Nie bój się i zrób krok do przodu SPONTANICZNIE

Spotkała go w pracy. Zabiedzoną, chudą postać. Jeszcze nie wiedziała, że pod okropnie wyświechtaną płachtą byle jakiego polaru tkwi pokiereszowane serce. Cierpiące, konające, krwawiące.

Jeden z najmądrzejszych facetów jakich zna. Nie, nie boi się myśleć, że się w nim zakochała, chociaż właściwie ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma on w sobie nic oprócz smutku. Oprócz depresji. Oprócz porażek. On sam jest jak jedna wielka porażka.

Poddał się. Meg to widzi, a mimo wszystko go kocha. Jego inteligencję. Jego czułość i empatię. To, że jest dobrym człowiekiem. Jej nieoszlifowanym diamentem. Jej nadzieją. Jej wiarą.

Ale ta miłość jest inna. Szybsza, już pokiereszowana, nieoczywista. Nie zostawi go jednak – chociaż wmawia jej, że jest egoistą i inne takie. Któż z nas nie jest?

I chociażby ich drogi miały nie mieć jednego celu, on jest jej celem niejedynym. Jeżeli wydźwignie go ze smutku będzie szczęśliwa. Będzie spełniona i znów potwierdzi regułę, że w życiu nie ma przypadków tylko mądry plan. Spójrz na swoje życie – zauważ, to nic innego jak puzzle. Co jakiś czas dostajesz nowy element, a po czasie okazuje się, że to czarne tło ma wyrwę i łączy się niespodziewanie z kawałkiem żółtym. Ilu z nas potrafiłoby przewidzieć, zaplanować te inteligentne wyrwy odpowiednio?

A znowu tej wiary w drugiego człowieka Meg ma bez granic, bo wierzy w Boga. Wątpiła w Niego kilka razy w życiu, ale On nie pozwolił jej odejść, nie pozostawił bez odpowiedzi jej pytań. Otarł łzy z policzków i udowodnił, że cierpienie, które testuje jej charakter ma sens.

W czwartek ostatni raz widziała swoją Miłość, która dopiero dziś zechciała odpowiedzieć na jej apel. Nie wiadomo czemu zamilkła nagle. Meg nie pyta. Nie chce wiedzieć lub po prostu nie musi. Cieszy się, że w pozornie egoistycznej postaci jest ktoś, kto potrafi „przeprosić”. Naiwna jesteś Megi? Robisz z siebie idiotkę? Latasz za facetem, który boi się zaangażować, bo wie, jak to potrafi złamać? A może ty mu się zwyczajnie nie podobasz? Statystycznie rzecz biorąc to facet jest zdobywcą i to on powinien Cię adorować. Jeżeli nagle znika to znaczy, że nie chce.

Tylko, że kiedy kogoś naprawdę lubisz, szanujesz, tęsknisz, kochasz nie jest ważne – zdaniem Meg, kto zrobi pierwszy krok. Nie musisz dogłębnie analizować cudzych zachowań, bo być może czekając na tego kogoś, nigdy się nie doczekasz. Może ten ktoś, tak jak i ty analizuje?

W świecie idealnym wszystko idzie zgodnie z planem. Tylko, że nikt nie widzi, że właściwie głównym założeniem konkretnego planu życia nie jest planowanie go na nowo, tylko działanie. Działanie dla siebie i innych. Etapami.

Ludzie muszą w siebie uwierzyć i przestać się bać, że wyjdą na kretynów. Ten strach (z wiekiem niestety coraz większy) paraliżuje i ogłupia, rozleniwia. To przez ten strach zachowujemy bezpieczną odległość, przyklejamy na twarz fałszywy uśmiech, a serce pokrywa pancerz.

Nie bójmy się kochać ludzi spontanicznie, choć nie są idealni. Gdy pokochamy człowieka w człowieku, fakt, że on jest facetem, a ona kobietą zejdzie na drugi plan i będzie wspaniałym dopełnieniem. Zawsze będą z tego profity, niezależnie od happy end’u.

Megi spogląda na ciemne niebo. Wie, że tonie teraz w chmurach stąd ta przeraźliwa ciemność. Ale w jej umyśle tli się nadzieja, bo nadzieja też jest w umyśle i także w krwiobiegu.

Nadzieja na jutrzejszy dzień pełen Słońca…Pełen nowych puzzli.

 

,,Ludzie rzuceni jak ziarno
Naprawdę wierzą, że miłość jest spokojem, wielkim darem,
a my dobrze wiemy ile łez podlewa ten kwiat”

LemON – Papier 

 

 

 

Gadki-szmatki – hasła, które spektakularnie komplikują uczucia. No i po co nam one?Asekuracja!

Meg żyje już na tym świecie lat no cóż jak wiadomo niemało. Uszom jednak czasem nie dowierza na to, co chwilami słyszy. Ktoś opowiada w Internecie jak świat postrzega mężczyzna, a znowu jak inaczej kobieta. Co śmieszne – ekspertami od kobiet są zwykle mężczyźni i na odwrót – znawczyniami męskich zachowań są kobiety.

„Mężczyzna to duże dziecko”, „Jeżeli nie spodobasz mu się wizualnie, jest mało prawdopodobne, że się z Tobą umówi”, „Faceci wolno dojrzewają, o ile w ogóle”, „Mężczyźni zdradzają, bo trzeba zaspokoić ich cztery potrzeby, są jak pies na łańcuchu”.

„Kobieta nie może pokazywać, że jej przesadnie zależy”, „Musimy o siebie dbać, bo mężczyźni to wzrokowcy”, „Nie licz na to, że mężczyzna zajmie się dzieckiem z taką samą czułością”, „Ich umysł jest inaczej zbudowany, oni chętniej korzystają z okazji, by się wyrwać”.

Megi już wie, że hasło numer jeden „o dużym dziecku” to kolejne kłamstwo świata, które sprytnie tłumaczy wszystkie niedociągnięcia. Szkoda, że kobiety nie wymyśliły sobie równie chwytliwego i powielanego z tym samym przekonaniem i mocą. Co gorsza – one w to uwierzyły, dlatego też być może Meg od czasu do czasu słyszy pytanie – po co WAM facet?! Kiedyś Megi odpowie na to pytanie, bo dziś nie o tym (ale nie martwcie się Panowie – nie o dziecko tu chodzi).

A o czym?

Gdy spotyka się dwoje ludzi – on z przeszłością, ona po przejściach, albo w ogóle jak czyste kartki, czasem ze strachu przed nieznanym, a znowu z niedoskonałości, albo „tak po prostu” lubią sobie mówić różne kwestie. I tak pokazowo w ferworze emocji strzelają sobie w kolano.

„Już taka jestem”; „Już taki jestem” (komunikat: i raczej się nie zmienię, bo nie mam ochoty);

„Wszyscy jesteście tacy sami”; „Każda kobieta jest taka sama” (bo lubimy uogólniać, najczęściej w chwilach krytycznych);

„Nie chcę Cię skrzywdzić” (to nie krzywdź, co za problem?);

„Mam złe doświadczenia” aka „Przeżyłam niejedną traumę” (nie można się rzecz jasna licytować, kto przeżył ich więcej i w jakim stopniu, ale warto pamiętać, że w życiu każdego coś było i to, że druga strona o swoich traumach nie opowiada bądź mówi o nich z dystansem to nie znaczy, że jej codzienność jest łatwa, lekka i przyjemna);

„Boję się” (jak każdy, ale warto dawać sobie i innym szansę mimo wszystko);

„Nie powiem Ci, bo i tak nie zrozumiesz” (z góry przekreślamy ową szansę o której wspomniano wyżej);

„Nie jestem gotowy/gotowa na związek” (czy chcesz czy nie, już jesteś w jakiejś mniej bądź bardziej zdefiniowanej relacji, więc poniekąd siebie oszukujesz najbardziej).

I właściwie całe te gadki-szmatki wynikają z egoizmu ludzkiego, bojaźliwości i uwaga – WYGODY. Ludziom z wiekiem się przestaje chcieć. Mają dziecięce marzenia, ale doświadczenia dorosłego. I ten seks – zabawa dorosłych, z którą nie bardzo wiadomo co zrobić, bo rodzice nad tym nie czuwają, więc dorosłe dziecko sobie „hula” do woli..A to przecież ponad płcią dalej w jakimś stopniu dziecko.

Nie strzelajmy sobie w kolano – radzi Meg – i dla czystości umysłu i spontaniczności, nie wczytujmy się zachłannie w poradniki, które radzą „Jak…”, bo instrukcji dla naszego życia nie mamy, a żyjemy prawda? Jakoś.

I lubmy się jako ludzie – wówczas naprawdę zamiast tracić czas na bzdety o różnicach między płcią i analizie dogłębnej zachowań, pogadamy o rzeczach przyjemnych bez trzaskania drzwiami, zawodzenia, mamrania. Ot jak ludzie, którzy spotkali się nieprzypadkowo właśnie teraz.

 

 

Żona Przyjaciela

Dziś Meg usłyszała, sącząc bez pośpiechu colę od faceta, że facetom jedno w głowie i właściwie to duże dzieci. Naiwna jest nasza Megi, tkwiąc z uporem maniaka, że NIEZUPEŁNIE. Lubi facetów, bo oni zwykli mieć do niej słabość i pewien rodzaj rozczulenia. Inna sprawa, że trafia na popaprańców – wrażliwych, hojnych romantyków, ale chwiejnych emocjonalnie i jakiś średnio zaradnych w tym względzie. O zgrozo. Ale jest w tym szaleństwie metoda i przez to ich „popapranie” ona czuje się potrzebna, budząc w sobie psychologa-altruistę.

Możesz wierzyć, bądź nie, ale przyjaźń zdaniem Megi, nie ma płci. To rodzaj porozumienia, szczerego, konkretnego i bez podtekstów. Podteksty wymyślają nam inni, bądź my sami nurkując w ciemne zakamarki natury ludzkiej pełnej żądzy.

Dlatego Megi cieszy się, że bywa naiwna jak dziecko. Że ufnie wierzy, że jej Przyjaciel nie zwariował, pomimo, że się ożenił, a jego żona, mówiąc delikatnie jest jak to żona statystyczna zazdrosna o:

  • inną kobietę,
  • o jego czas,
  • o ich relacje,
  • o to, że sama takowej relacji nie ma,
  • o nietypowość tejże sytuacji,
  • o niespotykane i niezaplanowane przez siebie uczucie ludzi, którzy o zgrozo zaprzyjaźnili się, kiedy jej w ich świadomości nie było,
  • o bycie (niesłusznie) trzecią.

I zła jak osa, chociaż dyplomatycznie udaje anioła, knuje za jego plecami, żeby rozwalić coś, co zdaniem Meg było z natury przyzwoite. Nie dzwoni Meg do Przyjaciela o 24 w nocy (właściwie w ogóle do siebie nie dzwonią), nie obarcza go/ich problemami (bo stara się radzić sobie sama). Nie spotyka się Megi z Przyjacielem późnym wieczorem. Nie narzeka i mamrocze na Żonę.

Mówiąc jednak wprost Meg za Żoną nie przepada, bo nie jest poczciwa, tak jak Przyjaciel. Bo kombinuje i planuje. Bo doszukuje się drugiego dna i miesza chłopakowi w głowie, wywołując poczucie winy (niesprawiedliwie).

A Przyjaciel się szamota między Meg, a Żoną, bo i jednej i drugiej czas poświęcić trzeba i troszczyć się o nie jakoś (o jedną „po staremu”, o drugą „zaskakująco i nowocześnie”). Jedna właściwie nic nie chce, druga chce z nawiązką.

Z drugiej zaś strony, co to za miłość i zaufanie, jeśli Przyjaciel w imię nowego ma porzucić to, co stare? Bo ta PIERWSZA się boi.

Bycie Żoną to dziwna sprawa z perspektywy Meg. Liczy na to, że może dnia pewnego, gdy już nią zostanie, nie będzie odstawiać mężczyźnie emocjonalnych cyrków, jeśli ten w istocie będzie fair. I tyle.

Przyjaźnijmy się najlepiej bezpłciowo. Wtedy piwo ma smak piwa, niebo kolor granatowy, kwiatek na urodziny to miły drobiazg, wspólny spacer stanowi odpoczynek, a przyjaźń to tylko i aż dobra energia o którą właściwie tak trudno dziś.

Tuż przed 30’stką, czyli o tym jak Megi zamierza spędzić ostatnie urodziny z dwójką z przodu

Prawie 29 lat temu świat z całą pewnością był inny. Mama, wówczas 37-letnia kobieta z czwórką dzieci i gospodarstwem na wsi, na granicy białaczki zapewne z niecierpliwością oczekiwała rozwiązania ciąży. Gdy Meg słyszy jej wspomnienia, jak to w nocy, przed wyjazdem do szpitala, patrzyła na pozostałą gromadę swoich małych pociech z myślą, że być może widzi ich po raz ostatni, łzy siłą rzeczy przykrywają oczy Meg. Ciekawe co mama robiła 17 czerwca 1988 roku? Zapewne nie ustawała mimo braku sił w robocie, której było jak zwykle za dużo. 21 czerwca o 2.20, Meg postanowiła zmierzyć się z największym swoim wyzwaniem – życiem. I tak to trwa bez ustanku, po dziś dzień.

Meg nie wie, czy jest co świętować, bo chociaż ceni siebie i nawet lubi, to nie zwykła pisać pieśni dziękczynnych na swój temat. W lustrze widzi jak jej rysy się zmieniają pod naporem wewnętrznych smutków i radości, pod wpływem czasu. Widzi szklankę do połowy pustą i od połowy pełną. Wie, że straty bolą, że problemy przytłaczają, że ludzie odchodzą, że to, co dziś nigdy nie wróci i że…No właśnie. Ale lubi 21-ego. Granicę wiosny i lata, znaków zodiaku, podsumowań zysków i strat.

Chociaż nic się zmienia, oprócz cyfr w dokumentach w rubryce WIEK. Dalej jest tą samą Meg, która wzrusza się oglądając „Króla lwa”, z którego pochodzi motto jej życia „Pamiętaj kim jesteś”. Dalej jest nieugięta pod pewnymi względami. Dalej wierzy i ufa. Dalej pamięta swoje dzieciństwo, swoje ukochane zwierzaki, dom pełen pierogów, książek i bajek. To wszystko, co złożyło się na to, kim teraz się czuje.

Meg lubi względny spokój. Postara się więc, żeby urodziny mentalnie były spokojne względnie w klimacie lata, chociaż w górach spadł śnieg więc nawet nie letnio, a zwyczajnie chłodno się zrobiło. Nagle sobie uświadamia, że znajoma w tym dniu wędruje do szpitala, ale wierzy, wierzy, że będzie z nią dobrze. I pogoda lubi się przecież zmieniać i nie zdziwi już Meg, jak w kilka dni buchnie czerwcem ot tak i już. Poza tym Meg życzy sobie życzeń z serca od dobrych ludzi. Liczy na ich pamięć i zawsze z ciekawością testuje ich wspomnienia o niej. Dobre wspomnienia o kimś, o sobie samym to piękny prezent.

Życzę wam ich bez liku.

Meg.

 

 

Zdrady czy zadry? Konsumpcja!

Meg ostatnio łowi blogowe wpisy i zaczytuje się w nich niepoprawnie jak w powieści wielowątkowej i wielogatunkowej. Co rusz nowa kwestia, ale dominującym aspektem, który łączy właściwie wszystko w jedną bujną myśl jest RELACJA ze sobą samym i z drugim człowiekiem.

Otóż jest w nas taka myśl, że oto jestem, ja, mój świat, moje przyzwyczajenia, moje życie. Trudno czasem ze sobą dojść do porozumienia i stanąć przed kwestią – „czego ja właściwie chcę”, „dokąd zmierzam”? Receptą na wszelkie bóle wydaje się ona – MIŁOŚĆ. Meg się wzdryga na chwilę, bo z miłością to ma hopsztosy nie od dziś.

Tak więc owa miłość sprawia, że odlatujemy, że nagle to życie jakieś mniej smutne? Jakieś bardziej kolorowe? Że szczęśliwsze? I tak nuramy się w tym szczęściu zachłannie. Codzienność nagle jest jak ta znana za dziecka – ekscytująca. Stroimy się, błyszczą nam oczy, mamy CEL. Ktoś nas kocha! Jednak jestem coś wart, jednak czuję się doceniona! Mam z kim pójść do kina, ktoś będzie czekał, gdy wrócę z pracy, ktoś zadzwoni w ciągu dnia i sny już nie będą puste i starość tak bardzo nie przeraża. Kurde, z dnia na dzień mogę wszystko!

A kiedy już mamy siebie nawzajem, może nawet weźmiemy ślub, będziemy mieli dzieci, to nasze bycie staje się rutyną. Wiemy, że on jest, że ona czeka. Że ma swoje wady, ma swoje zalety. Że czasem nie chce się na niego patrzeć, bo kłopoty, zmartwienia, dużo gorzkich słów i są dni, kiedy najchętniej bym nie pokazywała się nikomu na oczy, albo, że z piwem usiadłbym przed telewizorem i siedział do rana bez zbędnych słów, a tu razem spać w jednym łóżku trzeba (kto każe spać ci w jednym łóżku?) i coś komuś tłumaczyć pod naporem ciężkiego spojrzenia pełnego wyrzutów. O zgrozo.

Meg czyta to wszystko i po pierwsze myśli sobie..

Ludzie zgłupieli. Dosłownie.

Po pierwsze. Nabiorą kredytów, roboty, zajęć dodatkowych i Bóg wie czego ponad swoje siły, a potem dogorywają z tęsknoty za bezpiecznymi emocjami. Tak, tymi za dzieciaka, kiedy to człowiek się nudził i cieszył całym sercem.

Po drugie. Zapominają, że każdy człowiek jest na serio jedyny. Nie zastąpisz go nikim absolutnie w równym stopniu, bo nie ma dwóch takich samych osobników. On może cię wkurzać (dzięki Bogu), ale nie zapominaj, ile dzięki tej drugiej osobie zyskałaś/zyskałeś. Jak bardzo rozkwitłeś/rozkwitłaś (Meg nie myśli tu o związkach destrukcyjnych, bo to osobny temat). Człowieka nie zastąpisz jak pralki. Człowiek nigdy nie będzie rzeczą.

Ale w dzisiejszych czasach związek jest jak konsumpcja. Ma być zysk z procentem. Ma być zaskakiwanie. Ma być seks, dużo seksu. Ma być pieniądz. Ma być szybko, łatwo, przyjemnie. Ma być bezgraniczne oddanie i duże pole wolności. Ma być luźno, ewentualnie na raty jak kredyt. Przyjaźń w związku? Nie ma czasu na bzdety. Dopasowywanie? Dopasowuje się spodnie, a nie kogoś do kogoś. To moje jest najważniejsze. Empatia jest największym oszustwem świata. No trudno, jak ci nie pasuje – to sobie idź, bo nie chce mi się z tobą gadać.

Po trzecie. Zdrada. Meg myśli sobie o tym, że łatwo oceniamy, zbyt łatwo. Jedna łata ZDRADA. Zdrada to zdrada i nie ma tu co komentować – usłyszała kiedyś. No dobrze, ale skąd ona jest, po co? Przecież rodziców kochamy, ale nie szukamy sobie innych, gdy się z nimi kłócimy. Dlaczego wobec tego, gdy nie łączy nas z kimś dosłownie gen, potrafimy to robić? Odchodzić, zdzierać wieloletnią przyjaźń, miłość. To w końcu zdrada czy zadra?

Meg ma teorię, że cała ta zdrada jest jak współżycie mocno przereklamowana. Tęsknimy do dziecięcej swobody. Sami się wplątujemy w związek, a potem chcemy być znowu singlem, bo ktoś powiedział, że w związku będzie super, a nie jest.

Ale przecież w domu też nie było zawsze świetnie, też rodzice się kłócili, też mieli doły, więc dlaczego się oszukujemy, że my będziemy mieli inaczej?

Ludzie lubią bajki od zawsze. Wolą myśleć o rzeczach wspaniałych, aniżeli obiektywnie przyznać bez paniki, że będzie różnie, raz lepiej raz gorzej, ale TY – w sensie MOJA miłości – trafiasz za obopólną zgodą do obiegu mojego życia i punktem honoru będzie dla mnie cię strzec, walczyć o ciebie i o twoje dobro.

Meg jednak myśli, że ludziom przestało się chcieć. Robią kariery, żyją szybko, jedzą, piją i zwyczajnie na to, co najważniejsze nie mają już siły. Co gorsza planują. Każdą niemal minutę. Zdradzają, bo chcą zapomnieć o problemach i o owych planach. Zdradzają, bo chcą być mentalnie wolni. Zdradzają, bo jak dziecko lubią poznawać nowe możliwości. Zdradzają, bo im się nie chce walczyć o stare. Zdradzają, bo zdają sobie sprawę, że to stare się im nie opłaca. Już nie, albo w ogóle nigdy się nie opłacało. I ta zdrada to właściwie poza planem, (dodatkowy bodziec ekscytacji, a kto każe ci planować na co dzień wszystko co do minuty?).

Czy Meg to popiera? Nie. Chociaż zadra w sercu pali jak ogień i to ona pcha nas w sidła zdrady. Coś nam się nie podoba, coś tłamsi od środka. Chcemy latać, chcemy jeść szczęście. Chcemy WOLNOŚCI (tak w głębi serca, bo wolni i nieświadomi przyślijmy na ten świat). Chcemy spontaniczności. Chcemy patrzeć w niebo, zbierać kwiaty, iść z kumplami na kręgle, spotkać się o 23 z przyjaciółką, albo (co nienormalne) dla niektórych z przyjacielem. Chcemy tańczyć do białego rana. I śmiać jak wtedy. Chcemy oddychać ile sił w płucach, a nie na pół wydechu dyszeć, bo bieganie czy siłownia są dziś healthy.

Tylko, że ludziom nie wystarcza już zwykłe szczęście. Ludzie chcą adrenaliny i tego czegoś.. Sam/a nie wiesz czego, prawda?

Meg wie na pewno, że rady na zdrady nie ma jako takiej, bo jeśli chcesz to, to zrobisz, a chociażby z ciekawości. Pamiętaj tylko, że zadra nie zniknie. Zdrada nie jest receptą na zadrę jakiekolwiek ma ono podłoże – samotności, ciekawości, trudności etc. Chwilę później wszystko jest tak samo z dodatkową zadrą pt. „co z tym zrobić?”.

Ale nawet mądrym ludziom przytrafiają się głupie rzeczy (w dużym uproszczeniu), chociaż paradoksalnie w ich przypadku faktycznie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mądra głowa znajdzie sposób jak wybrnąć z sytuacji i pokonać pierwotną zadrę.

Meg wierzy w ludzi i w to, że pewnego dnia odkryją w sobie honor, jakkolwiek kręte będą ich ścieżki, by osiągnąć najważniejszy swój cel – spokój.

Powodzenia!

Wielka noc, czyli o zającach, pisankach i prozie

Meg już od kilku tygodni żyje przez duże Ż. Dłuższy dzień, podmuch ciepłego wiatru, rozśpiewane ptaki-wariaty od rana, działają jak balsam na jej duszę. Jeśli o ptakach mowa, nawet gołębie, które zimową porą przeskakiwały chmarą z kamienicy na kamienicę, zataczając wspólne półkole tuż nad skuloną Megi (wszak ta ich nie lubi, więc chowa się odruchowo) nieco się uspokoiły. Uf. I cóż, ani się obejrzeliśmy przyszła Pani Wiosna i niesie koszyk ze święconką! Tuż, tuż, jest za rogiem. Gwarno wokół niej i czekoladowych zajęcych pełno. Czy zając wypiera pisankę? – zastanawia się Meg, patrząc na czekoladowy asortyment. Ma się doprawdy wrażenie, że stary baran, nieulizane kurczątko bez kokardy i nieforemnie jajo odchodzą do lamusa. Niekwestionowanym królem jest za to easter bunny.

Megi lubi i zająca i barana. I pisanki, chociaż dawno już ich nie malowała. I bielenie kory drzew wapnem, co będąc dzieckiem, często przytrafiało się jej z inicjatywy taty. To już 7 Święta bez niego. 7 Święta w innym niż dom rodzinny miejscu, ale 28 z osobami z którymi Megi spędzić te Święta chce najbardziej na świecie. W mieście, które jest numerem 1 na liście jej najulubieńszych lokalizacji. I baba piaskowa i sernik – ach, dwa najpyszniejsze według niej ciasta, królować będą na stole. Cudo – myśli Megi.

Chociaż Wielkanoc to już od kilku lat coś więcej dla niej, aniżeli wolne, tona jedzenia i cały ten ambaras organizacyjny. Niby nic się nie zmienia. Post, palma, koszyk. Znowu wiosenne słońce, znów dzień dłuższy. A jednak nachodzi Meg coroczna refleksja, że był sobie pewien Ktoś kiedyś. I pokazał, że będąc człowiekiem nie ma nikt lekko. Że raz jest lepiej, a raz gorzej, ot proza, którą każdy z nas codziennie doświadcza. Są jednak pewne idee, jakaś prawda w imię której warto funkcjonować z sercem. Jest jakiś strach, przez który my-ludzie kulimy się, nawet bardziej niż Meg przed tymi gołębiami, stojąc na przystanku. I jest też jakaś nadzieja. Nieważne jaka, ale jest. Że będzie lepiej. I będzie. Bo Meg widzi, że te zmiany, o których myślała kiedyś ze strachem w oczach, nie są aż tak złe. I, że ten paraliż, co odgradzał ją od nadziei, nieco skurczył się pod naporem doświadczenia. I chociaż pani X przy śniadaniu rzekła, że ludzie z wiekiem stają się słabsi, bo dochodzi nadszarpnięte zdrowie i kłopoty, Meg, w głębi duszy wierzy w innych i ich siłę, bo paradoksalnie każdy dzień stanowi wyzwanie, którego potrzebujemy wszyscy bez wyjątku. I gdyby miała określić jednym słowem, czym jest według niej Wielkanoc to byłaby tym właśnie SIŁA. Potężna, niezmierzona, radosna, pełna werwy, pełna ufności, WIELKA.

Wielkanoc o sile przypomina. Tej SIŁY Meg życzy każdemu i sobie, bo ta SIŁA powoduje, że nie tylko chcemy, ale działamy, a póki działamy żyjemy przez duże Ż. Uśmiecha się Meg szeroko, bo siłę nosi każdy w sobie i mniej lub bardziej z niej korzysta. Ta siła to nasz skarb po wsze czasy.

Wiosno jak dobrze, że przyszłaś i ścianą deszczu wypłukałaś szare myśli, które zalegały po kątach strapionego wnętrza ludzkiego.

Wesołych Świąt!

Kącik porad by M. Przyjaźń

Równo 10 lat temu Meg była w ostatniej klasie liceum. Nie pamięta już co prawda którego stycznia bądź lutego bawiła się ze swoim partnerem (teraz ojcem dwóch dziewczynek) na studniówce, za to impreza była przednia. Była jeszcze lepsza niż Meg przypuszczała, że będzie i wszystko odbyło się pierwszorzędnie. I wtedy stała się rzecz przedziwna. Czas zaczął gnać do przodu. Najpierw tempem stabilnie umiarkowanym, a później szybciej, wręcz galopem bez tchu.

10 lat temu Meg nie miała tytułu magistra i bała się spoglądać w przyszłość, wiedziała jednak, że czuwają przyjaciele, którzy cokolwiek będzie – będą razem z nią. Tymczasem los udowodnił naiwnej Megi, że to on decyduje jak będzie. A było to tak.

Raz, drugi, trzeci i przyjaźń, która trwała lat xx zakończyła się na dobre. Teraz Meg się zastanawia, czy jak coś się kończy to, czy aby na pewno to było to?

Faza akcji – jeśli w waszej przyjaźni dzieje się coś złego zaczyna się konflikt. Ty mówisz, ktoś mówi – i tworzą się warstwy negatywnych emocji. Pewnego dnia, jeśli nie zostaną odpowiednio wyjaśnione wybuchną ze zdwojoną siłą. Ot taka ludzka natura.

Faza reakcji – czyli innymi słowy próba ratunku. Ty mówisz, ktoś mówi – i próbujecie wyjaśniać różne kwestie. Mówicie o oczekiwaniach, o tym co was boli i co trzeba zmienić.

Faza ukryty smok/przyczajony tygrys – najtrudniejszy etap pracy. Czekasz czy coś się zmieni, starasz się, pracujesz, a jak widzisz brak skutku powoli wkraczasz w fazę…

obojętności  i nie ma chyba nic gorszego jak to. Bo kiedy przestaje Ci zależeć na byciu, rozwijaniu bądź jakiego związku kończy się na dobre zaufanie i zrozumienie.

Koniec to też zderzenie ze ścianą samotności, ale uwaga..Kiedy się rozejrzysz, po pewnym czasie zauważysz, że z twojej prawej i lewej strony są drzwi. Nie, nie chce Meg powiedzieć przez to, że wzruszasz ramionami i idziesz dalej. Każdy rozpad relacji to porażka obustronna. Boli jak cholera, a ta pustka w sercu jest chyba na zawsze.

Ale można się wygrzebać w każdym razie ze smutku.

Człowiek z wiekiem nie staje się tylko silniejszy, ale też słabszy – usłyszała ostatnio Meg od swojego Przyjaciela, który nie bardzo pochwala fakt, że Meg skreśla całkowicie znajomość po porażce. A jednak Meg nie ma natury cynicznej dyplomatki. Kiedy nie jest dobrze to nie jest i nie ma co udawać, że jest inaczej. Ot co.

Ważni ludzie zawsze pozostają ważni w sercu, ale jeśli doprowadzają Meg do smutku, Meg nie chce w nim się taplać bez końca za cenę sentymentu.

I gdyby ktoś jej powiedział te kilkanaście lat temu, że fundamenty, co to były nie do ruszenia, jednak dnia pewnego zaczną pękać, nie dałaby wiary. Jak to?

A jednak.

Trzymaj się w nowym roku

Megi ma już listę planów noworocznych. To jakiś przełom w jej notatkach, bowiem nie zwykła takowych list popełniać przez lata, a tu wystarczy, że na horyzoncie w ciągu pojawi się numer 7 i proszę. Fiu, Fiu.

Mało tego stwierdziła sobie chwilę temu, że chudnie? No może, może, wszak lubi iść pod prąd nawet w tak zawiłej materii jaką jest waga. Raz taka, raz siaka. Macha ręką na olaboga swojej siostry, która panicznie boi się grubych ludzi. To choroba. No zgoda, ale nie zawsze przecież. Wiadomo lepiej być chudszym, bo Meg to wie z autopsji – jakoś lżej człowiekowi widząc w lustrze zgrabność bez fałdek. Ale robić aferę, bo ktoś przytył 5 kilo to w jej odczuciu jakaś pompa niepotrzebna? I tak, to jak się mamy, jest w naszej głowie. Tam tkwi nasze piękno, nasza siła, nasze wszystko.  Faceci co prawda Meg widzi, lubią ją lżejszą uśmiechając się miło, patrząc dłużej niż 3 sekundy. Dla tego, kto nie wie, jest taka ponoć teoria (naciągana?), że jak spojrzenie męskie jest dłuższe to znaczy, cytując przyjaciela Meg – „albo masz coś na gębie, albo jesteś interesująca”. Ot co. Owa gęba bardzo Meg zawsze śmieszyła, więc przytacza ów cytat z entuzjazmem niemałym.

A poza tym zima jak jasna cholera, a że o zimnie już było kiedyś, to Meg cmoka tylko na wiatr i myśli sobie, że w tym wietrze i zimnie tkwi jakaś jej energia. Łyk kawy zbożowej zalanej hojnie mlekiem UHT (tak zwane popłuczny) to lepsze antidotum niż szampan i wino razem wzięte. Więc zmarzluchu nie bądź bałwan,  łyknij sobie tę ambrozję bez stresu, że gdzieś tam obrośniesz w kożuch.

Ty i to twoje podsumowanie Meg 🙂

Nie zimno ci?

Meg nie lubi skrajności. Upał rozpuszcza jej entuzjazm, wywołuje alergie, a w oparach kurzu ginie logiczne myślenie. Zimno znowu zamraża chęci i tworzy jakąś lodową taflę przez którą Megi ma niemały kłopot by się przebić. Ktoś by zapytał – co to za tafla? Osobista, prospołeczna, każda. A dziś Meg na fali otóż zimna, nieprzewidzianie zupełnie, co się jej zwykle nie zdarza (za sprawą doświadczenia niemałego) postanawia zrobić coś dla odmiany SPONTANICZNEGO.

Pewien ksiądz z Syberii, opowiadał o swojej misji. No cóż misja to misja – myśli Meg i łowi powielane przy takich okazjach informacje jak to bywa trudno i jak mimo wszystko warto. Nihil novi, ale co dalej? Ksiądz zaczyna śpiewać w takim momencie, gdy Meg znająca już obrzęd na pamięć nie spodziewa się. Jak? Zwaliście, z serca, pięknie. Wrażliwe serce Megi drży, bo jest w tym magia natury, odległego czegoś, tak po prostu. Szkliste oczy się robią i jakoś wszyscy wpadają w hipnozę. Niby takie nic, a zostaje. Co tam kazanie, kiedy tym śpiewem próbuje ktoś przekazać jakieś coś, co tkwi w nim – może też strach, może niepewność? Ten kościół, to echo, on…Wow – Meg hamuje łzy, bierze się w garść i wraca do siebie.

W korytarzu Jegomość.

Nie dość, że jak cholera każda część jej ciała drży to jeszcze on z tym swoim uśmiechniętym wyrazem twarzy, przystrojony letnio.

Wymieniają HEJ i idą przed siebie, w sensie każde w swoją stronę do siebie.

Megi ignoruje fakt, że Jegomość krąży jak satelita wokół jej terenu. Myśli sobie – no cóż, no cóż – kiedy ścieli łóżko. No cóż – kiedy robi porządek w szafie. No cóż – gdy wkłada rzeczy do wiklinowego kosza. No cóż, kiedy bierze czajnik, aby nalać wodę.

Jegomość widząc ją ponownie znów się uśmiecha i wita po raz drugi.

Ojej.

Nie zimno Ci? – wypala Meg w kierunku jego letniej, słonecznej postaci.

Nie? A czemu? – Jegomość zadaje cztery pytania ciągiem, z czego na końcu, czy jej to przeszkadza.

Boże, katastrofa.

Bo..Bardzo się ochłodziło – Meg próbuje nawiązać do tematu aury pogodowej. Co to ma do rzeczy w tym momencie – nie wie.

Ach! Jegomość łapie natychmiast i mówi (dzięki Bogu mówi  sam z siebie – o dniu leniwca, o tym, że nic nie wie na temat tej aury, o tym, że ma ciepło u siebie i pyta, czy aby Meg tez ma ciepło?). Wymieniają uśmiechy, ale Meg z tym czajnikiem  i z tym pytaniem czuje się idiotycznie podwójnie. Bo to pytanie właściwie zamiast przytykiem miało być raczej kontynuacją myśli (uważaj, bo się znowu przeziębisz, już słyszałam jak kichasz, jak kaszlesz i tak łatwo, tak łatwo o to, zwłaszcza dziś).

A teraz z całego natłoku myśli, bo chciała go usłyszeć nagle i niespodziewanie zostało tylko:

„Nie zimno ci?”

ON pewnie myśli: no znowu się czepia. Jak trzaskam źle, jak chodzę pół nagi źle, jak ubrany, ale nie tak jak trzeba (wg. niej) źle. Co za człowiek?!

Meg nie będzie zdziwiona, jeśli Jegomość już nigdy więcej się do nie odezwie poza uprzejmym cześć aka hej aka uśmiechem.

Przepis na to jak wypaść idiotycznie:

Potrzebny Jegomość. Koniecznie.

Potrzebny czajnik bez wody, który dziwnym trafem wymaga napełnienia, kiedy ów Jegomość jest w pobliżu.

Potrzebne pytanie w stylu: nie zimno ci? Mające drugie, głębsze. troskliwe dno, ale wie o tym tylko zadający pytanie (o zgrozo!).

Potrzebne wzruszone serce i duża ilość naturalnego zewu (o tak).

No i w zasadzie to wszystko.

Teraz Meg się zastanawia czy warto być spontanicznym i dać się ponieść owej fali. Dlaczego odnosi wrażenie, że kiedy już już machnie ręką, pomyśli, że TERAZ albo NIGDY jej ambitne plany SZLAG TRAFIA? I czemu to tak przeżywa, mimo wszystko uśmiechając się pod nosem, że Jegomość jednak mówić potrafi o czymś innym aniżeli o pralce, że ma wyczucie personalne i tematyczne i, że jest pogodny nawet jeśli na zewnątrz tak jak dziś – hybryda zimna z wielkim zimnem?

Czas znaleźć kogoś do karmienia wiewiórek w parku Megi. Czy to nie dość dobry argument, żeby robić z siebie ach nazwijmy to hasłem eleganckim i wyważonym – spontaniczną istotę?

Megi, Megi.

 

 

 

 

 

 

Akuku

Czy na portalu randkowym można zawrzeć znajomość wielomiesięczną? Otóż można. Meg wie, że ON – HuraganKatrina jest zupełnie inny niż ona, ale tez ma w sobie pewną niewymuszoną, wrodzoną dozę wytrwałości, której brak większości, a którą ona akurat ceni i podziwia. Przy tych wszystkich wadach chłopa od kosy, Huragan się nie poddaje mimo, że Meg usunęła konto, racząc go adresem mailowym na pociechę. Nie, nie randka wisi w związku z tym w powietrzu, nic z tych rzeczy. Miło jednak pomyśleć, że są jeszcze tacy chłopcy. Charakterni. Bo Meg obserwując swój świat wnikliwie i będąc osobą powiedzmy sobie wprost otwartą wie, że charakter jest teraz passe. Lepiej się uśmiechnąć i dyplomatycznie omijać lub milczeć na niewygodne tematy. Szkoda. Megi nie jest łatwo w związku z tym istnieć, bo akurat ona chociaż pracuje nad sobą jako tako, dyplomatyczna nigdy nie będzie. Wie to już na pewno. Czasami jednak myśli, że warto gryźć się w język w porę, albo chociaż zamknąć oczy, żeby nie posyłać krzywego spojrzenia nikomu. Ach, gdyby to było takie proste!

Niezależnie od płci Megi lubi jak ludzie się nie poddają. Jak pukają, chociaż drzwi są zamknięte nie raz, jak spełniają swoje marzenia, jak łamią konwenanse i stereotypy, jak spoglądają na innych z empatią, jak rozmawiają wbrew powszechnej opinii, że dziś każdy sobie rzepkę skrobie i w nosie ma los drugiego człowieka, jak myślą serdecznie i bez podtekstów własnej korzyści o innych, jak krążą dookoła z sercem na dłoni, a nawet dwóch dłoniach,jak pomagają, jak są spontaniczni i właśnie wytrwali.

Każdą kobietę idzie zdobyć umiejętną wytrwałością, pod warunkiem, że nie jest prawdziwie zakochana. A czasem nawet, gdy zauroczona bywa też idzie, tylko…co po takiej kobiecie? Co po takim facecie? Odbijanie kogokolwiek komukolwiek, jest błędnym kołem, a nawet rykoszetem, za który prędzej czy później ktoś odpokutuje. No i po co?

Jak dobrze, że już noc, bo inaczej Meg wpadłaby na genialny przepis, rysowania słowem utopii, a już niejeden próbował zbawiać narody. I co z tego wyszło? Nic.

Więc jaki przepis na dziś? Prosty i skuteczny. Taki ponadczasowy, który zawsze się sprawdzi.

Dobranoc.

Dobranoc Megi.