele nie są w stanie przewidzieć, pokazuje, że jest Ktoś nad nami. Absolutnie wyjątkowy.

I tę wyjątkowość ma każdy z nas, więc zanim zdecydujemy iść na łatwiznę, pomyślmy czy w ostatecznym rozrachunku warto?

 

 

NOMINACJA DO MYSTERY BLOGGER AWARD

AWARD

Tym, którzy od czasu do czasu wpadają do Megi koniecznie należą się podziękowania i nie dlatego, że przychodzą i czytają bloga, ale w związku z wielką siłą wsparcia jaka płynie za każdym razem, kiedy ów ślad po nich pozostaje. Myśl, że jesteś po drugiej stronie jest niezwykłym i nieco zaskakującym za każdym razem doświadczeniem, które wiele znaczy w tej wirtualnej przestrzeni.

Gdyby można było przyznać nagrodę za mądre i trafne komentarze bezapelacyjnym liderem w tej kategorii byłby Zbysiula  https://tyijasite.wordpress.com. Twoja wierność w tej kwestii zawsze wywołuje mój szczery uśmiech, a im więcej uśmiechu tym lepiej, więc czekam, aż buchnie entuzjazmem na twoim blogu (dla porządku od czasu do czasu), bo równowaga w emocjach, zwłaszcza dziś jest na wagę złota!

(https://tyijasite.wordpress.com/2018/07/23/a-zreszta-jak-zabawa-to-zabawa/)

Za nominację oprócz Zib podziękowania także dla https://mojkolordnia.wordpress.com. Chociaż raz lepiej raz gorzej nie poddajesz się, nie użalasz. I generalnie wspominasz o wielu ważnych filarach ludzkiego funkcjonowania. O rzeczach naprawdę trudnych piszesz nad podziw lekko, dając nadzieję, że po największej burzy wychodzi przeogromne słońce. Ode mnie medal za refleksje otulone wiarą w lepsze jutro!

(https://mojkolordnia.wordpress.com/2018/07/23/nominacje-do-mystery-blogger-award/)

Z wielką przyjemnością odwiedzam i jednocześnie nominuję do międzynarodowego konkursu – zabawy:  Mystery Blogger Award:

https://angielskizm.blog

Nie tylko ze względu na magiczną literę M 😉 ale za pomoc, za propagowanie ciekawych treści, za gotowość ich wytłumaczenia, przydatne materiały i co najważniejsze BEZ  szkolnego sztywniactwa i nudy.

Od jakiegoś czasu z ciekawością przyglądam się też temu jak różnorodną tematykę wprowadza  https://2latado30charyszka.wordpress.com.  W tym pojemnym worku pełnym wszystkiego każdy odnajdzie coś dla siebie. Polecane książki i trasy miejsc „do zjedzenia” należą do moich ulubionych!

A jak już o trasach mowa to lubię ich za te trasy właśnie https://hreindyr.wordpress.com i https://peregrinopl.wordpress.com

Klimat zdjęć, skrawek świata, uchwycone chwile, magię. Patrzę na to i się zachwycam jak piękna jest nasz planeta. Jak niezwykłe są ręce tego, kto uczynił ją jeszcze ciekawszą.

Życzę wszystkim, nie tylko moim ulubieńcom tutaj, aby móc rozwijać się na miarę swojej siły i swojej wyobraźni, bo będąc otwartymi na siebie, stajemy się lepsi dla innych, a dobro wraca. Ogromnie w to wierzę. Tak jak w to, że wsparcie jest najlepszą nagrodą!

Dziękuję!

 

A to moje:

https://likememegi.wordpress.com/2018/07/23/wakacje-plukane-deszczem-i-cos-optymistycznego/

https://likememegi.wordpress.com/2018/05/27/mama/

https://likememegi.wordpress.com/2018/05/04/nad-tybrem/

https://likememegi.wordpress.com/2017/12/14/list-od-czytelniczki-jako-najlepszy-prezent-pod-blogowa-choinke-jak-byc-soba-i-nie-zwariowac/

https://likememegi.wordpress.com/2017/11/29/telefon-ktory-wiele-zmienia/

https://likememegi.wordpress.com/2016/07/09/przepis/

 

 

 

 

Wakacje płukane deszczem i coś optymistycznego

Chwilę po tym jak Megi i Blondas dotarli w milczeniu do domu, rozpętała się prawdziwa burza, na którą zanosiło się od dobrych kilku godzin.

– Megi – dziadkowie jeszcze nie spali, a babcia widać za punkt honoru przed snem postawiła, właściwe poinstruować ją przed pierwszą w tym domu nocą. – Na piętrze przygotowałam świeżą pościel, ręczniki, pokój jest wywietrzony, także w każdej chwili…

– Oczywiście – Meg z ulgą powitała babciną propozycję i nie zastanawiając się długo poszła na górę. Miała dość swoich dziwnych wyrzutów sumienia i zamieszania, jakie chcąc nie chcąc robiła. Generalnie nie wiedzieć czemu czuła się pod ścianą. Gdy znalazła się w wannie, zanurkowała w ciepłej wodzie skropionej sowicie płynem do kąpieli i spłukała kurz całego dnia. Ulga i relaks – tego jej było trzeba. Będąc w łazience wykonała jeszcze szybki telefon do siostry (3 nieodebrane połączenia) i odpisała na wiadomość znajomego („Nie ma mnie, może spotkamy się za tydzień?”). Kiedy wyszła z łazienki opatulona szlafrokiem, wreszcie poczuła się świeżo i odzyskała energię. Blondas ulokowany w pokoju obok, już w nim był. Słyszała jak rytmicznie stuka na klawiaturze. Zawahała się. Weszła na chwilę do siebie, odnalazła piżamę i kapcie, w pośpiechu rozczesała włosy i kiedy stwierdziła, że wygląda przyzwoicie i schludnie, ponownie pojawiła się na korytarzu i nieśmiało zapukała do jego drzwi.

– Tak?

– Mogę?

– Wejdź – odpowiedział po chili zawahania.

Megi postanowiła z uwagi na dziadków nie zamykać za sobą. Nie chciała, aby czuli się skrępowani we własnym domu, gdyby przypadkiem odczuli nagłą potrzebę wybrania się w jakimś celu na górę. Usiadła na skraju blondasowego łóżka.

– Nie bądź na mnie zły czy zawiedziony..Wiesz jak jest.

– Tak uważasz? Że wiem?

– Nie bardzo rozumiem Blondasie, czym ty się martwisz? Od dobrych kilku miesięcy jesteśmy ze sobą, planujemy ślub i dobrze jest nam razem, prawda? A to, że coś się w moim życiu kiedyś podziało..Nie mam na to wpływu. Prawda jest taka, że nie utrzymuję z Nim dobrowolnie żadnych kontaktów, nie chcę i ta decyzja zapadła długo przed tobą. A jeżeli z jakiś przyczyn on będzie chciał wrócić – no cóż – nie podzielę się na pół i nie ulegnę ot tak cudzemu widzimisię. Myśląc logicznie, biorąc pod uwagę co się zmieniło i jak wygląda teraz moje życie..Uważam, że nie powinieneś czuć się zagrożony. Jeszcze od czasu do czasu miewam lekkie stany refleksji, ale są chwilowe i nie przesłaniają tego, co się dzieje tu i teraz. Kocham Cię, a decyzja o tym, że będę twoją żoną jest w pełni świadoma i szczęśliwa. Mało tego, chcę mieć z tobą dzieci. Uważam, że będziesz fantastycznym tatą za jakiś czas, a skoro i o tym myślę, to wiedz, że jesteś dla mnie aktualnie ponad połową mojego świata.

Blondas zamknął laptopa i uśmiechnął się do niej uroczo.

– Dzieci mówisz – przysunął się, a jej serce jak zwykle w takich momentach zaczęło walić jak oszalałe.

– Tak – pocałowała go w czoło i wstała. – Więc weź się w garść Mój Drogi i przestań – cmoknęła na niby niezadowolona – mnie tu.. podrywać przy okazji.

– Ja??? – udał  oburzenie. – A kto komu wtargnął w piżamie do pokoju? I jeszcze wspomina o dzieciach?

– No tak, no tak – Meg oddaliła się na bezpieczną odległość – dlatego ten KTOŚ już wychodzi ha!

– A jak bym obiecał, że nic się nie wydarzy, bo będę zachowywał się jak trzeba? Czy ten Ktoś w piżamie zostanie jeszcze trochę?

– ABSOLUTNIE – Meg uśmiechnęła się szeroko i zamachała w powietrzu na pożegnanie.

– Kocham Cię Mała, dobranoc – odwzajemnił uśmiech Blondas i zniknął za drzwiami, które ostrożnie zamknęła za sobą Megi.

Kiedy przykryła się lekką kołdrą, obleczoną w pachnącą i porządnie wyprasowaną pościel pomyślała, że tam za ścianą jest jej wybór. Świadomy, konkretny, taki na który czekała. Zbyt wiele osób nura się w przeszłości, albo dla odmiany woli zastanawiać się co wydarzy się kiedyś. Tu i teraz mija bezpowrotnie, dlatego Megi zaczęła doceniać drobne gesty, autentycznie czerpać radość z rzeczy niewielkich, z miłych spotkań, z uśmiechu, wspólnego czasu. Nie było łatwo, bo całkiem po drodze jest człowiekowi ze smutkiem, nostalgią i tęsknotą. O wiele łatwiej jest się gniewać i obrażać. To Blondas był jej rzeczywistością i to, co aktualnie działo się między nimi, dawało jej poczucie spełnienia. Wszyscy dostrzegali jej autentyczną radość. Jeszcze zanim pojawił się Blondas postanowiła nie bez boleśnie uporać się z wieloma dziwnymi relacjami, musiała zaakceptować pewne kwestie, uporządkować to, co wkoło niej i dopiero, kiedy pewnego dnia spojrzała w lustro odkryła na nowo siebie. Mniej rozdygotaną, mniej ponurą. Kiedyś nie wierzyła w optymizm, w mówienie „będzie dobrze”, w paplanie o przyciąganiu szczęścia, ale jak wielki postęp zachodzi w człowieku, kiedy on autentycznie chce coś w sobie zmienić, co daje mu spokój ducha. Uwielbiała ten stan, bo czuła, że droga, którą od jakiegoś czasu kroczy jest jej drogą. I chociaż bywają momenty trudne, spokój ducha pozwala wiele znieść.

Tuż po śniadaniu, wypoczęci i wyspani  Megi i Blondas ruszyli nad rzekę, w której przyjezdni spędzali ponoć całe dnie. Tymczasem na miejscu nie było nikogo, więc Megi ulokowała się na kocu z książką, a Blondas przymierzał się do wody.

– Tylko pamiętaj, ja nie potrafię pływać, więc w razie czego…- Megi spojrzała na Blondasa szeroko otwartymi oczyma.

– No właśnie, może czas najwyższy żeby się nauczyć hm?

– Może – zamyśliła się – ale niekoniecznie dziś i niekoniecznie tu. Wydaje się dosyć głęboko.

– Kochanie, a po co ja jestem? Podczas wakacji na początku studiów często dorabiałem na basenie, więc polecam swoje usługi, zresztą nie tylko te – mruknął znacząco.

– Idź już – prychnęła Meg, układając pod głową zwinięty w rulon polar.

Wiedziała, że zabawią tu trochę jako że Blondas pływać lubił, a w tej rzece ponoć najbardziej od małego. Z biegiem przeczytanych stron zaczęli pojawiać się ludzie, więc Meg od czasu do czasu obserwowała ich zza swoich okularów. Blondas kilkakrotnie uraczył ją na chwilę mokrym uściskiem lub pocałunkiem, ale w większości był w wodzie, aniżeli poza nią. Pomógł nawet jakiemuś malcowi zdobyć kamyk, który tamten wypatrzył w głębinach.

– Dziękujemy – uśmiechnęła się szeroko najpewniej młoda mama chłopczyka. – Spójrz – zwróciła się do synka – jak Pan świetnie pływa. Ty też kiedyś będziesz tak pływać.

– Będę – pisnął maluch i oddalił się wraz z kamykiem nieopodal Megi.

Blondas widząc jej minę skinął głową do młodej mamy i wynurzył się.

– Uwielbiam tu być – oznajmił, kiedy usadowił się obok niej.

– Powoli wiem dlaczego. Niezłe..hm..widoki.

– No cóż z perspektywy faceta wręcz idealne. Zauważyłaś, że jestem tu sam wśród kobiet?

Rzeczywiście, dookoła nich pełno było młodych dziewczyn.

– Pięknie – westchnęła Megi – tylko błagam nie popisuj się aż nadto.

– Uwielbiam te twoje miny zazdrośnico.

– Co? Zazdrośnico? – Megi odłożyła książkę. – Nigdy!

– Rumienisz się Żabko.

– Bo Słońce świeci i jest gorąco.

Ich dogadywania przerwała głośna wymiana zdań dwóch dziewczyn z młodym chłopakiem, który nadciągnął od strony lasu.

– Odwal się ode mnie – burknęła brunetka w stronę dobrze zbudowanego szatyna.

– Nie odpisujesz, nie oddzwaniasz, co ty sobie myślisz, że nie wiem? Nie wiem, że wolisz tego patałacha, tego dziada na motorze?

– A nawet gdyby to nic ci do tego! – Brunetka wstała, a za nią jej koleżanka i zaczęły zbierać swoje rzeczy.

– Ty myślisz, że ja jestem głupi? Że mnie tak można kopnąć z dnia na dzień?

– To trzeba było myśleć, nim zacząłeś podrywać jakąś idiotkę na dyskotece.

Atmosfera gęstniała i już nikt nie udawał, że nie słyszy o czym na oko licealiści rozmawiają.

– Kto ci takich głupot naopowiadał? – Chłopak rzucił rozeźlone spojrzenie koleżance brunetki. – Tyle razem jesteśmy i ty dalej nie wierzysz w nas? Dalej mi nie ufasz!

Dziewczyny bez słowa odwróciły się od niego i zaczęły kierować w stronę wsi. Nie dane im było oddalić się znacząco, bo Młody chcąc ruszyć za nimi pośliznął się, a, że aktualnie stał na niewielkiej, ale jednak skarpie, wpadł do wody i zaczął się w niej topić.

– Boże! On nie umie pływać! – Lamentowała Brunetka, która automatycznie podbiegła do rzeki. – Dawid! Dawid!

Blondas błyskawicznie zanurkował i wyłowił z wody bladego, wierzgającego młodzieńca.

Megi, która pierwszy raz była świadkiem czegoś podobnego, z wrażenia stała chwilę w miejscu odrętwiała, ale dosyć szybko odzyskała świadomość i kiedy Blondas doholował młodego na brzeg, automatycznie przejęła chłopaka.

– Usiądź tutaj – doprowadziła go do ich miejsca i opatuliła ręcznikiem. – Dziewczyny, uspokójcie się – mruknęła do zalanych łzami koleżanek nieboraka. – Wszystko okej? – zwróciła się do ofiary losu.

– Tak, dziękuję – wysapał on.

– Do czego to doszło – szepnęła przestraszona matka małego chłopca. – Żebyście takie rzeczy robili.

Megi zdobyła się na odwagę i do zgromadzonych wygłosiła treściwy komunikat.

– Proponuję, aby zdarzenie było przestrogą na przyszłość. Niewiele brakowało, a to beztroskie miejsce mogło stać się miejscem tragedii. Co wy sobie w ogóle wyobrażacie dzieciaki! – Huknęła w stronę przerażonej trójki – Że życie to zabawa? Macie pierwszą lekcję, że nie, a jak nie wyniesiecie z tego porządnej refleksji na przyszłość, to bądźcie pewni, że podczas drugiej takiej sytuacji tak dostaniecie po tyłku, że się nie pozbieracie. Jazda do domu!

– Odwiozę ich, tak się składa, że chłopak jest synem sąsiadów – wtrąciła mama chłopca – Już ja sobie z Jurkiem i Elą pogadam, wnet wam głupoty z głowy wylezą. – Podziękuj Panu, bo już by Cię na świecie nie było.

– Dziękuję – pośpiesznie odrzekł chłopak, czerwony i spocony ze wstydu. – Bardzo dziękuję.

– No no no Mała. Reprymenda godna pani dyrektor – rzekł Blondas, kiedy zostali sami.

– Mógł się utopić i ty..Przez jakieś idiotyczne..Boże Blondasie..

– Ej no co ty – Blondas przytulił drążącą Megi.

– Jesteś wspaniały wiesz? – Spojrzała na niego szklistymi oczyma. – Naprawdę. Uratowałeś mu życie.

Przytuliła go z całych sił, aż jęknął. Damski tłum rozszedł się, ale widać było, że Blondas zrobił niemałe wrażenie. Jakoś jednak chęć do pływania odeszła mu, ale mimo incydentu pozostali nad rzeką.

– Może obejrzymy sobie wieczorem film? „Światło między oceanami”?

– Brzmi nieźle – usłyszała zza książki.

– Co ciekawe spójrz na aktora. Przypominasz go…

– Czy ja wiem…- Blondas zmrużył oczy, spoglądając na zdjęcie.

– Tylko jesteś bardziej…ee… – Megi się powstrzymała – milszy.

– Milszy? – Wybuchnął śmiechem Blondas.

– No tak i masz duże, błękitne oczy.

– A to akurat prawda – przyznał, przewracając stronę.

– I jesteś moim bohaterem.

– Cały jestem twój.

Megi odwróciła się na bok w jego stronę.

– Megi…Czytam, a ty mi tu…

Megan zamknęła jego książkę.

– Gdybym Cię dzisiaj straciła…

– Megi jestem tutaj, wszystko dobrze…

Położyła głowę w okolicy jego szyi.

– Blondasie, chciałabym żebyś wiedział, że przeogromnie Cię kocham.

– Wiem.

– I chociaż czasem może Ci się wydawać, że jestem jakaś taka oschła czy coś…

– Na to bym nie wpadł, że jesteś oschła. Ironiczna bywasz i zdystansowana, ale oschła?

– To dlatego, żeby w tym wszystkim była jakaś równowaga…

– Rozumiem i nie mam za złe – uśmiechnął się.

– Myślisz, że dostaną w domu burę?

– Wstyd przy 15 osobowej ekipie to już wystarczająca wtopa, ale tak, pewnie tak. Ta blondyna, matka chłopczyka wyglądała na taką co to zaraz rozpowie we wsi co się stało.

– Będziesz miejscowym supermenem!

– Ty to może lokalna gazeta do mnie przyjedzie? Ale powiem im, że wywiad ze mną możesz przeprowadzić tylko ty.

Megi objęła go czule. Ich ciała mimo cienia były gorące. Wiatr lekko muskał jej włosy, a od rzeki bił przyjemny chłód.

„Pragnę miłości twej i kocham miłość twoją,

Jak kocham wszystko, co idzie z oddali;

Jak kocham ciemny, bezbrzeżny ocean,

Bo w rozbudzonej mocy i spienionej dumie

Wyrzuca z toni swych perły,

Których żadne jeszcze nie widziało słońce;

Jak kocham drzew rozkołysanych szumy,

Płynące z mrocznej gęstwy głuchej puszczy leśnej,

Bo niosą wieści co się rodzą w ciszy,

Wieści nikomu nie opowiadane;

Jak kocham letnią rozsrebrzoną noc,

Bo przestwór tłumem dziatwy swej bladej zaludnia,

Tłumem marzeń milczących,

Co o północnej budzą się godzinie

I przecierają oczy zdziwione…

A mają takie ciemne głębokie spojrzenia…”*

 

– Megi?

– No?

– Przestań na chwilę gadać…

 

*Miłość – Leopold Staff