BABCIA WISIA, SOK Z PORZECZEK I WIELKA TĘSKNOTA CZ.1

Ponoć śniadanie definiuje w dużej mierze to jakim człowiekiem się jest. Meg uwielbia niewyszukaną, nieskomplikowaną bułkę z serem żółtym. Właściwie ten duet może dla niej funkcjonować bez żadnych dodatków. I trwa przy nim niezależnie od statusu swoich zarobków przez lata.
Zupełnie inaczej do śniadania podchodzi Blondas. Urozmaica je codziennie. Wymyśla na co tym razem ma ochotę – raz jajecznica, raz naleśniki. Innym razem tosty. Czasem w locie chwyta jabłko lub inny owoc.
Megi nie lubi zmian. Przyzwyczaja się do dobrze sprawdzonych ścieżek. Kiedy już coś zaakceptuje trwa przy tym wiernie. Blondas natomiast szuka nowych rozwiązań. Wychodzi na przeciw wszystkiemu co inne. Nie lubi rutyny.
Czy zatem teoria śniadaniowa się sprawdza? W ich przypadku nawet bardzo.
Tak czy siak po dzisiejszym błogim poranku wybierają się do jego dziadków. Tam sera żółtego raczej nie będzie, ale za to Babcia Wisia z całą pewnością zadba o to, żeby nikt nie czuł się głodny.

  • Bardzo lubię twoją babcię – rzekła Megi prostolinijnie.
  • Ona też Ciebie bardzo polubiła – uśmiechnął się Blondas.
  • Opowiesz mi coś o dziadkach? Właściwie nic nie wiem oprócz tego, że Babcia była położną, a dziadek wojskowym.
  • Poznali się, kiedy babcia miała 19 lat. Dziadek jest starszy o 3. Gdzieś w szpitalu na korytarzu zobaczył ją po raz pierwszy. Ojciec babci był lekarzem i zgłosił ją na praktyki, bo młoda wówczas Wisia oznajmiła rodzicom, że chce być położną. Niezbyt byli szczęśliwi jej wyborem, ale widząc jej upór, postanowili jej pomóc. No i dziadek się napatoczył, zakochał ponoć natychmiast w blond piękności, ale ona go nie chciała.
  • Jak to? – Megi nie mogła uwierzyć w ten niespodziewany zwrot akcji.
  • No bo miała jakiegoś Leszka, czy kogoś. Babcia go zawsze nazywała adoratorem.
  • To jak to się stało, że jednak dziadek wygrał?
  • Szczerze to nie wiem – wzruszył ramionami Blondas. – Może po prostu ujął ją konsekwencją?
    Po półtoragodzinnej podróży przyjechali pod dom dziadków. Oczywiście obydwoje czekali na nich z obiadem i nalewką.
  • Ty dziadku z tą nalewką to gości przytwierdzasz do tego miejsca – mrugnął Blondas wesoło.
  • Ano. Musisz wiedzieć, że po nalewce subtelnie wszyscy się dobrze czują.
  • Wiem, czuję – zaśmiał się Blondas. – Babciu, Megi w drodze pytała o to, jak to się stało, że dziadek zdobył twoje serce mimo adoratora. Nie wiedziałem co mam powiedzieć.
    Babcia Wisia niepodziewanie nieco się zarumieniła.
  • Stare dzieje. Że też kogokolwiek to interesuje.
  • No jak to, jak? – przejął inicjatywę dziadek, uśmiechając się lekko. – Pomogłem przy porodzie.
  • Że co? – Blondas był zupełnie rozbity tą wiadomością.
  • Przyjechałem do Wiśki, bo miałem przepustkę. Bardzo się przyjaźniliśmy, więc chciałem ją zobaczyć. No i akurat tak było, że przywieźli jakiś rannych z wypadków, brakowało lekarzy i Wiśka musiała odebrać z położną poród. Coś tam się pokomplikowało i potrzebna była dodatkowo pomoc, no to pomogłem. Nie było wyjścia.
  • Cały mundur miałeś wtedy zakrwawiony.
  • Ale dziecko urodziło się zdrowiuteńkie. Chłopak.
  • Dziadek był bohaterem. Cały szpital o nim mówił. Nawet sam dyrektor gratulacje złożył.
  • No i po tym, jakoś tak babcia zaczęła inaczej na mnie patrzeć.
  • Bo się okazało, że masz bardzo dobre serce.
    Po obiedzie Megi i Blondas zostali zaciągnięci do zbierania porzeczek na sok, co zajęło dobre kilka godzin.
  • Starsi ludzie mają zwykle taką tęsknotę w oczach, zauważyłeś? Nie wiem czy to sentyment, czy co?
  • Tęsknota chyba, ale ta historia w szpitalu totalnie mnie zdziwiła.
  • Dlaczego?
  • No nie wiem, jakoś dziadek i poród – to mi się ze sobą nie łączy.
  • A mnie się wydaje, że on po prostu zgrywa tylko takiego twardziela.
  • Pewnie tak. No wiesz…Chłodny rytm wojskowy na pewno zmienia człowieka.
    Meg nagle poczuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie, a słowa Blondasa słyszy niewyraźnie.
  • Meg, co jest? Pobladłaś – zauważył to.
  • Słabo mi – wymamrotała.
    Osunęła się na pachnącą, zacienioną trawę. Pamięta ten zapach z dzieciństwa. Całe letnie dni spędzała na łące. Gdzieś rosła mięta, w innym miejscu rumianek i ukochana niezapominajka. Wszystko wirowało coraz szybciej aż w końcu zapadła ciemność…
Reklamy

ZAKLINACZ CZASU

-Boże jedyny, jakie to było ciężkie – westchnął Blondas spoglądając na urodzinowy prezent Meg. – Że też się zgodziłem.

-Ano – odezwała się przyszła solenizantka. – Jest przepiękny!

-Megi, aż się boję zapytać co zażyczysz sobie za rok. Pianino?

-Gdybym tylko umiała grać – rozmarzyła się nagle. – Chociaż wolałabym skrzypce…

Siedzieli w kuchni przy porządnie wyszorowanym drewnianym stole. Meg uparła się na ten stół, tak zresztą jak na ów nowy nabytek – kremowy, dużych rozmiarów kredens. Kiedy Blondas kilka tygodni temu zapytał, co może jej podarować na 31 urodziny, bez wahania odparła co.

-Już wiele razy to mówiłem, ale powtórzę jeszcze raz…często mnie zadziwiasz. Kobiety wolą chyba kosmetyki, kwiaty, kolację, a ty zwykle prosisz o coś do domu. Jak nie stół to kredens. Wcześniej rośliny na balkon. Hitem było to jak na Walentynki orzekłaś, że najlepszym prezentem będzie odmalowanie wspólnymi siłami sypialni.

-Bolesławiec zasługuje na wyjątkową oprawę, a kredens jest idealny na to. Poza tym Kochanie – podeszła do jednej z szafek i otworzyła ją z namaszczeniem – czujesz jak on pachnie drewnem? Jak uroczo delikatnie skrzypi? Jak gdyby mówił…

-Myślę, że nie bez wpływu na ten twój zachwyt naturą ma to, że wychowałaś się na wsi.

-Ale ja nie lubię wsi. Kocham naturę, ale nie wieś. Mogę tam być na chwilę, ale na dłużej wcale…

-No dobra, ale samo to, że lubisz przestrzeń, zieleń i naturalne materiały nie wzięło się znikąd. A to, że zamiast paneli wybraliśmy deski dębowe? Ty zwracasz uwagę na takie detale jak zwykłe krzesło nawet. A poza tym zauważyłem, że jakoś tak współistniejesz z tym wszystkim, a ja na tym tylko zyskuję.

-Raczej tracisz, bo wydajesz fortunę na mnie – odrzekła z przekąsem.

-Na nas Mała, na nas – jak zwykle w tym momencie zaprotestował. – Na początku nie powiem, dziwiło mnie to twoje uwielbienie do rzeczy trochę starych, trochę zapomnianych, ale później, kiedy pokazałaś mi tę swoją porcelanę, kiedy opowiedziałaś jak się ją tworzy, pojąłem, że Ciebie nie interesuje badziew…I sam zacząłem być uważniejszy, bo faktycznie po co wydawać kasę na coś bezsensownego w ilości przemysłowej, kiedy można zainwestować w dwa, ale za to szlachetne kubki. Gorzej jak się stłuką.

-Ty się z tego śmiejesz, hej! – prychnęła na niby, ale po chwili zaśmiała się uroczo. – Wiesz ja tak sobie myślę, że w tych wszystkich rzeczach jest jakaś siła, jest jakiś trud, jakiś człowiek, jego talent, jego czas. To takie energetyczne zaklinacze czasu. Bardzo to Kocie doceniam. I pewnie dlatego ten mój zachwyt nad stołem, nad kredensem.

-Też nie lubię, jak z domu robi się minimalistyczne muzeum. Chyba bym w czymś takim nie wysiedział.

-A ja się bałam, że ty będziesz miał inny gust i, że będzie zgrzyt. To dopiero kłopot jak para nie może zgodzić się na jakąś wspólną wizję mieszkania. Np. on chce za wszelką cenę czarną kuchnię, a ona woli kolorową.

-Ja w ogóle nie myślałem o takich rzeczach. Mieszkanie jak mieszkanie. Ty dopiero stworzyłaś tutaj dom, ale już wiem dlaczego…

-Tak?

-Książki, kwiaty, maszyna do pisania. Kilka obrazów impresjonistycznych, zdjęcia, porcelana…

-Fajans – poprawiła go.

-Okej, fajans. Obiad, radio, obecność…

-Wiesz, kiedy podobasz mi się najbardziej? – przypomniała sobie nagle.

-Hm?

-Kiedy majsterkujesz. Marszczysz wtedy tak śmiesznie nos i próbujesz okiełznać moją niecierpliwą naturę, podsuwając mi jakieś zawiłe obrazki, czy instrukcje.

-One wcale nie są zawiłe – uśmiechnął się dobrodusznie.

-Dla mnie są. Imponujesz mi zawsze ilekroć coś montujesz, przekręcasz, nawet jeśli są to rzeczy drobne. To też jest dom Blondasie, bo to ty go wskrzeszasz wtedy na nowo.

-Dobra tam – zauważył jej zachwycony wzrok i speszył się po swojemu, chociaż wiedziała, że myślami z metr nad Ziemią się uniósł na pewno. Uwielbiał pochwały. – Wiesz o czym marzę? – kontynuowała. – Żeby nasze dzieci pewnego dnia, gdy usiądą przy tym stole, czuły naszą wspólną energię. Żeby wiedziały, że ich rodzice potrafili tu spędzać wspólnie czas, że był przy tym szacunek i zrozumienie. I jak będą patrzyć na kredens, żeby czuły siłę charakteru i siłę marzeń. Bo ja o tym kredensie marzyłam, tak jak marzyłam o stole i Tobie, że przy tym stole usiądziesz obok mnie…-nie wiedzieć kiedy po jej policzkach pomknęły łzy niepohamowanego wzruszenia. I jak się później okazało nie tylko ona się wzruszyła…

KRYZYS W ZWIĄZKU

Zdarzają się w najlepszym związku kłótnie. To normalne i zdrowe, bo cóż z tego, że dwie osoby kochają się mocno, przyjaźnią i lubią spędzać ze sobą czas,
jeśli życie stawia przed nimi wiele wyzwań, mnóstwo różnorakich osób, w tym także pokus.
Megi cały ostatnio czas spędzała jeśli nie w pracy, to znowu pomagając Mamie w przeprowadze. Ponadto chciała jak najlepiej wykorzystać maj, dlatego kurs językowy
trochę ją pochłonął. Ale Blondas nie protestował, zajęty swoimi sprawami.
Tymczasem okazało się, że w jego firmie przybyła bardzo atrakcyjna młoda dama, która zechciała razu pewnego do nich wpaść. Pardon – wpaść do Blondasa.

  • Dzień dobry, Milena – rzekła na progu atrakcyjna, dobre kilanaście centymetrów wyższa, blond piękność.
  • Dzień dobry – rzuciła niewiele rozumiejąca z tej wizyty i nieco nieprzytomna Meg.
  • Czy zastałam męża? Byłam w okolicy i pomyślałam, że podrzucę mu dokumenty.
  • Ach tak – zająknęła się Megi szukając w głowie jakiejś sensownej odpowiedzi. – Męża nie ma, ale chętnie przekażę co trzeba.
  • Rozumiem – posmutniała wyraźnie Milena. – W takim razie proszę mu to dać.
  • Nie ma sprawy – Meg przejęła dwa duże segregatory i kiedy już chciała się pożegnać, wycofując do wnętrza mieszkania, usłyszała:
  • Ma Pani wspaniałego męża. Jest przefantastycznym człowiekiem. I świetnym szefem.
  • To prawda, dziękuję.
  • Uwielbiam z nim pracować.
  • Miło mi.
  • Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja się spotkać. Do widzenia.

Megi z natury bywała zadrosna. O Blondasa szczególnie, bo wiedziała, że ma w sobie dużo wdzięku i mądrości. Starała się jednak nie okazywać po sobie, jak
bardzo się on jej podoba i jak bardzo nie lubi, gdy wokół niego kręcą się namolne kobiety.
Sam zainteresowany nie sprawiał wrażenia zaskoczonego tym, że Milena wpadła z papierami.

  • Wysyłam ją to tu to tam, żeby załatwiała te sprawy na które ja nie mam czasu. Ma do tego dryg.
  • Aha – rzekła na to Meg, czytając książkę. Niby czytając.
  • Nie mówiłem Ci o niej, bo nie wiedziałem, co z tego będzie. Okazuje się, że jak narazie się sprawdza.
  • Yhm.
  • Co jest?
  • Nic.

Ale kiedy Milena zaczęła stopniowo przekraczać granice i dzwonić po 22, Meg nie wytrzymała.

  • Nie podoba mi się to.
  • Megi, to jest naprawdę ważna sprawa.
  • Nie. Umówiliśmy się, że nie będziemy odbierać służbowych telefonów wieczorami i w
    nocy.
  • No tak, ale…
  • Nie ma żadnego ale…

Od tamtego czasu Blondas się obraził. Po raz chyba pierwszy przestał się do Megi odzywać twierdząc, że jest przewrażliwiona.
Pewnie kiedyś, Meg na fali emocji spakowałaby walizkę, trzasnęła drzwiami i tyle. Teraz postanowiła wykorzystać sprzeczkę do umocnienia ich związku.
Blondas wrócił o 18, ale nie zastał jej ani w kuchni, ani w sypialni. Meg leżała w wannie w otoczeniu świeczek i połowy butelki wina.

  • Hej – zapukał i wsunął blond czuprynę do łazienki.
  • Hej – zamrugała delikatnie znad laptopa. – Obiad w lodówce i częściowo na patelni – uśmiechnęła się.
  • Piszesz? – Blondas nie dawał za wygraną.
  • Tak.
  • Mogę przeczytać później?
  • No jasne.
  • Gniewasz się jeszcze?
  • Odrobinkę.
    Wszedł do środka i usiadł obok wanny.
  • Nie musisz być zazdrosna.
  • Ale jestem.
  • Okej, ale, wiesz przecież, że jesteś jedyną kobietą na którą spoglądam z miłością.
  • Ale ja nie jestem jedyna, która tak na Ciebie patrzy.
  • A to moja wina?
  • Absolutnie. Ale twoja, że rozpalasz nadzieje…Niepotrzebne.
  • A jak?
  • Nie wyprzedzając pewnych sytuacji.
  • A co to według Ciebie znaczy?
  • To, że w oparach zapachu mojego olejku do kąpieli i alkoholu, który przed chwilą wypiłam, jeśli zaraz stąd nie wyjdziesz, wepchnę Cię choćby siłą do wanny, żeby się
    z tobą kochać. Aby tego uniknąć musisz opuścić łazienkę, bo wszelkie warunki sprzyjają tejże scenie. A jeśli warunki sprzyjają to rozum nie ma nic do powiedzenia.
    Wyprzedzić sytuację to innymi więc słowy nie dopuszczać do sprzyjających warunków.
  • A co jeśli ja, jeżeli chodzi o Ciebie – nachylił się lekko – nie mam ochoty wyprzedzić sytuacji?
    Meg odłożyła laptopa i zwinnym ruchem zdjęła z niego koszulkę.
  • Będziesz totalnie bezbronny – szepnęła wprost do jego ucha.
    Wpakował się do wanny, a Megi oparła się o niego.
  • No cóż, jeżeli tak ma wyglądać cena za moją bezbronność to mogę się temu poddawać choćby codziennie.
  • Ale ja nie chcę, żebyś był bezbronny, bo stracisz czujność – szturchnęła go w bok, a on nerwowo się poruszył.
  • O ty! Chodź tu do mnie!
  • Nie chcę, żebyś wpadł w samouwielbienie – prychnęła, kiedy przytulił ją do siebie.
  • No coś ty – uśmiechnął się. – Przy tobie samouwielbienie nie istnieje. Zawsze uraczysz mnie karcącym, pionizującym spojrzeniem.
  • E tam – zachichotała.
  • Poza tym – dodał – jak tak myślę o nas, o tym co za nami, to Milena wydaje się mało istotnym epizodem.
    Wiedziała co miał na myśli.
  • Życie Kochanie składa się z małych, drobnych epizodów, bo samo istnienie jest spektakularnym cudem.
  • To prawda – przyznał. – Mam ją zwolnić?
  • Nie widzę powodu. Masz zwyczajnie wyznaczyć granicę każdej kobiecie i każdemu mężczyźnie, który w jakiś sposób będzie nastawał na nasz rytm.
    Komórka zapiszczała. Milena.
  • Słucham – odebrał Blondas.- Tak..Yhm..Na jutro? Okej. Dzięki za wiadomość i taka prośba, żeby tego typu sprawy załatwiać w czasie naszej pracy do 17, bo nawet nie bardzo mam jak teraz rozmawiać, ani to zapisać w porządku? Nie, nic nie szkodzi. Cieszę się, że się angażujesz, ale wystarczy jak dowiem się następnego
    dnia. Dzięki, pozdrawiam.
    Odłożył telefon.
  • Zadowolona?
  • Wiesz co Ci na to powiem?
  • Co?
  • Zamilcz wreszcie i całuj!

Strajk nauczycieli – co ty o tym myślisz?!

Meg, halo? Zośka znowu do szkoły nie idzie, ja zwariuję dosłownie przez ten strajk. Mogę małą do Ciebie podrzucić na kilka godzin, plis! A właściwie co ty o tym wszystkim myślisz??? O tym całym strajku?

Mózg się lansuje od myśli dosłownie.

Zacznijmy może od tego, że właściwie w przedszkolu i szkole człowiek pierwszy raz konfrontuje się z grupą swoich rówieśników. Tam nagle okazuje się, że ktoś ma fajniejszą zabawkę, ciekawsze bycie. Po raz pierwszy w tym tłumie zaznajemy uczuć, które być może były mu dotąd obce.

Megi nie lubiła swojego przedszkola, chociaż właściwie było tam całkiem spokojnie. Przyjaźniła się z dziewczynkami, z chłopakami różnie. Raczej przyglądali się sobie i względnie tolerowali. Później szkoła. Tak bardzo na nią czekała. Bolał ją brzuch z emocji, ale dzielnie z nowym plecakiem, książkami i zeszytami ładnie opakowanymi przez mamę, zielonym piórnikiem jakoś odnalazła się w zupełnie nowym środowisku oddalonym od bezpiecznego schronienia jakim był dla niej dom 15 kilometrów.

Ale jakoś za szkołą nigdy nie przepadała. Jak tęskniła to za konkretnymi postaciami, nie za szkołą. Szkoła od czasu do czasu doceniała ją, ale mało. Raczej pierwsze skrzypce grali ci, którzy zwyczajnie byli dobrzy ze wszystkiego. Oni lubili rywalizować i musieli być naj, albo tak po prostu wychodziło.

Nauczycieli też niespecjalnie lubiła. Było kilka osób, które szanowała za zasady i wiedzę. Jedna pani od niemieckiego zaraz po studiach sprawiła, że na kilkanaście miesięcy polubiła niemiecki. Jedna młoda nauczycielka od polskiego komplementowała głośno jej sposób pisania i aktywność w dyskusjach. A kiedy wychowawstwo objęła zupełna świeżynka nawet przez chwilę Meg zrozumiała matematykę.

I tyle w temacie szkoły. Od tamtej pory Meg ma takie wspomnienia, że właściwie za wyjątkiem platformy znajomości, czytania i pisania wiele ze szkoły nie wyniosła. A przecież edukacja jest priorytetem w życiu. Jeśli jest dobrze poprowadzona, człowiek ma odpowiednie narzędzia do tego jak sobie radzić, kim być, w jaki sposób pomagać swoją wiedzą innym.

Być może zupełnie wprost, ale…Ten strajk był niefortunny. I to nie dlatego, że nauczyciele nie powinni zarabiać więcej. Każdy powinien mieć godziwą pensję. Rzecz się rozchodzi o sposób.

Dwa roczniki kończyły podstawówkę, gimnazjum, za chwilę matury. Fatalny moment na strajk, biorąc pod uwagę, że w sytuacji dodatkowych funduszy w maju dla emerytów, w lipcu na dzieci i z pustego Salomon nie naleje.

Zaraz ktoś powie – Jak to z pustego?! Ano tak to. Jedna strona i druga ma się wrażenie nie zauważają realnych potrzeb, realnych problemów i może przede wszystkim realnych możliwości. Dialogu jakby nie było przez tyle dni?

Straty poniosły dzieci (chociaż te akurat z dodatkowych tygodni wolnego pewnie w większości były zadowolone), straty ponieśli rodzice, którzy musieli kombinować, co z dziećmi zrobić, straty ponieśli dyrektorzy, którzy i tak musieli jakoś rozwiązać temat komisji, świetlic, stołówek i straty ponieśli sami nauczyciele, bo za strajk ponoć pensji nie będzie, bo i tak więcej nie wywalczyli niż pierwotnie proponowano, no i przede wszystkim krytyka społeczna jest na tyle duża, że właściwie każda grupa społeczna na równych prawach mogłaby teraz zacząć strajkować.

Szkoda, że praca nauczyciela coraz mniej jest misyjna, przygwożdżona tonem papierów. Szkoda, że szkoła nie wywala bzdetnych informacji, zastępując je czymś naprawdę potrzebnym, bo ponoć nie może? Szkoda, że właściwie jak pojawia się problem to ni jak idzie go rozwiązać, bo każda ze stron zasługuje w tym wypadku na dwóję i to z dużym minusem za upór.

Nie, nie dlatego, że nauczyciel nie ma prawa zarabiać 5 tysięcy (więcej) i strajkować. Absolutnie ci z powołaniem, pasją do zawodu, tacy, którzy umieją trzymać dyscyplinę, dzięki którym młodym ludziom się chce uczyć, zasługują na wysokie kwoty. Na najwyższe kwoty.

Ale Megi nie miała szczęścia do takich nauczycieli w większości subiektywnie rzecz biorąc, a gdyby miała kogoś nagrodzić to właściwie tylko panie przedszkolanki, bo to one realnie były przy dzieciach, zwyczajnie, po ludzku. I to one, chociaż było na wsi biednie starały się, żeby chociaż tam też bolał brzuch, wracać mimo wszystko.

Szkoda, że nasze społeczeństwo nie umie ze sobą normalnie rozmawiać, bo edukacji o tym jak rozmawiać w momentach kryzysowych nie ma. W ogóle edukacji dot. problemów życiowych nie ma.

I szkoda, że wilkiem trochę każdy, bo przecież o dobro nasze wspólne chodzi. A może nie o wspólne? Może w tym jest właśnie sęk? Tylko, że w tym tłumie przepadają prawdziwe, godne uwagi talenty…

„DLACZEGO KOBIETY KOCHAJĄ ZA BARDZO?”

Meg przeczytała ostatnio książkę dość mocną jak na ten czas, który aktualnie przechodziła w życiu. Właściwie dość mocną chyba niezależnie od czasu jaki przechodzi się w życiu.
Według niej wszystkie artykuły i książki natury psychologicznej dużo wnoszą, ale też grabią nas poniekąd z pewnej spontaniczności. Nie wszystko przecież da się precyzyjnie przewidzieć, wytłumaczyć i też nie o wszystkim chce się mówić. A trochę po takiej lekturze wpadamy w sidła naukowe i próbujemy chwilami nazbyt mocno analizować, i dzielić na części pierwsze, a takie znowu wybebeszanie nie robi wcale dobrze. No, ale nic kartka za kartką i jakoś poszło.
Zdaniem Meg człowiek bez względu na wiek powinien radzić sobie niezależnie od wszystkiego. Od rodziny, jakkolwiek byłaby ona patologiczna. Od swoich wad, bo szczególnie konfrontując się z drugim człowiekiem najlepiej możemy sprawdzić z czym sobie mówiąc wprost kiepsko dajemy radę. Od słabości, a są one przeróżne. Od lenistwa, bo dopada ono każdego.
Zatem literatura psychologiczna interesuje Megi tylko i wyłącznie pod kątem tego jak być bardziej świadomym siebie i co robić, gdy już żywcem nie wiadomo jak się ogarnąć.
Czytając tę książkę z ciekawości wiele, o jakże wiele się zadziało w jej głowie.
Po pierwsze odnalazła kilka kwestii żywcem wyciągniętych z jej życiorysu i postawy. Z drugiej zaś strony, Meg nie czuje. że to, co tam jest, ma przełożenie chociażby na to, że kobieta wiąże się z trudnym mężczyzną tylko po to, żeby udowodnić całemu światu, że oto za jej magiczną sprawą, on się zmieni w wymarzonego księcia z bajki, a w efekcie funduje sobie destrukcyjne życie na bombie. O zgrozo bombie dobrze sobie znanej.
Przecież wiadomo nie od dziś, że nie ma czegoś takiego, jak miłość, która Cię zmieni bez twojej zasadniczej chęci i pracy nad sobą. Ale istnieje chemia między ludźmi, między kobietą i mężczyzną. I tęsknota za kimś, dzięki komu poczujesz się wyjątkowo. I wtedy rozum nie działa. Głos wewnętrzny „uwaga kłopoty” zagłusza mocne, głośne bicie serca.
Meg wyczytała kiedyś, że dotąd dopóki się nie polubisz, nie będziesz w stanie polubić innych. Dotąd dopóki nie potraktujesz siebie fair, innych także będziesz kiepsko traktować. Zmiana zaczyna się od nas samych, ale…
Niektórzy, a może zasadnicza większość potrzebuje impulsów. Potrzebuje czegoś lub kogoś, aby było łatwiej wytrwać.
Prychnęła jak zobaczyła tytuł. Co to więc znaczy ZA BARDZO KOCHAĆ? Potem się okazało co. Obsesyjnie.
Megi miała kilku partnerów, w wielu podkochiwała się też platonicznie, wyobrażając sobie jak to byłoby cudownie u ich boku trwać.
Wszyscy z nich byli inteligentni, przystojni i w jakiś sposób jej imponowali. Mieli też pierwiastek „życiowego ciapy”, którym ona chętnie by się zaopiekowała i wskazała właściwy kierunek.
Kiedy znikali z jej życia jej serce przepełniała prawdziwa rozpacz, jak gdyby życie Megi rozpadało się na miliardy małych kawałków. Był rodzaj przemożonego smutku i fizyczny ból. Była apatia i niechęć do tego, co będzie dalej. W dodatku Meg wiedziała, że lubi za mocno kontrolować związek zwłaszcza i też nie wiedziała właściwie dlaczego jej myśli fokusowały się właściwie na jednym – na nim, jak gdyby wraz z pojawieniem się
uczucia wszystko inne przestawało mieć znaczenie.
Aż pewnego dnia powiedziała – dość, chociaż tak naprawdę zadziałała zupełnie po swojemu.
Odcięła się od tych, którzy ściągali ją w dół emocjonalnie. Którzy powodowali zasadniczy dyskomfort i byli niewspółmierni z jej byciem. Okazało się po tej selekcji, że miażdżąca większość odeszła.
Wtedy pojawiła się prawdziwa pustka, bo nagle nie ma kogoś z kim wyskoczy się co trzeci dzień do kina albo na spacer. Do kogo zadzwoni się w każdej chwili. Telefon otulił się grubą warstwą wymownej ciszy. Nikt najwyraźniej jej nie potrzebował.
Ciężko było żyć jedynie pracą, bo gdy ta się kończyła (urlopy, wakacje, święta) okazywało się, że Internet Megi nie zastąpi bliskości przyjaciół i rodziny. Nie zagłuszy jej pragnień.
I tak powoli zaczęła krok po kroku odkrywać co by chciała. Przeprowadziła się do nowego miejsca. Zaczęła na nowo ćwiczyć. Wróciła do czytania. Zaczęła gotować.
W prostych rzeczach odkrywała przyjemności.
Pozwoliła sobie od czasu do czasu na szaleństwo w postaci zakupów czy wyjścia gdzieś.
Zaczęła doceniać spotkania z rodziną jeszcze bardziej. Równolegle myślała o przyszłości. Wizualizowała szczęście. Że ktoś za kim tęskniła, powróci, albo chociaż napisze. Że będzie miała świetny dom z kochającą, wspierającą osobą u boku. Że zacznie podróżować o czym tak od dawna marzyła. Że będzie miała spokój w głowie, bo przyjaźń z Bogiem da jej ogromną siłę. Że nie pozwoli się przytłaczać smutkom, a miłość, którą napotka potraktuje ufnie i da jej trochę swobody.
No i taką zastał ją Blondas.
Wcale nie zapłakaną i wcale nie obłąkaną, bo znowu coś w życiu nie wyszło.
Wręcz przeciwnie, jeśli człowiek nauczy się mocno i wytrwale wizualizować szczęście i dobrą energię, uwolni dobre moce i nie da się przygnieść porażkom. To od nas zależy kim jesteśmy.
Wcale nie od genów, od rodziny, od przyzwyczajeń. Od tego, że na świecie głód, choroby i zło. To od nas zależy jak spoglądamy na do połowy wypełnioną szklankę. To od naszej pracy na sobą zależy czy nam się uda. I wiary, bo chociaż w książce mowa o tym, że sama ona nie wystarczy (to prawda) to jednak wiara jest mostem między sercem, a rozumem.
Zanim ten most w nas nie powstanie i realna chęć zmiany na lepsze swojego życia, tak długo przeszłość niekiedy bardzo bolesna i smutna przygniatać będzie codzienne światło i to zewnętrzne i to wewnętrzne.

Pytanie tylko czy chcesz być radosnym, silnym człowiekiem? Czy jesteś gotowy na szczęście? Czy podejmiesz energetyczne wyzwanie nie dla niej czy dla niego, ale dla siebie? Czy masz chęć z życia uczynić życie, a nie egzystencję?

Prezent

Pewnego dnia, kiedy Megi wróciła do domu, Blondas czekał na nią z tajemniczą miną.

  • Mam coś dla Ciebie – oznajmił. – Zgadnij.
  • Eee – zawahała się, bo nie bardzo lubiła rozwiązywanie zagadek. – Nowy zegarek? (pomyślała o tym w pierwszej kolejności, bo ten stary nieco ją ostatnio zawodził).
  • Zimno – pokręcił przecząco głową Blondas.
  • Hmm – zastanowiła się. – Jakaś wycieczka?
  • Oj zimno, zimno.
    Nagle z sypialni doleciał dziwnie znajomy dźwięk. Jak gdyby pisk.
    Meg spojrzała zaskoczona w tamtym kierunku.
  • Co to? – zapytała. Blondas podszedł do drzwi i otworzył je delikatnie. Nieopodal łóżka, tuż przy ścianie stała całkiem spora klatka, a w niej puchate, szare zwierzątko.
  • Szynszyla? – Megi wpatrywała się w przestraszone, nieufne, ale dość mądre oczy.
  • Czyż ona nie jest urocza? – poklepał ją po ramieniu zadowolony Blondas i ochoczo podszedł do zwierzaka, który natychmiast odskoczył na bezpieczną odległość.
  • Ona? Czyli to…Szynszylia?
  • No. Fajna co?
    Pojęcia „fajna” nieco Meg osłupiło. Ani to przytulić, ani pogłaskać. W dodatku szynszyla była dla niej jakąś przedziwną krzyżówką królika, wiewiórki i o
    zgrozo myszy, a tych Megi się wystrzegała od małego w otoczeniu kotów.
  • Nic nie mówisz? – Blondas zauważył zasadniczy dystans.
  • A co mam mówić? Jeszcze nam tu myszy brakowało. – Meg odwróciła się i powędrowała do kuchni.
  • Ale to przecież nie jest mysz – zaprotestował.
  • No, ale wygląda prawie jak mysz. W każdym razie, ja się nią zajmować nie będę.
    Wyraz twarzy Blondas w sekundę się zmienił.
  • Myślałem, że się ucieszysz.
  • A niby dlaczego? Że będziemy więzić zwierzę w klatce?
  • No nie…
  • Czy, że w najlepszym wypadku przegryzie nam kable lub zostanie zgnieciona niechcący przez coś…I będzie też hałasować w nocy, więc „witaj dobry śnie”.
  • Daj jej szanse co? Przecież chciałaś być weterynarzem…
  • 25 lat temu…
  • I kochasz zwierzęta…
  • Ale nie myszy!
  • Ale to nie mysz!
  • Ale wygląda jak mysz!
  • To, że trochę ją przypomina…
  • W dodatku ZMUTOWANĄ MYSZ!
  • Oj Meg, nie przesadzaj!
  • NIE BĘDĘ SIĘ NIĄ ZAJMOWAĆ!
  • Okej, okej, spokojnie. Na szczęście nie wymaga wielkiego zachodu.
  • I wynieś ją z naszej sypialni.
  • Dobrze.


Minęło kilka miesięcy od tamtej pory. Meg z czułością spogląda na swoją Szynszylię. Uwielbia ją głaskać i z nią rozmawiać. Obserwowanie jak ta mała, krucha istota
przytula się do klatki, żeby do niej podejść, albo staje na dwóch łapkach, kiedy ją widzi to dla niej najlepsza nagroda. Tym bardziej, że szynszyle to raczej nieufne zwierzątka i nie tak łatwo znowu je oswoić.
Dziwna jest miłość. Nieoczywista, a jednak, kiedy jest przeznaczona zdarza się. Wiosną zwłaszcza. A Meg za Szynszylią tęskni w dodatku bardzo i chyba vice versa. Nawet Blondas ją pogania – pogłaskają ją, bo czeka – mówi, kiedy Meg przekroczy próg mieszkania. Kto by pomyślał, że Megi pokocha mysz…I, że ta mysz ją polubi 🙂

Mąż i Żona

Nie mogła w to uwierzyć nawet teraz, kiedy od kilku dni, tuż po przebudzeniu sprawdzała czy nadal tam jest. Obrączka. Prosta, klasyczna, złota, nie za szeroka ani cienka. A on jej Mąż, jej ukochany, wreszcie był z nią tak jak chciała, jak pragnęła od dawna, chociaż przecież zawirowań ani przed ślubem ani w trakcie nie brakowało.

– Jak to Cię nie będzie? – zapytała Meg swoją Znajomą, która zdecydowała, że jednak nie da rady przybyć.

– Proszę Megi, nie gniewaj się. Proszę – błagalna nuta w jej głosie zaniepokoiłaby każdego.

– Ale coś się stało? Kurcze, nie spodziewałam się. – Fala gniewu przedostała się do obiegu zalewając dobry nastrój, zatapiając przyjemną chwilę, której kilka sekund temu doświadczały wspólnie.

– Nie jestem w stanie Ci wytłumaczyć dlaczego. Po prostu…- urwała.

Kiedy Meg dłużej o tym pomyślała, kiedy na nowo poczuła relaks, gdy minęło parę dni, zaczęła pojmować. Wszyscy kogoś mieli. A jej Znajoma była singielką zagorzałą, z natury wybredną.

– Też bym teraz nie poszedł jakbym nie miał z kim – wypalił Blondas.

– No, ale ja przecież byłam na takim weselu i co się stało?

– Ja też, ale sama wiesz dobrze, że to fatalne rozwiązanie.

– To zależy jakie jest towarzystwo.

– Jakie by nie było, to czułem się jak młot, kiedy wszyscy poszli tańczyć, a ja siedziałem sam przy 10 osobowym stoliku. No i też to było kilka lat temu, więc człowiek inaczej myślał niż teraz. Miał chyba większy wewnętrzny luz i naiwność, że nikt nie zauważy.

– Czyli, że nie powinnam oczekiwać od niej obecności?Nalegać?

– Moim zdaniem, jeśli nasz piękny dzień ma jej się kojarzyć z byciu solo w tym negatywnym znaczeniu, zazdrością i smutkiem to nie. Spotkacie się po i też będzie fajnie. Wyluzuj Mała.

Megi posmutniała. Wie, że to niemożliwe, ale chciałaby, żeby ludzie byli szczęśliwie zakochani. Takie uczucia uskrzydlają, motywują do działania, dodają blasku i tak jak teraz powodują, że skupia się człowiek na rzeczach innych aniżeli na byciu w parze czy nie i co ludzie powiedzą, bo oni i tak będą mówić.

A w dniu samej ceremonii najpierw część gości utknęła gdzieś na trasie przez co spóźnili się na ślub. W między czasie zepsuł się też samochód, którym Megi miała dotrzeć do kościoła, napędzając podejrzenia, że może jednak się rozmyśliła („Pojadę taksówką”- oświadczyła bojowo przyszła żona, niecierpliwiąc się).

Na domiar złego Blondas kilka dni wcześniej złapał nieboraczek fatalne przeziębienie, w związku z tym właściwie wykaszlał przysięgę. A na koniec przez dobre dwadzieścia minut nie było prądu w części sali, gdzie odbywało się wesele („Po prostu szlag trafił korki”- orzekł bez ogródek manager sali).

Na szczęście wśród zaproszonych był elektryk, który natychmiast zażądał narzędzi i uwinął się ze wszystkim najszybciej jak się dało. No cóż w Sylwestra dzieją się różne rzeczy, ale żeby aż tyle za jednym zamachem?

Megi co jakiś czas pokątnie sprawdzała temperaturę Blondasowi, który to bladł to czerwieniał na zmianę, łykając jakieś specyfiki od cioci pielęgniarki, która przezornie nosiła przy sobie cały arsenał leków wszelkiej maści niemal na każdą dolegliwość („Tylko nie pij Broń Boże alkoholu!” – przestrzegała średnio co pół godziny). Biedaczek, nafaszerowany jak gęś lekarstwami, ledwo wstał od stołu w momencie kluczowego pierwszego tańca, ale kiedy znaleźli się na parkiecie odprowadzani wzrokiem wielu osób, objął Meg stanowczo w tali, wziął jej prawą dłoń i bezbłędnie odtańczyli długo ćwiczonego walca.

– Kocham Cię – wyszeptał.

A kiedy o godzinie mniej więcej 5 rano następnego dnia znaleźli się w mieszkaniu, jedyne o czym każde z nich marzyło to o śnie. Dopiero późnym popołudniem wstali, chociaż tak naprawdę tylko Megi była do tego zdolna, bo ktoś musiał zaopiekować się chorym mężem, a poza tym pożegnać przybyłych z daleka gości.

– Kocie muszę iść, poradzisz sobie?

– Postaram się – wychrypiał spod kołdry nowy/stary oblubieniec.

Akurat nadciągnęli jego rodzice, więc spokojna o to, że w domu zostaje z chorym ktoś bliski, Megi śnieżną trasą ruszyła na obiadokolacje zamówioną w restauracji dla kilkudziesięciu przybyłych.

– Przepraszamy bardzo, ale choroba pokonała mojego męża. Niestety to chyba coś poważniejszego aniżeli tylko przeziębienie.

No i faktycznie Blondas miał zapalenie oskrzeli, co potwierdził podczas wizyty domowej lekarz, wypisując obficie i gęsto kolejne lekarstwa, które Megi poleciała wykupić w całodobowej, pobliskiej aptece.

– Kurcze, ale lipa – Blondas spojrzał na nią zmęczony i smutny.

– Najważniejsze żebyś szybko wyzdrowiał – pokiwała głową Meg, ziewając co jakiś czas.

– Megi, przeniosę się na kanapę, nie możemy spać razem, bo się zarazisz.

– Czyś ty zwariował? – Zaprotestowała natychmiast.- Zresztą jak już miałam się zarazić, to się zaraziłam i tylko czekać aż role się odwrócą. A poza tym pamiętasz? „W zdrowiu i chorobie”.

– No tak – uśmiechnął się. – Zapomniałem, że teraz będziesz jeszcze bardziej uparta.

– A co – zachichotała.

– Jak tylko wyzdrowieję, wszystko Ci wynagrodzę.

– Mam nadzieję. Teraz kiedy jesteś Mój… Idę się umyć – pocałowała go w czoło, a gdy wróciła kilkanaście minut później, spał mocno. W najśmielszych snach Megi nie przypuszczała, że tak zakończy się Stary i zacznie Nowy Rok.

Wszystkiego najlepszego!

Ulubieńcy 2018

 

Minął ten rok prędziutko, że hej! No może poza wakacjami, które u Megi zwykle wleką się i wleką, ale pewnie każdy taki etap podczas dwunastu miesięcy chociaż jeden ma. Takie niby coś, a nic. Za to grudzień na ogół refleksyjny czas, popycha do przemyśleń i podsumowań. Aż się więc prosi, ażeby machnąć tu coś, co nieco umili komuś lub przypomni chwile. Oby te najmilsze…

FILMY

Me Before You

 

The Greatest Showman

 

X-Men: Apocalypse

The Light Between Oceans

Woman in Gold

 

MUZYKA

Michael Bublé – Christmas

 

The Greatest Showman Cast

 

KANAŁ NA YT

 

 

NAPOJE

//www.ros.net.pl/GalleryImages/product_photos/360_350/79038_238237_360_350_21637.png

https://www.rossmann.pl/Produkt/Herbaty/Bi-Fix-napar-owocowy-malina-100-g,238237,8410

KOSMETYKI

http://wizaz.pl/kosmetyki/produkt,60615,organic-shop-mango-sugar-body-scrub.html

CYKL WYWIADÓW

 

ZDJĘCIE

Znalezione obrazy dla zapytania fotomanufaqturrra fot radosław paszkowski

fot. Radosław Paszkowski, @Fotomanufaqturrra

UBRANIA

Kurtka dżinsowa oversize - Jasnoniebieski denim - ONA | H&M PL 1

H&M

KSIĄŻKI

Angielski na wyspach

Znalezione obrazy dla zapytania angielski na wyspach

https://www.empik.com/angielski-na-wyspach-opracowanie-zbiorowe,p1069176415,ksiazka-p

HIT 2018

Postanowienia, motywacja, piękno

– Znowu Pani schudła – zasępiła się krawcowa. – Niecały tydzień do ślubu – gderała, próbując nadać sukience pierwotny kształt – a tu takie rzeczy!
Meg zawsze była szczupła, ale nie należała do chudych. Miała drobne ramiona z których szczególnie teraz spadały koronkowe rękawy. Poza tym nie wydawało się, że jest jej mniej. Święta zrobiły swoje. W jej odczuciu, jak widać nieco mylnym.
– Jeszcze trochę, a nie będzie Cię dziecko w ogóle widać zza tej bieli- usłyszała na odchodnym.
Wróciła do domu, odłożyła klucze i ciężko usiadła w fotelu, nie zdejmując nawet kurtki. Kręciło jej się w głowie. Fatalne uczucie. Z trudem wstała i powlekła się do sypialni. Zasnęła. Zawisła w czasoprzestrzeni. Bolały ją kości, pojawił się katar. Przeziębiła się nie wiadomo kiedy. Nie, nie mogła się poddać chorobie, niemocy, poświątecznemu lenistwu. Palił ją też gniew od środka. Nie, nie mogła dać się pokonać.
Gwałtownie zerwała się z łóżka. Do gorącej wody wlała sowicie soku z pomarańczy i popiła tym aspirynę. Nie podda się temu, co ją dręczyło. Zmęczeniu, lękom, nie teraz, kiedy jest już blisko celu.
Megi ma czelność wysnuć dzisiaj taką zbiorową tezę, że o wiele łatwiej jest nam ruszyć na początku, aniżeli po chwilowej przerwie. I właściwie nie wiadomo dlaczego. Gdy widać metę i w zasadzie mamy prostą drogę do tego, aby osiągnąć swój z dawna realizowany PLAN, rozpraszamy się i myślimy: „A może jutro?”. Tylko, że jutro może nigdy więcej nie nadjeść.
Jakie to dziwne. Dla innych Meg potrafi wstawać o świcie, odpisywać na maile bardzo późno. Dla innych pokonuje kilometry i wzbija się na wyżyny swoich możliwość. Dla innych, ale nigdy dla siebie. A ktoś kiedyś mądry powiedział, że jeśli nie nauczysz się o siebie troszczyć, nigdy nie zatroszczysz się właściwie o innych, bo sukces życiowy to nie złotówki na koncie, ogromne mieszkanie, trzy samochody, złoty zegarek, wakacje co trzy miesiące, praca od świtu do zmroku. To ty jesteś największym, najdroższym, najważniejszym i najcenniejszym z darów o który trzeba dbać i, kiedy to zobaczysz wszyscy inni staną się dla Ciebie równie cenni. Twoje życie będzie sukcesem niezależnie od wszystkiego, a nie błyskotki, które wcale nie stanowią o niczyjej realnej wartości.
Dlatego porządek w głowie to najcenniejszy z prezentów od losu. Tam w głowie jest siła, aby spełniać swoje marzenia i zwyczajnie zawalczyć nie tylko o siebie, ale i o bliskich. Tam jest trud i droga, którą pokonujemy, pokonaliśmy i będziemy pokonywać. Tam są nasze lęki, wszechobecne NIE, upór, wygoda, ale też męstwo i prawość. To w głowie dokonujemy pierwszych wyborów, to w niej zapadają najważniejsze decyzje. I to o nią trzeba się troszczyć szczególnie.
Co wobec tego na co dzień się przyda? Koniecznie coś, co sprawia, że na chwilę możesz się wyciszyć – WIARA dla Megi, a dla Ciebie? Książka, film, spotkanie z kimś ważnym? Trzeba mieć w życiu jakiś stały punkt, coś, co trzyma człowieka w pionie pośród największej wichury.
Po drugie – postanowienie noworoczne – częściej mówić TAK, być bardziej otwartym na to, co nowe. To nasze nastawienie decyduje o tym, kim się otaczamy i jak wygląda nasza codzienność. TAK otwiera drzwi i przyciąga interesujące propozycje.
Po trzecie – wyluzować i częściej dawać ludziom szansę. Każdy ma prawo funkcjonować po swojemu. Warto wybaczać, mówić o tym, gdy ktoś sprawia ból, ale też bez przesady. Codzienność wcale nie musi rozczarowywać. A przeszłość, chociaż ciężka wcale nie powinna przykrywać tego, co piękne tu i teraz.
A dużo piękna wkoło i nie o choinkach tu mowa…
Szczęśliwego 2019!!!

Londyn

– Pomyślałam, że się ucieszysz – rzekła, podsuwając mu bilety lotnicze.
– Londyn?
– Tak. Chciałabym zwiedzać z tobą jak najwięcej.
Uśmiechnął się.
– Dzięki. To jeden z fajniejszych prezentów na urodziny jaki dostałem w życiu.
– Cieszę się. Wyruszamy w ten weekend.
Nie mogła się doczekać. Staranie włożyła do walizki wszystkie potrzebne rzeczy i w piątkowe popołudnie ruszyli na lotnisko. Podróż trwała dwie i pół godziny, więc zdążyli obejrzeć jeden film.
Po wylądowaniu, taksówka dowiozła ich do hotelu i tam po odświeżeniu postanowili wybrać się do pubu. Meg był ubrana w ciepłą, beżową sukienkę z pół golfem i modnymi botkami. Znów miała dłuższe włosy, co sprawiało, że przypominała nastolatkę.
– Hej baby, how are you? – zagaił jakiś przystojny brunet, siedzący przy stoliku obok z typowo brytyjskim akcentem.
– Fine, but don’t call me „Baby”. My boyfriend will be angry.
– Oh, sorry. I didn’t know. I thought that you’re here alone.
– No, no. My boyfriend has birthday and this short trip to London was gift for him. He went for beers. I’m from Poland.
– Poland? – ożywił się nagle – Beautiful place. Last year I was in Waraw. 2 weeks. I met beautiful girl too. Her name is Helena.
– Did you have holidays?
– No. I was in delegation.
– What about Helena? Have you got contact with her still?
– No – posmutniał. – She was amazing and chose Tomek not me. I am too far.
Megi pomyślała, że odległość to może nie jedyny problem jaki Helena mogła mieć z nowo poznanym. Na jego stoliku było już 5 pustych kufli, a szósty powoli się opróżniał.
– Don’t worry – pocieszyła.
– How long are you with your boyfriend?
– We’ve known each other for 11 years, but we’re a couple one year. In December will be our wedding day.
– Really? OMG! – wykrzyknął na pół lokalu. – Great information!
– Yes, I’m really happy. Megi – wyciągnęła dłoń w jego kierunku na powitanie.
– John..Jonathan – poprawił się szybko, ściskając jej rękę.
– Nice to meet you.
– Megi, can I sit with you?
– Of course.
Blondas zastał ich na ożywionej rozmowie lekko sparaliżowany, że nie minęło 15 minut, a już się ktoś do niej przyczepił. Jonathan był przeuroczy, Pracował w dużej, znanej korporacji zajmującej się funduszami. Nie miał rodziny, zobowiązań. Opowiadał, że właściwie po pracy wpada tutaj, żeby pogapić się na szczęśliwych ludzi.
– If you want, you can spend with us Saturday evening – zaproponowała Meg spontanicznie.
– No, no. I’m flying to France tomorrow. Sorry. You know – work but you are so sweet.
Blondas chrząknął wymownie i po jakiś dwóch godzinach opuścili lokal, pozostawiając Johna w towarzystwie jakiś dwóch kolegów z pracy na których czekał.
– Meg… – wziął ją za rękę.
– Hm? – Poprawiła chustę wokół szyi, bo wiatr zacinał niemiłosiernie.
– Gdybym to jak tak siedział, czy też byś mi zaproponowała wspólny wieczór?
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Że co?
– No gdybyśmy się nie znali i zamiast niego, ja bym tak siedział.
– Po primo ty byś pewnie nie zagaił pierwszy. Po secundo nie siedział byś sam.
– Skąd ta pewność?
– Bo masz zupełnie inny styl bycia i rozmowy. Jesteś bardziej, jakby to ładnie określić – introwertyczny.
– To źle?
– Dla kogo?
– No tak ogólnie.
– Ja lubię to, że jesteś taki…
– Jaki? – Zatrzymali się na skrzyżowaniu.
– Nie dla wszystkich, a jednocześnie jesteś świetnym facetem.
– Mówisz?
– Pomyślałam to, czy powiedziałam?
Uśmiechnął się. Byli na Placu Piccaddily – hojnie oświetlonym, pełnym ludzi.
– Poza tym Blondasie, dawno temu obiecałam sobie, że mi nie odbije, kiedy z kimś się zwiążę i będę się najlepiej jak potrafię opiekować tym, którzy nie zaleźli jeszcze swoich Miłości. Związek nie powinien być logistycznym problemem, a często jest.

– Dla kogo?

– Dla wszystkich. Ta nie wyjdzie, bo woli siedzieć z facetem. Tej nie wypada, bo ma męża. Z tamtą się nie spotkasz, bo ma terminarz napięty – FACET-DOM-PRACA. Co najmniej jakby związek był niewolą, a nie uskrzydlał.

– Ale ja też lubię z tobą spędzać wieczory – wypalił.

– No dobrze Kochanie. Cieszę się, ale też mam Mamę, rodzinę. Wszystko to umiejętnie dzielimy. Człowiek w związku zwłaszcza nie powinien być egoistą, bo my jesteśmy razem i fajnie, ale dla Mateusza na przykład to, czy ty masz dziewczynę, czy nie, niewiele zmienia. A przynajmniej nie powinno.

– No to prawda, jest jak dawniej, ale to dlatego, że nie robisz z tego problemu, że do nas wpada, czy, że od czasu do czasu wychodzimy sami.

– Moje przyjaźnie trafił szlag przez niepoważność i związki, więc niech chociaż twoja przetrwa – przygryzła wargę.

Przyjrzał się jej uważnie, ale nic nie odpowiedział. Kochała go za to milczenie, dlatego niewiele myśląc pociągnęła go do pierwszego lepszego FISH&CHIPS. Cóż mogło ukoić jej nagły wisielczy nastrój lepiej, niż frytki owinięte w gazetę. Enjoy!